Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Niemieckie systemy Patriot jednak w Polsce? PiS zaczyna wyprowadzać kozę

Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak Leszek Chemperek CO / Ministerstwo Obrony Narodowej
Wzmocnienie obrony powietrznej wschodniej flanki NATO i Polski od początku było inicjatywą słuszną, a niechęć PiS do niemieckich systemów Patriot – co najmniej dziwactwem. Dlatego, przynajmniej na razie, można odetchnąć i ucieszyć się ze zwrotu w dobrą stronę. Choć ta historia wcale jeszcze nie musi się dobrze skończyć.

Patriot – ten najnowszej generacji w każdym razie – potrafi strzelać w taki sposób, że odpalona z ukośnie ustawionej wyrzutni rakieta zawraca przy wznoszeniu i leci w kierunku celu znajdującego się „za plecami” baterii. Mniej więcej z taką sytuacją mamy do czynienia w obecnej fazie zamieszania z niemieckimi patriotami, które miały być skierowane do Polski. Odpalona przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego i ministra obrony Mariusza Błaszczaka salwa, mająca zestrzelić niemiecką ofertę, właśnie zawróciła.

PiS sam sobie wystawił świadectwo

Szef polskiego MON napisał we wtorek na Twitterze, że rozpoczyna robocze przygotowania do rozmieszczenia niemieckich zestawów w Polsce i wpięcia ich w polski system dowodzenia. W tym sformułowaniu może kryć się pewien kruczek, a nawet pułapka, ale na razie wypada z zadowoleniem przyjąć zmianę postawy ekipy Błaszczaka i powrót do początkowej otwartości na propozycję wzmocnienia polskiej obrony powietrznej.

Zamieszanie, jakie wynikło z kontrpropozycji, czyli umieszczenia patriotów w Ukrainie, było niepotrzebne, a nawet szkodliwe, ponieważ wywołało serię kompromitujących wypowiedzi nie tylko antyniemieckich – te już nie są zaskoczeniem ze strony PiS – ale kwestionujących sojusznicze zaangażowanie w kolektywną obronę.

Gdy Jarosław Kaczyński wygłosił niesławne zdanie sugerujące, że Niemcy nie strzelaliby do rosyjskich rakiet atakujących Polskę, nie tyle znieważył żołnierzy Bundeswehry, ile podważył wiarygodność natowskiego systemu dowodzenia. A to wystawia mu – i wszystkim, którzy jego opinie wspierali i powielali – jak najgorsze świadectwo w Sojuszu, który w zgodnej opinii Polaków (blisko 90 proc. w badaniach) jest absolutnym filarem bezpieczeństwa.

Czytaj też: Gra rakietami Patriot. Co o ofercie Berlina piszą i mówią Niemcy

Nie wiemy dziś, czy i kto negocjował z prezesem PiS, choć możemy podejrzewać, że bez zmiany decyzji na najwyższym szczeblu się nie obeszło. Tak jak przecież to decyzja na szczeblu politycznym i opinia samego Kaczyńskiego przesądzić musiała, że oferta wysłania przez Niemcy patriotów do Polski została odrzucona na rzecz nierealnego w tym momencie skierowania ich na Ukrainę.

Lider PiS jest znany z tego, że czasem w sytuacjach kryzysowych lubi podkręcać napięcie przez „wprowadzanie kozy”, tj. eskalowanie problemu czy konfliktu po to, by ostatecznie się wycofać, udając w ten sposób kompromis, choć nie ustępując z wyjściowych pozycji. W przypadku patriotów z Niemiec Kaczyński jednak ustąpił, bo choć propozycja wzmocnienia Ukrainy wydawać się mogła godna uznania, podlanie jej gęstym antyniemieckim i antynatowskim sosem ewidentnie wskazywało, że wyrzutni z czarnymi krzyżami po prostu sobie w Polsce nie życzy.

Na szczęście kompromis – jeśli do niego ostatecznie dojdzie – będzie dla Polski korzystny. Wbrew twierdzeniom MON, które też padły w polemicznym szale, nie mamy jeszcze własnych patriotów w służbie i poczekamy na ich wprowadzenie około roku. Tak więc każdy nowoczesny system obrony powietrznej (a nowoczesność tego niemieckiego też była, niesłusznie, kwestionowana) przyda się bardzo w sytuacji wciąż realnego zagrożenia. Ukraina, w tym jej pogranicze z Polską, nie zna dnia ani godziny kolejnego rosyjskiego bombardowania. Być może ostatnie, dosłownie sprzed doby, też przesądziło o zwrocie w kierunku akceptacji niemieckiej oferty.

Jan Woleński: Nie potrzebujemy niemieckich patriotów, nasi są lepsi. Oto oni

Oby już nie było kolejnej wolty

Ale to może jeszcze nie być koniec tej historii. Błaszczak napisał bowiem wyraźnie o „wpięciu patriotów w polski system dowodzenia”.

Warto mieć świadomość, że systemy obrony powietrznej „porozumiewają się” ze sobą głównie poprzez standardowe w NATO łącza wymiany danych. Takie „wpięcie” teoretycznie powinno być możliwe, bo dla Sojuszu tworzenie tzw. wspólnego obrazu przestrzeni powietrznej od zawsze było priorytetem, a Polska poświęciła po akcesji wiele wysiłku, by stworzyć interfejsy i zamontować urządzenia to umożliwiające – nawet w starszych systemach. Nowej generacji „wpięcie” to już poziom wyżej, to tzw. integracja, która zapewnia lepszy przepływ większej ilości danych, tworzy prawdziwą sieć dowodzenia.

W przypadku polskich patriotów umożliwi ją system IBCS, którego niemieckie systemy nie posiadają. Ale to nie przeszkodziło w przeszłości załogom niemieckich baterii ćwiczyć owo „wpinanie” w czasie sojuszniczych manewrów w naszym kraju. Czy istnieje ryzyko, że z „wpięciem” tym razem coś jednak nie pójdzie?

Kolejna wolta w sprawie, która i tak kosztowała Polskę dużo, byłaby trudno wytłumaczalnym szkodnictwem. Wzmocnienie obrony powietrznej wschodniej flanki NATO i Polski od początku było inicjatywą słuszną, a niechęć PiS do niemieckich systemów Patriot – co najmniej dziwactwem. Dlatego, przynajmniej na razie, powinniśmy odetchnąć i ucieszyć się ze zwrotu w dobrą stronę. Choć ta historia wcale jeszcze nie musi się dobrze skończyć.

Czytaj też: Niemieckie patrioty. Żadna ze stron nie powinna oblać tego testu

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną