Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Kto tu jest prorosyjski?

Antoni Macierewicz (wówczas minister obrony), spotkanie przed szczytem NATO w Warszawie, Stadiony Narodowy, 20 czerwca 2016 r. Antoni Macierewicz (wówczas minister obrony), spotkanie przed szczytem NATO w Warszawie, Stadiony Narodowy, 20 czerwca 2016 r. ppor. Robert Suchy / Ministerstwo Obrony Narodowej
Nie ma wątpliwości, że rządy PiS są na rękę Rosji. Propaganda Kremla nawet nie musi się specjalnie wysilać, by podgrzewać atmosferę w Polsce, np. w sprawie smoleńskiej wystarczy milczenie.

Na początek uzupełnienie poprzedniego felietonu. Otóż okazuje się, że niemieckie patrioty nie zagrażają polskim patriotom. Wprawdzie p. Błaszczak grymasi i powiada, że rozmieszczenie wyrzutni na zachodniej Ukrainie zwiększyłoby bezpieczeństwo Polaków i Ukraińców, ale oświadcza: „Przystępujemy do roboczych ustaleń ws. umieszczenia wyrzutni Patriot w Polsce i wpięcia ich w nasz system dowodzenia”. Ba, sam p. Duda nawiedza (piszę to przed jego wyprawą) Berlin, aby dograć sprawę. Ranga tej wizyty wskazuje, że to Amerykanie stoją za zmianą stanowiska Polski.

Czytaj też: Niemieckie patrioty. PiS zaczyna wyprowadzać kozę

Berlin z Moskwą i Brukselą

Niekwestionowanym ekspertem w materii sugerowanej tytułowym pytaniem jest p. (Jarosław) Kaczyński, a za nim podąża obóz tzw. dobrej zmiany. Jasne, że rzeczone eksperckie kompetencje mają wymiar zarówno krajowy, jak i międzynarodowy – dokładnie zidentyfikował, kto jest prorosyjski w III RP, w jej stadium tzw. dobrej zmiany. Na czele kroczy p. Tusk, a za nim cała opozycja.

Jeszcze raz zacytuję słowa Jego Ekscelencji o przewodniczącym PO. Prezes the Best rzekł: „[Tusk] płacił na Zachodzie, ale też na Wschodzie, bo Zachód, czyli Niemcy chciały mieć dobre stosunki z Moskwą i jakby próbował z Moskwą jakoś zadzierać, to wtedy musiałby mieć gorsze stosunki z Berlinem, a wtedy tym dużym misiem by nie został. (...) [Ta sytuacja przełożyła się na] wiele realnych strat, to znaczy sposób traktowania nas przez inne państwa i w Europie, i w skali światowej, jak i strat w sferze gospodarczej”.

Opinię p. Kaczyńskiego zradykalizował p. Pietrzak, nadworny trefniś dobrozmieńców, który przeprowadził bardzo głęboką analogię genetyczną: „[Tusk to] produkt germanizacji i rusyfikacji, (...) potomek Bismarcka albo Stalina”. Te diatryby mają stworzyć obraz sojuszu niemiecko-rosyjskiego przeciw Polsce. W gruncie rzeczy dobrozmieńcy dodają do tego Brukselę, śmiertelnego „naszego” wroga. Aż dziw, że blokada pieniędzy z KPO dla Polski nie została jeszcze zinterpretowana jako uzgodnione działanie „eurokratów” wynikłe z tajnego porozumienia rosyjsko-niemieckiego, zawartego w celu osłabienia kraju nad Odrą i Wisłą. Ponieważ nie śledzę dobrozmiennych centrów propagandowych zbyt systematycznie, nie mogę zapewnić, że TVP (Dez)Info nie nadała już takiego komunikatu.

Czytaj też: Bój ostatni z Brukselą. Dotąd PiS był górą, ale coś się zacięło

Orbán, Le Pen, Abascal i... Tusk

„Właściwy” sens polityki Tuska wobec Rosji został odkryty przez anonimową osobę, powiedzmy X, autorytatywnie wypowiadającą na Twitterze, w postaci kolekcji wypowiedzi pod ogólnym tytułem „Orbán, Abascal, Le Pen vs Tusk”. Oto owo zestawienie. Orbán: „Z Madrytu czy Paryża może trudniej dostrzec rozmiar niebezpieczeństwa, ale z perspektywy Węgier, Polski, państw bałtyckich jest to realne zagrożenie”; Abascal: „Teraz musimy potępić brutalny atak na suwerenność Ukrainy i wymagać od Władimira Putina, żeby zrobił krok w tył”; Le Pen: „Potępiamy wszystkie działania, które mogą być zagrożeniem dla integralności terytorialnej suwerennych państw”; Tusk: „Chcemy dialogu z Rosją, taką, jaką, ona jest”. No i teraz wszystko jasne – prawicowi (konserwatywni) politycy europejscy z Węgier, Hiszpanii i Francji ostrzegają przed Putinem lub potępiają agresję Rosji wobec Ukrainy, a Tusk chce dialogu. Wszelako wypowiedzi Orbána, Abascala i Le Pen pochodzą ze stycznia i lutego 2022, natomiast Tuska z 2007 r.

Zacytowany fragment znalazł się w jego orędziu (jako premiera), w którym można przeczytać: „Choć mamy swoje poglądy na sytuację w Rosji, chcemy dialogu z Rosją, taką, jaką ona jest. Brak dialogu nie służy ani Polsce, ani Rosji. Psuje interesy i reputację obu krajów na arenie międzynarodowej. Dlatego jestem przekonany, że czas na dobrą zmianę w tej kwestii właśnie nadszedł. Jestem zadowolony, że sygnały ze strony naszego wschodniego sąsiada potwierdzają, że także tam dojrzewają do tego poglądu. Niezmiennie wspierać będziemy prozachodnie aspiracje Ukrainy, artykułowane przez każdy demokratycznie wyłoniony rząd tego kraju. Przyszłość Ukrainy powinna być kluczowym elementem wymiaru wschodniego i polityki sąsiedztwa Unii Europejskiej. Zadaniem naszej polityki wobec Białorusi będzie przekonanie wszystkich kręgów politycznych w tym kraju, że warto postawić na demokrację”. Śliczna manipulacja datami – nie zdziwiłbym się, gdyby rzecz została wykonana przez jakiegoś „specjalistę” z TVP(Dez)Info pod dyktando konfabulatorów z Nowogrodzkiej.

Warto przypomnieć, że na szczycie prawicy w Madrycie w styczniu 2022 r., z udziałem p. Morawieckiego reprezentującego Polskę, zabrakło potępienia agresywnej polityki Rosji, nawet ze strony Abascala, który dopiero potem (tj. po 24 lutego) zmienił swe zapatrywania. Orbán i Le Pen nadal prowadzą dwuznaczną politykę w tej materii (pierwszy efektywnie prorosyjską, np. w sprawie sankcji, druga bardziej werbalną w postaci ogólnikowych deklaracji). Natomiast Tusk w 2014 r. oświadczył (to połączenie fragmentów z dwóch różnych przemówień): „Aneksja Krymu jest nie do zaakceptowania przez Europę, w tym przez Polskę. Zmienia sytuację geopolityczną w tej części świata i zwiększa ryzyko w tej części Europy Wschodniej. Nie akceptujemy rozwiązań, których źródłem jest przemoc czy siła, nie przyjmujemy argumentów, którymi posługują się rosyjscy przywódcy polityczni. (...) Nie możemy w żaden sposób pozwolić, by wspólnota międzynarodowa zaakceptowała aneksję Krymu lub innych części terytorium Ukrainy, a chyba do tego zmierza dzisiaj polityka Moskwy”.

23 lutego, a więc dzień przed agresję Rosji, kiedy była ona prawie pewna z uwagi na koncentrację wojsk rosyjskich przy wschodniej granicy Ukrainy, Tusk stwierdził na specjalnie zorganizowanym spotkaniu Europejskiej Partii Ludowej, że „to nie jest kryzys ukraiński. To jest agresja Rosji Putina. (...) Nasze doświadczenie mówi, że tylko twarda i jednoznaczna postawa wobec agresora pozwoli nam uniknąć najgorszego scenariusza”. A potem krytykował rządy Niemiec, Włoch i Węgier za blokowanie decyzji w sprawie sankcji przeciw Rosji.

Czytaj też: Madryt, czyli dlaczego PiS nie liczy się dla światowej prawicy

Prezes do przyjaciół Rosjan

Można oczywiście argumentować, że polityka dialogu z Rosją była od początku naiwna i nie liczyła się z rzeczywistymi intencjami władz tego kraju, zmierzającymi do restytucji wielkoruskiego imperium, nawet drogą brutalnej agresji. To jednak nie było nic nowego w polityce wschodniej Zachodu, a rzecz (pomijając znacznie dawniejsze epizody) stale obecna od końca epoki stalinowskiej, szczególnie od czasu Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (Helsinki 1975), potem wzmocniona tzw. pierestrojką wprowadzoną w ZSRR przez Gorbaczowa.

Nie miejsce tutaj na rozważania, czy tzw. polityka detente (odprężenia) miała szanse powodzenia, a jeśli tak, to do jakiego stopnia. Tak czy inaczej, jej akceptacja była dość powszechna. Tak też to widział p. Kaczyński w kwietniu 2010 r., gdy głosił swoje przesłanie „Do przyjaciół Rosjan”. Pozwalam sobie zacytować obszerne fragmenty tej oracji: „Panie i Panowie, przyjaciele Rosjanie, dziś, 9 maja 2010 r., na pl. Czerwonym miał stać mój ukochany brat, prezydent Polski Lech Kaczyński. Wiem, o czym by myślał, patrząc z dumą na defilujących polskich żołnierzy. Myślałby o milionach żołnierzy, milionach żołnierzy rosyjskich, którzy polegli w walce z niemiecką III Rzeszą. Ale myślałby także o Katyniu, o zbrodni, która 70 lat temu tak bardzo podzieliła nasze narody. (...) Wiem jednocześnie, że nowe można budować tylko w oparciu o prawdę, że musimy tę prawdę poznać nawet wtedy, jeżeli jest ona bardzo bolesna. (...) 10 kwietnia tego roku doszło do wielkiej tragedii. Odruch współczucia i sympatii milionów Rosjan został przez Polaków dostrzeżony. Został dostrzeżony i doceniony. Dziękujemy za każdą łzę, za każdy zapalony znicz, za każde wzruszające słowo. Są w historii takie momenty, które potrafią zmienić wszystko, które potrafią zmienić bieg historii. Mam nadzieję i taką nadzieję mają także miliony Polaków, (...) że taki moment nadchodzi, że dojdzie do tej wielkiej potrzebnej zmiany – dla nas, dla naszych dzieci, dla naszych wnuków”.

Wystąpienie to zostało uznane za materiał komitetu wyborczego kandydata na prezydenta RP, czyli Jarosława Kaczyńskiego. Czyżby interes wyborczy przyszłej Jego Ekscelencji był ważniejszy od troski o bezpieczeństwo ojczyzny? W ostatnich siedmiu latach kwitła ekonomiczna współpraca Polski i Rosji, zwłaszcza w zakresie importu surowców energetycznych – o ile w 2015 r. sprowadziliśmy 4 mln rosyjskiego węgla, o tyle w 2012 już 10 mln. To jasne, że ta wymiana była korzystna dla obu stron. Ciekawe, czy mająca powstać komisja weryfikacyjna do zbadania zależności Polski od paliw z Rosji zajmie się polityką rządu działającego pod patronatem Prezesa the Best, czy tylko winami Tuska.

Radio Maryja ma nadajnik na Uralu!

Dla sprawiedliwości trzeba dodać: p. Kaczyński odkrył nie tylko to, że p. Tusk i jego partia są prorosyjscy. W 1998 r. ujawnił: „Radio Maryja jest dziś głęboko antyzachodnie, niechętnie nastawione do hierarchii kościelnej, prorosyjskie, wcale nie nieżyczliwe PRL. Ma nadajnik na Uralu. W Rosji panuje wprawdzie bałagan, ale niektórych rzeczy tam jednak pilnują dość dobrze”.

O ile Prezes the Best i jego propagandyści uważają, że obecnie Targowica polega na informowaniu świata o przypadkach niepraworządności w Polsce, o tyle w 1998 r. miał takie zdanie: „Są dwa modele działalności rosyjskiej w Polsce. Pierwszy pepeerowski. (...) Drugi nazywam targowickim. Charakteryzuje go odwoływanie do wartości tradycyjnych, katolickich, narodowych. Prorosyjskość ubrana jest tam w maskę patriotyczną. Czy Targowica nie była właśnie narodowa, katolicka, czyż nie pałała szacunkiem do polskiej przeszłości?”.

Fragment ten sugeruje rzecz zaiste straszliwą, mianowicie że Ojciec Dyrektor stał ćwierć wieku temu na czele współczesnej prorosyjskiej Targowicy. Ocena toruńskiej rozgłośni ulegała zmianie. Dwa przykłady: „Dziękujemy Panu Bogu za wielki boży dar, jakim jest Radio Maryja oraz pozostałe przedsięwzięcia podejmowane pod auspicjami czcigodnego ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka. Radio, telewizja, gazeta codzienna, wyższa uczelnia, fundacje i wspólnoty; już ta, siłą rzeczy krótka i uogólniająca, lista budzi podziw i uznanie. W jednym zdaniu nie sposób objąć bogactwa tej wieloaspektowej działalności, ale można w nim wyrazić jej istotę, którą stanowi pełna całkowitego oddania służba Panu Bogu i ojczyźnie” (2013); „Marzy im [opozycji] się Polska zamieszkana nie przez Polaków, ale przez pozbawionych głębszych korzeni Europejczyków polskiego pochodzenia. Ten atak w to, co dla nas najdroższe, jest zatem frontalny. Można powiedzieć, że każdego z nas poddaje tej niełatwej próbie. Ale my nie ustąpimy. I nie ustąpimy dlatego, że jesteśmy wspólnotą. Dlatego, że łączą nas najtrwalsze więzi – miłość do Pana Boga i do Polski. Nie ustąpimy także dlatego, że mamy to szczęście, że istnieje Radio Maryja i rodzina Radia Maryja, że nadaje TV Trwam, że wychodzi »Nasz Dziennik«. Że Wyższa Szkoła Komunikacji Społecznej i Medialnej kształci młodzież w duchu służby Panu Bogu i Rzeczypospolitej” (2015). Habent sua fata verba (słowa mają swoje losy), by sparafrazować znane powiedzenie łacińskie.

Czytaj też: Jak oni wiecują, czyli Tuska z Kaczyńskim pojedynek na odległość

Smoleńsk. Weryfikacja ad infinitum

Szczególnym probierzem prorosyjskości jest stosunek do katastrofy smoleńskiej, inny niż ma p. Antoni, Antoni i jeszcze raz Antoni. Niedawno pojawiły się ekspertyzy, które nie stwierdziły obecności materiałów wybuchowych na ciałach ofiar tragedii z 10 kwietnia 2010 r. Trzeba przyznać, że komentatorzy TVN wyprowadzili stąd wniosek, że wyniki tych badań wykluczyły zamach (celowo sprokurowany wybuch) jako przyczynę katastrofy. To daleko idąca konkluzja, ponieważ można najwyżej powiedzieć, że ekspertyzy nie potwierdziły zamachu lub te próbki (ale tylko one) wykluczyły zamach.

Pan Sakiewicz, oddany giermek tzw. dobrej zmiany, ocenił: „TVN jest stacją Putina, która podaje informacje mające chronić prezydenta Rosji w sprawie katastrofy smoleńskiej”, p. Macierewicz wyznał: „Rozumiem, że to próba zakwestionowania stanowiska sądu, który orzekł, że mieliśmy do czynienia z zamachem, który trzeba zbadać, i aresztować funkcjonariuszy, którzy są za ten zamach winni”, a podwładni p. Zbyszka (pardon za poufałość) z Prokuratury Krajowej oświadczyli: „Nieprawdą jest, jakoby w postępowaniu w sprawie tragedii w Smoleńsku wykluczono którąś z rozważanych przyczyn katastrofy. W śledztwie smoleńskim nadal weryfikowane są wszystkie przyjęte wersje zdarzenia”.

Pierwsze zdanie jest nawet roztropne, ale dalsze już nie, bo jeśli jakaś wersja została przyjęta, to inne chyba nie, a więc nie bardzo wiadomo, dlaczego mają być nadal weryfikowane, chyba że założymy weryfikację ad infinitum. Logicznie poprawne stanowisko jest takie – skoro wersja p. Antoniego, Antoniego i jeszcze raz Antoniego nie znalazła potwierdzenia w przedmiotowej ekspertyzie, to może trzeba się skupić na innych hipotezach niż przypuszczenie, że katastrofa została spowodowana przez zamach?

Czytaj też: Afera szpiegowska z Macierewiczem w tle. Pachnie zdradą

Nasz człowiek w Warszawie

Jest raczej dość oczywiste, że katastrofa smoleńska dostarczyła Rosji dość efektywnego narzędzia w mieszaniu w polskim rozpalonym kotle politycznym. Elementami gry tą piłką jest nieoddanie wraku, wyniki śledztwa p. Anodiny czy obrona kontrolerów ze Smoleńska (to oni zostali uznani za winnych przez polski sąd, o czym wspomniał p. Macierewicz). Nie ma też wątpliwości, że rządy tzw. dobrej zmiany są na rękę Rosji (nie tyle Putinowi, bo jest on tylko epizodem w imperialnej polityce Rosji), ponieważ osłabiają spoistość NATO. Dyplomacja i propaganda rosyjska nawet nie muszą się specjalnie wysilać, by podgrzewać atmosferę w Polsce, np. w sprawie smoleńskiej wystarczy milczenie, ponieważ może znakomicie polegać na reakcjach rozemocjonowanych Polaków.

Cytowane oświadczenie Prokuratury Krajowej całkowicie wystarcza do utrzymywania niepewności w sprawie przyczyn katastrofy i wersji zamachu dzielącej polskich polityków. Nie zamierzam twierdzić, że p. Antoni, Antoni i jeszcze raz Antoni jest ruskim agentem (nawet jeśli jest prawdą, że zatrudnił szpiega rosyjskiego przy likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych), gdyż jego wersja wydarzeń sprzyja (a) podziałowi społeczeństwa polskiego, (b) argumentacji, że Polska formułuje nieuzasadnione oskarżenia wobec Rosji, chociaż obecnie jest to trudniejsze z uwagi na agresję wobec Ukrainy – niemniej poprawka p. Macierewicza do sejmowej deklaracji potępiającej Rosję była jakby podyktowana przez p. Ławrowa.

Bardzo znaczący jest film p. Tulickiego „Nasz człowiek w Warszawie”, silnie popularyzowany przez TVP. Tytuł jest inspirowany przez materiał z rosyjskiego portalu Gazeta.ru, a treść odpowiada temu, co znajduje się w niniejszym felietonie. Pożyteczni idioci Putina latoś obrodzili w Polsce w sposób obfity. I to oni są prorosyjscy, aby odpowiedzieć na tytułowe pytanie, a to, że nie są świadomi, co czynią, niewiele zmienia. Jakby nie było, cywilizacyjnie ciągną nas na Wschód w imię przyziemnych interesów, zwłaszcza spółkowania w spółkach skarbu państwa.

Czytaj też: Skąd PiS i Solidarna Polska biorą pieniądze

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną