Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Afera listowa w TVP. Co Kaczyński zrobi z podoficerami, którzy pobili się w kantynie

TVP TVP Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl
Jarosław Olechowski, najpotężniejszy człowiek w TVP od propagandy, miał napisać (prawdopodobnie) do dysponenta wszech rzeczy i prezesa Jarosława Kaczyńskiego lament-skargę i wypowiedzieć mu posłuszeństwo.

Mateusz Matyszkowicz jest człowiekiem Ryszarda Legutki. Reprezentuje intelektualną odmianę „pisowca”. To ludzie, którzy może nawet się i brzydzą odrażającą formą rządzenia krajem przez Jarosława Kaczyńskiego, lecz nadal sądzą, że lepsze złodziejstwo i autorytaryzm z Bogiem na ustach niż rządy bezbożnego i wynaturzonego „lewactwa”. Skoro więc Matyszkowicz został prezesem telewizji, to chyba po to, żeby nieco zmienić jej pszenno-buraczany wizerunek na trochę bardziej kulturalny.

Jednak redakcja programów informacyjnych przy pl. Powstańców Warszawy to nie jest miejsce dla pięknoduchów. Tam idzie twarda robota partyjno-propagandowa; „profesorek” powinien trzymać się z dala od tych poważnych spraw i fachowcom od propagandy nie przeszkadzać. Tymczasem uduchowiony prezes, zamiast kontemplować chrześcijańskiego ducha dziejów na Woronicza, przed paroma dniami udał się na kolegium redakcyjne na pl. Powstańców i w ogóle zaczął się wtrącać do „Wiadomości”, które miałyby się stać nieco mniej polityczne, czytaj: mniej bezczelnie łgać.

List-nielist Olechowskiego

Mateuszowe wycieczki – i to dosłowne – do kuchni i zbrojowni rządowej propagandy nie mogły pozostać bez odpowiedzi. Najpotężniejszy człowiek w TVP od propagandy, szef Telewizyjnej Agencji Informacyjnej Jarosław Olechowski, jak donoszą przecieki-wycieki opublikowane przez Onet, miał napisać (prawdopodobnie) do dysponenta wszech rzeczy i prezesa wszechprezesów Jarosława Kaczyńskiego lament-skargę, w której zachwala swoje niezawodne służby i zasługi dla dworu. Choć rzekomy autor gorąco teraz zaprzecza, jakoby popełnił to arcydzieło dworskiej epistolografii, to w jego własnym środowisku, a podobnie też pośród polityków panuje przekonanie, że list jest albo autentyczny, albo przynajmniej tak bardzo „mógłby być autentyczny”, że jest dość obojętne, czy jest autentycznie autentyczny. Doskonale bowiem odzwierciedla myśli i uczucia twardogłowej ekipy z pl. Powstańców, która poczuła się zaatakowana i zagrożona przez rudobrodego pięknoducha z mokotowskiej centrali Firmy.

A stało w tym liście-nieliście tak: „Złamana została [przez Matyszkowicza] podstawowa zasada: dostaję zadania i merytoryczne wytyczne, ale to ja dobieram narzędzia do osiągnięcia celu. Do tej pory sprawdzało się to doskonale i przynosiło wyniki. Dowodem jest np. najnowszy sondaż OBOP, z którego wynika, że 51 proc. Polaków uważa, że Prawo i Sprawiedliwość wygra jesienne wybory parlamentarne, oraz badanie Social Changes, w którym Prawo i Sprawiedliwość ma 39 proc. poparcia, zwiększa przewagę nad Koalicją Obywatelską do 11 punktów i notuje najlepszy wynik od grudnia 2022 r. W dużej mierze to efekt skutecznej pracy TAI i sprawnego narracyjnego oraz medialnego zarządzania kolejnymi pojawiającymi się kryzysami”.

Dalej narzeka, że Matyszkowicz chce ręcznie sterować „Wiadomościami”, czym daje sygnał dziennikarzom, że „każdego w każdej chwili można wyrzucić jak psa. Pół roku przed wyborami to nie głupota – to zbrodnia demotywować ludzi, którzy szczególnie teraz nie powinni mieć żadnych dylematów i przeć do zwycięstwa”.

Jaką decyzję podejmie Kaczyński

Kwestia autentyczności listu zapewne stanowić będzie przedmiot sporu między uczonymi jeszcze przez wiele stuleci. Nam musi wystarczyć sama ewentualność, że jest prawdziwy. Dożyliśmy czasów, w których wysoko postawiona osoba z publicznej telewizji może być podejrzewana o jawne, pozbawione wszelkiego kamuflażu traktowanie medium powołanego do bezstronnego informowania społeczeństwa jako narzędzia propagandy partyjnej. Sama możliwość takiego wydarzenia jest dowodem zupełnego upadku moralnego i skrajnego bezwstydu obu stron – środowiska TVP i ośrodka władzy w wyzywająco obskurnym budynku przy Nowogrodzkiej. Fakt, że zajmujemy się tą nędzną intrygą, mówi więcej niż treść domniemanego listu.

Jak niemal każdego dnia – i dziś musimy zająć się kolejną żenującą sprawą w tym amoralnym, brudnym grajdole, którym pod rządami Kaczyńskiego i spółki stały się instytucje państwa. Bo nie jest obojętne dla sytuacji politycznej i dla społeczeństwa, co się dzieje w TVP i jaką decyzję podejmie Jarosław Kaczyński w sprawie sporu Olechowskiego z Matyszkowiczem.

Były prezes TVP poseł Robert Kwiatkowski powiedział w rozmowie z nami, że sprawa jest całkiem na serio, bo nie po to Mateusz Matyszkowicz został uczyniony prezesem TVP na miejsce Jarosława Kurskiego, aby tylko patrzył, jak nadal rządzą w firmie ludzie poprzedniego prezesa, do których należy Olechowski. Jak to się skończy? Kwiatkowski obstawia, że na kilka miesięcy przed wyborami Kaczyński nie zdecyduje się na rewolucyjne zmiany i nie wyrzuci Matyszkowicza na życzenie Olechowskiego i paru ludzi Jacka Kurskiego, którzy jeszcze w TVP pracują.

TVP: Tusk, homilie i migawki z rodeo

To silny argument. Zapewne tak rozumuje właśnie Matyszkowicz. Wyrzucenie go byłoby zbyt ryzykowne, więc poczuł, że to dobry moment, aby nieco powściągnąć istny amok kłamstw, oszczerstw, kalumnii i bezwstydnej służalczości wobec władzy, jaki panuje w „Wiadomościach” i TVP Info. Jeśli jest mądry, to sprawdził wcześniej, czy Kaczyński gotów jest zaakceptować jakieś zmiany. W końcu jest przecież pierwszym i najważniejszym Widzem, dla którego tworzy się programy informacyjne i publicystyczne w TVP.

Inna rzecz, czy umiał właściwie zinterpretować słowa Kaczyńskiego, jeśli się takowych doczekał. Bo dyktatorzy tak już mają, że nawet jak klepią po plecach, to nie wiadomo, czy to klepnięcie nie zapowiada kopniaka poniżej pleców. Strach, strach, strach, rany boskie! Utrata pensji prezesa TVP to jedna z głupszych wpadek, jakie mogą się przytrafić komuś, kto „sprzedał się dla idei”.

Kaczyński pewnie nie podjął jeszcze decyzji, co zrobić z podoficerami, którzy pobili się w kantynie. Ma kilka możliwości. Może powiedzieć: „pogódźcie się, chłopaczki”, i wtedy nic się istotnie nie zmieni. Może wyrzucić Olechowskiego i może wyrzucić Matyszkowicza. To ostatnie jest jednakże mało prawdopodobne, bo uczyniłby afront Legutce, z którym wszak musi się liczyć, skoro jest on przecież jego „osobistym profesorem”. Może po prostu w programach informacyjnych materiały o łajdactwach Tuska i Trzaskowskiego oraz helikopterach nadlatujących z pieniędzmi dla „zwykłych Polaków” będą przeplatać się z ciekawostkami o kotach i migawkami z rodeo? No i z homiliami Jana Pawła II, rzecz jasna.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną