Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Radom Air Show. Megapiknik z lotnictwem w tle

FA-50 w powietrzu, z MiGiem-29 FA-50 w powietrzu, z MiGiem-29 Marek Świerczyński / Polityka
Radom jest jak defilada i wszystkie wojskowe pikniki Mariusza Błaszczaka w jednym. Lotnictwo, samoloty i śmigłowce tworzą ruchome tło dla kolejnego tłumnego zgromadzenia z bezpieczeństwem jako wiodącym hasłem.

Mrowie ludzi, jakiego radomskie lotnisko jeszcze nie widziało. Trudno je oszacować – sto, dwieście tysięcy? Może nawet więcej. Owszem – ten tłum często patrzy w górę, choć pokazy w powietrzu to zaledwie część atrakcji. Air Show zmienił się w air-land show, a wystawa naziemna stała się powtórzeniem schematu sprawdzonego na warszawskiej defiladzie i wojskowych piknikach MON: wojsko pokazuje niemal wszystko, co ma najnowszego i najlepszego, a minister obrony chwali się, co kupił.

Tłum przemówienie słyszy, ale czy słucha – nie wiadomo, bo jest w tym czasie zajęty szukaniem najlepszego miejsca do rozłożenia kocy, materacy, krzesełek, leżaków, namiotów, parasoli (parawanów nie zauważyłem), a potem zlokalizowaniem najbliższej budy z jedzeniem i piciem oraz toalet.

Jak na plaży we Władysławowie

To oczywiście po przejściu przez bramki, do których kolejki były dosłownie kilometrowe, ale nie wydawało się to komukolwiek przeszkadzać. Stojący po kilka godzin przyznawali później w internetowych wpisach, że mogli kupić bilet online, co oznaczałoby tylko kilkadziesiąt minut oczekiwania.

Po wejściu też trzeba się było natrudzić, by dopchać się do jako takiego widoku. Zaprawieni w wakacyjnych bojach o miejsce na plaży Polacy potraktowali radomskie lotnisko jak kolejny sprawdzian zdolności do zajmowania terenu, który zresztą częściowo również okazał się piaszczysty. Od głowy przy głowie najbliżej barierek, przez koc przy kocu, do luźniejszych formacji wypoczynkowo-obozowych i potoków ludzkich przemierzających w kilku kierunkach dwukilometrowy obszar od terminala pasażerskiego na lekkim wzniesieniu do wojskowej części z „domkiem pilota” na wschodnim krańcu lotniska.

Jeśli był to głównie wypoczynek, to jednak aktywny, bo każdy musiał przejść co najmniej kilka tysięcy kroków, jeśli chciał zobaczyć wielkie szare maszyny transportowe po stronie portu lotniczego i śmigłowce oraz sprzęt przeciwlotniczy na przeciwległym krańcu.

Półlitrowy zakaz

Wysiłek był to niemały, bo wbrew wcześniejszym prognozom temperatura w sobotę przekroczyła 30 stopni, do popołudnia było pełne słońce i gdyby nie lekki wiatr, byłoby ciężko przetrwać. Organizatorzy nie pomogli, ogłaszając na początku zakaz wnoszenia więcej niż półlitrowej butelki wody, a ceny zakupu – jak na każdej masowej imprezie – były kosmiczne. Na szczęście zakaz nie był drobiazgowo przestrzegany, a w reakcji na stan pogody i szybkie wyczerpanie zapasu wody w umywalniach lotniskowa straż pożarna z 42. bazy lotnictwa szkolnego zaczęła polewać wszystkim chętnym do butelek czy gdzie kto chciał i ustawiła kurtynę wodną dla przegrzanych.

W niedzielę od rana ogłoszono zniesienie „półlitrowego zakazu”, bo pogoda też zanosiła się niemiłosiernie upalną. Im dłużej trwała impreza, tym bardziej było widać, że widzowie przyjęli taktykę niemarnowania energii. Rozłożeni na kocach i materacach już nie musieli koniecznie uchwycić kolejnego samolotu telefonem w pozycji „stojąc”, zadowalali się obserwowaniem powietrznych ewolucji z poziomu zero. Tak to wygląda zresztą na wszystkich pokazach, gdy mija pierwsza fascynacja, opadają emocje, a zmęczenie robi swoje. Nawet w hałasie samolotów i zapowiedzi można się było zdrzemnąć. W powietrzu zamiast zapachu lotniczego paliwa dominował dym z grilla.

Główny organizator Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych przyznało, że niedogodności się pojawiły. Tym bardziej dziękowało za liczne odwiedziny.

Zamówienia prawdziwe i nie do końca

Lotnictwo było więc tłem dla kolejnego wielkiego zgromadzenia, czegoś w stylu wojskowego festiwalu open air. Ale jednak przynajmniej połowa uczestników była autentycznie zainteresowana, wręcz zgłodniała tego, co latało na niebie, i tego, co stało na ziemi, a miało skrzydła lub wirniki.

Radomski air show powrócił po pięciu latach przerwy i w momencie dziejowym, którego nijak nie da się porównać z poprzednią edycją z 2018 r. Historia przyspieszyła, wojna podeszła pod polskie granice, kraj zbroi się na potęgę, a Polakom generalnie podoba się postawienie spraw bezpieczeństwa na pierwszym planie i towarzyszące mu stawianie wojskowego sprzętu, gdzie się tylko da. Przyjęte przez MON hasło pokazów „Niezwyciężeni w przestworzach” jest jak zwykle przesycone patosem, a inauguracyjne przemówienie ministra obrony Mariusza Błaszczaka zawierało elementy właściwej mu przesady, ale z drugiej strony było powtórką już sprawdzonych formatów: zagrożenia ze Wschodu, stanowczej reakcji, bezprecedensowych zbrojeń.

Wyliczanka nie zawsze pokrywała się z prawdą (mowa była np. o zamówieniu śmigłowców Apacz, co jeszcze nie nastąpiło), ale większość odbiorców nie była przecież w stanie tego wychwycić. Zwłaszcza że gdy minister mówił, byli jeszcze w trakcie przemieszczania się i zajmowania najlepszych pozycji obserwacyjnych do zapowiadanej jako główna atrakcja defilady powietrznej.

Samoloty polsko-koreańskie

Nieścisłości było później więcej u komentatorów zapewniających przez głośniki opis tego, co działo się na niebie. Nie odróżniali typów samolotów i śmigłowców: rządowego gulfstreama dla VIP nazwali embraerem (na co znawcy otwierali szeroko oczy kilka dni po katastrofie maszyny tego typu z Jewgienijem Prigożynem), a szkolne mastery M-346 pomylili z F-16. Za to dobre kilka minut poświęcili na promocję najnowszego lotniczego nabytku ministra Błaszczaka, lekkiego samolotu bojowego FA-50.

FA-50 na ziemiMarek Świerczyński/PolitykaFA-50 na ziemi

Maszyna ta wykonała przelot bez żadnych ewolucji razem z myśliwcem radzieckiej konstrukcji MiG-29, co w intencji MON i wojska miało symbolizować generacyjną zmianę, nie tylko jeśli chodzi o sprzęt. Obie maszyny przeleciały najpierw w parze, potem wykonały daleki nawrót, by przejść jeszcze raz nad pasem startowym. Ciągnący charakterystyczny dym z silników MiG zrobił efektowne odejście na południe, zostawiając na czystym niebie dużo mniejszy koreański „samolocik”.

W ten sposób przeszłość otworzyła drogę przyszłości. Z tym że wciąż ciut odległej, bo pomimo biało-czerwonych szachownic samolot nie jest jeszcze formalnie przyjęty do Sił Powietrznych, a dwuosobowa załoga była mieszana, polsko-koreańska. Drugi z dwóch pierwszych dostarczonych FA-50 (w sumie w Polsce są już cztery, a do końca roku ma być 12) był do obejrzenia na ziemi (prawdziwa maszyna, a nie makieta jak F-35) wraz z wystawioną przed nim paletą uzbrojenia przeniesioną z F-16.

I znowu – był to pewien zabieg, bo dostarczane obecnie koreańskie samoloty tej broni ani zasobnika celowniczego nie przenoszą – takie zdolności mają mieć maszyny następnej transzy, zbudowane według polskich wymogów. To jednak niuanse dla specjalistów, choć ważne w ocenie zdolności bojowych i tego samolotu i lotnictwa w całości, które chwilowo – tak jak wojska lądowe – jest nieco osłabione przez przekazanie Ukrainie 14 myśliwców MiG-29. Tysiące zwiedzających widzą jednak nowy i wizerunkowo ładny samolot, z rakietami i bombami, więc wszystko się zgadza.

Gdy wsłuchać się w słowa generałów lotnictwa, podkreślają, że bojowa rola FA-50 ma być drugoplanowa. W pierwszej kolejności chodzi o odciążenie bojowych eskadr wyposażonych w F-16 i F-35 z obciążeń szkoleniowych w sytuacji, gdy popyt na pilotów i mechaników stale rośnie, a możliwości za nim nie nadążają.

Wdzięczność sponsorów i kampania w tle

Producent FA-50, koreańska firma KAI, była jednym ze strategicznych partnerów radomskich pokazów i miała efektowny pawilon ustawiony niemal na linii barierek odgradzających teren imprezy od pasa i drogi kołowania. Wśród gości byli zarówno minister Błaszczak, szef sztabu generalnego Rajmund Andrzejczak, szef Agencji Uzbrojenia Artur Kuptel, inspektor sił powietrznych Ireneusz Nowak, jak i wielu innych oficjeli w mundurach i garniturach.

Mariusz Błaszczak w pawilonie KAIMarek Świerczyński/PolitykaMariusz Błaszczak w pawilonie KAI

Największy kubaturowo obiekt należał do Polskiej Grupy Zbrojeniowej, która miała do dyspozycji nawet własną trybunę VIP, poza tą oficjalną. Trzecim wyróżniającym się pawilonem był ten należący do amerykańskiego Lockheed Martina, z symulatorem F-35, pokojami konferencyjnymi, doskonałą klimatyzacją i jedzeniem. Z grubsza porządek ten oddaje obecne trendy zakupowo-inwestycyjne w polskich zbrojeniach, dzielonych między Amerykę, Koreę a polski przemysł obronny, głównie państwowy.

Sponsorzy, nawet jeśli wydali na tę obecność grube miliony, to przecież otrzymują wielomiliardowe przelewy z publicznych funduszy, więc nic dziwnego, że raz na jakiś czas są proszeni o zamanifestowanie wdzięczności i solidarności z Polakami. Czapeczkami, balonikami, gadżetami, ulotkami i uśmiechami, które kosztują tyle co nic (oczywiście zorganizowanie wystawy to też wysiłek). W tym sezonie okazji jakby więcej, bo były i defilado-pikniki, są pokazy, a niebawem będą rekordowe targi w Kielcach.

Ale na kalendarz wydarzeń branżowych nieuchronnie nakłada się ważniejszy w naszych warunkach kalendarz wyborczy, nakazujący promocję wszelkimi metodami rządowego przesłania o sile, determinacji i nieustępliwości w celu niezwyciężoności. W tym sensie megapiknik to również wydarzenie o charakterze kampanijnym. Nie zaskakuje więc obecność radomskiego senatora PiS, wiceministra obrony Wojciecha Skurkiewicza i znanego z kontrowersyjnych wypowiedzi posła Marka Suskiego.

Walka o nowe kontrakty

W tle wojskowego pikniku i politycznej kampanii toczyło się jednak coś, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Polska nie zakończyła jeszcze cyklu przezbrojenia, a teoretycznie do wydania na nowy sprzęt ma wciąż setki miliardów złotych. Walka o nie trwa. W Radomiu widać było nie tylko wielkich wygranych kontraktów z ostatnich lat – jak KAI czy Lockheed – ale i aspirujących do nowych zamówień.

Europejski koncern Leonardo niestrudzenie promował wizję Eurofightera, tym razem jako maszyny przewagi powietrznej, w zupełnie nowej, piątej wersji, którą Polska miałaby otrzymać jako pierwsza. Brak w powietrzu F-35 czy F-15 sprawił jednocześnie, że brytyjski pilot pokazowy, świecący dopalaczami w maszynie pomalowanej w Union Jacka, robił nad Radomiem najwięcej huku i mógł się najbardziej podobać.

Ale to Koreańczycy pokazywali ministrowi i generałom znany już model swojego myśliwca nowej generacji KF-21, oblatanego zaledwie przed rokiem, w którym gołym okiem widać pokrewieństwo z amerykańskimi maszynami piątej generacji – a jak wiadomo, Polska dużo cieplej myśli o uzbrojeniu z USA niż europejskiej współpracy obronnej. Jej efekt był jednak w Radomiu największy gabarytowo. Brytyjsko-włoski AW101, już w pięknym malowaniu naszej Marynarki Wojennej, dominował wśród śmigłowców, a olbrzymi transportowiec Airbus A400M Atlas w barwach Luftwaffe na wystawie statycznej samolotów. Opuszczona rampa zapraszała do wejścia – kolejka była dłuższa niż sam blisko 50-metrowy samolot.

Śmigłowiec Leonardo AW101Marek Świerczyński/PolitykaŚmigłowiec Leonardo AW101

Morskie samoloty

Stojący nieco dalej starszy i skromniejszy morski patrolowiec P-3 był moim zdaniem największą atrakcją spośród największych maszyn, bo nie gości w Polsce często, a w rejonie Bałtyku mają go tylko Niemcy. Załoga chętnie opowiadała, jak patroluje coraz bardziej NATO-wskie morze, wypatrując rosyjskich okrętów i spotykając rosyjskie samoloty. Polska podobnych maszyn wciąż nie posiada, mimo że od lat morskie patrolowce są w planie uzupełnienia zdolności.

„Bałtyckie” poszerzenie NATO dało o sobie znać i w inny sposób: w powietrzu pojawił się fiński myśliwiec F/A-18 Hornet, będący w Europie rzadkością (mają je tylko Szwajcarzy i Hiszpanie). Samolot ten ustąpi miejsca F-35, co zuboży różnorodność przyszłych pokazów, ale niewątpliwie wzmocni północno-wschodnią flankę Sojuszu. Finlandia chce zastąpić hornety 1:1, a więc kupić 64 samoloty, mimo iż kilka krajów podjęło wcześniej decyzje, by „zaoszczędzić” na platformach, biorąc pod uwagę większe możliwości maszyn piątej generacji. Fińska przezorność jest godna szacunku w sytuacji, gdy dziś wszyscy już wiedzą, że ilość to też jakość sama w sobie.

Fiński F/A-18 HornetMarek Świerczyński/PolitykaFiński F/A-18 Hornet

F-16 wciąż wygrywa

Konkurencję ilościową wygrał w Radomiu bezapelacyjnie F-16, najczęściej oglądany w powietrzu typ myśliwca i wciąż podstawa wielu europejskich sił powietrznych. Grecki, belgijski, duński, holenderski i polski pokaz – każdy miał coś innego i trudno oceniać, który był lepszy. Na pewno malowanie „duńczyka” we flagę narodową przebiło inne.

Zeus z Hellenic Air Force, podobnie jak piloci z Belgii i Holandii, byli ulubieńcami pokazów na długo, zanim „demo-team” w Poznaniu dorobiły się nasze siły powietrzne. Pomimo inwestycji w F-35 i FA-50 to kupiony 20 lat temu F-16 pozostanie przez kolejne 20 lat trzonem lotnictwa bojowego RP. Samoloty przejść mają niebawem modernizację, częściowo upodabniającą je do maszyn nowszej generacji i pozwalającą lepiej sprostać zagrożeniom.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że w Polsce jest produkowanych wiele elementów i komponentów do tego myśliwca, który po 50 latach od oblotu nie chce się zestarzeć, a gdy kilkadziesiąt sztuk trafi w końcu na Ukrainę (nie, nie z polskich sił powietrznych), sąsiedztwo potencjału produkcyjno-obsługowego będzie na wagę złota w nowym krajobrazie bezpieczeństwa Europy.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną