Kraj

Pikniki Błaszczaka, czyli jak się bawić (to) bez ministra

Piknik militarny Ministerstwa Obrony Narodowej Piknik militarny Ministerstwa Obrony Narodowej Ministerstwo Obrony Narodowej / Twitter
Poza wielką defiladą w Warszawie MON organizuje w najbliższych dniach 70 różnych wydarzeń w całej Polsce, głównie w mniejszych miejscowościach. Drobna próbka pokazuje, że im dalej od Warszawy, tym jest ciekawiej.

Na pierwszy ogień miał iść Raszyn. Południowe przedmieście stolicy i miejsce historycznej bitwy (co prawda ani z Rosją, ani z Niemcami) wybrał Mariusz Błaszczak na swoje inauguracyjne przemówienie i otwarcie z pompą czterodniowego cyklu imprez wokół wojskowego święta. Tyle że na nie nie dojechał.

Giżycko. List zamiast Błaszczaka

Mariusz Błaszczak w ostatniej chwili zmienił plany i wybrał się na wschodnią granicę, by ogłaszać kolejne zgrupowanie wojska. Jego celem miało być odstraszanie Łukaszenki z Putinem i ponowne przyzwyczajanie wojska do stałej obecności na wschodzie w formule łączącej zadania szkoleniowe z bojowymi. Sytuacja tutaj wydaje się poważna, więc nieobecność ministra w podwarszawskiej miejscowości była usprawiedliwiona.

Ze ściany wschodniej miał już na pewno bliżej do Giżycka, gdzie pojawił się w sobotę wieczorem na wspólnym koncercie MON i TVP. Wystąpił z krzepiącym przesłaniem w „Gościu Wiadomości” i pozował z uśmiechem do licznych selfie z żołnierzami i publicznością. Wyczekujący go wcześniej w Raszynie oficjele mogli być zawiedzeni, gdy zamiast „premiera” Błaszczaka wygłaszającego u nich osobiście mowę do kamer ktoś odczytał tylko jego list, zresztą z kilkoma pomyłkami.

Z braku ministra najwyższą polityczną przedstawicielką władzy była rzeczniczka PiS, posłanka z podwarszawskiego „obwarzanka” Anita Czerwińska. Ale na mównicę nie weszła i nie usiłowała nawet odgrywać roli zastępczej gospodyni tego eventu. Park przy kompleksie sportowym był wysprzątany i przygotowany. Do sceny dołączony był ekran, bo szef MON uwielbia pokazywać spoty z głośnym podkładem muzycznym. W zadaszonej jadalni podgrzewała się grochówka, a wokół rozstawiono wojskowy sprzęt. Scenariusz i sceneria znane z podobnych imprez, jakie od kilku lat są ulubioną formą rozciągania Święta Wojska Polskiego i jego ekspansji terytorialnej poza bazy, do ludzi, w teren.

Raszyn. Największą atrakcję ukryto

Tylko że w Raszynie ludzi trochę brakło. Może południe to było jednak za wcześnie. Może wokół Warszawy innych atrakcji jest tyle, że wojskowy piknik nie przyciąga tak bardzo. A może mieszkańcy woleli wakacje lub weekend za miastem. W każdym razie na początku imprezy było wyraźnie pustawo, dotarły głównie osoby w średnim i starszym wieku, niewiele rodzin z dziećmi. Dopisały za to centralne radio i telewizja, które przyciągnął zapowiadany minister i łatwy dojazd w niedalekie miejsce. Wycelowane w scenę kamery stały jednak bezczynnie, bo gdy Błaszczaka zabrakło, jego list interesował już mało kogo, a na scenie później nic się nie działo. Nielicznych na wstępie zwiedzających poza darmową grochówką interesował oczywiście głównie sprzęt i wyposażenie żołnierzy. Co mogli zobaczyć?

Wozów było ledwie pięć, co jak na promocyjne wydarzenie z udziałem samego Błaszczaka musiało nieco dziwić. Naprzeciw sceny stał bojowy Rosomak z działkiem 30 mm, a obok automatyczny moździerz 120 mm Rak na podobnym podwoziu. Nieco dalej obok wyrzutnia systemu przeciwlotniczego Poprad z pociskami Grom oraz schowana częściowo w cieniu drzewka wyrzutnia rakiet 122 mm WR-40 Langusta, czyli unowocześniona wersja radzieckich Gradów. Gdzie był ten piąty pojazd? Do niego trzeba było podejść w zupełnie inne miejsce i nigdzie nie było żadnej wskazówki, że właśnie tam stoi. A szkoda, bo nowiutki koreański czołg K2 oznaczony literkami GF (gap filler) z pewnością był największą atrakcją raszyńskiego pikniku. Gdyby ze sceny przemawiał Błaszczak, zapewne by o czołgu wspomniał i wskazał choćby kierunek, gdzie go szukać.

Odczytany list żadnej wskazówki nie zawierał, a lokalni notable najwyraźniej nie byli w stanie zareklamować atrakcji lub o niej nie wiedzieli. W sumie można się zastanawiać, dlaczego samotny nowy czołg musiał stać na betonowym placu kilkaset metrów od głównej areny wydarzenia, ale przyjmijmy, że chodziło o nienaruszenie wypielęgnowanej trawy, którą gąsienice mogły zniszczyć (reszta pojazdów była na kołach). W efekcie o czołgu mało kto wiedział, a jego załoga wyraźnie się nudziła. Żołnierz z jednostki w Morągu do rozmownych nie należał. Ale pytany, czy pokazywany w Raszynie K2 pojedzie we wtorek w defiladzie, odpowiedział, że ten konkretny jest wyłącznie na pikniki. Czyli wygląda na to, że przynajmniej ministrowi obrony zależy na prezentowaniu nowego nabytku. Okazuje się jednak, że innym zależy mniej lub nie mają świadomości jego znaczenia.

Pikniki Błaszczaka, czyli jak się bawić (to) bez ministraPolitykaPikniki Błaszczaka, czyli jak się bawić (to) bez ministra

Żołnierki wymieniały uwagi

Pod nieobecność ministra i przy schowanym nowym czołgu show na trawniku zdominowali bardziej doświadczeni w piknikach i otwarci na rozmowy z ludźmi żołnierze WOT. Ekipa z 6. Mazowieckiej Brygady Obrony Terytorialnej chętnie pokazywała broń i opowiadała o służbie. Miała co opowiadać. Wysłuchałem historii 50-letniego byłego strażaka, obecnie podoficera WOT. Na piknik przyjechał prosto znad wschodniej granicy. Nie miał złudzeń, że ta misja powróci w najbliższym czasie jako główne zadanie nie tylko „terytorialsów”, poniekąd usprawiedliwiając nieobecność Błaszczaka własnym świadectwem. Pod oliwkowym namiotem był najstarszy, ale dookoła miał – jak mówił – młodzież, czyli na oko 30-latków, panie i panów. Sam jest z tego pokolenia, które przysięgę wojskową składało dwukrotnie. Pierwszy raz w „zetce” pod koniec PRL, drugi raz już w RP i całkiem niedawno. Publiczność najchętniej pytała o broń, więc ochoczo opowiadał o dwóch typach karabinów wyborowych, osobistych grotach i VIS-ach, czyli pistoletach dla kadry. Ale szczególnie ciepło mówił o największym przedmiocie pod namiotową płachtą, naramiennym moździerzu z zakładów w Tarnowie.

Mimo że broń ta ma w nazwie przymiotnik „lekki”, jest ciężką artylerią lekkiej piechoty. Znacząco cięższą od karabinka Grot, a jak się później mogłem przekonać, i od innej konkurencyjnej broni tego typu. W każdym razie LMP (lekki moździerz piechoty) daje możliwość ostrzału na półtora kilometra, a przy tym jest maksymalnie prosty w użyciu. Podziałka z płynem na obudowie lufy pomaga ustawić kąt strzału, czyli odległość. A gdy się stłucze, pomocą służy but żołnierza i pas do przenoszenia broni, na którym jest sprytna miarka.

Przydepniesz tu – taka odległość. Przydepniesz kawałek dalej – strzelasz dalej. Proste? Banalne. Normalnie trzy granaty i odskok. Aha, tu możesz ustawić odpalanie „spustem”, wtedy granat nie odpala zaraz po wrzuceniu, a na sygnał. Możesz dokładniej wycelować, poprawić ostrzał – mówi z werwą doświadczony żołnierz i gdyby nie ciemne okulary, przysiągłbym, że skrzą mu się oczy. Odchodząc ze stoiska WOT, słyszę tylko, jak przechodzące obok młode żołnierki wymieniają między sobą uwagi, że ci to zawsze mają fajniejsze namioty. Chyba nie tylko przez wyposażenie, myślę, i idę do saperów. Ci też pokazują fajny sprzęt, a przy tym coś jakby tor przeszkód.

Ile razy myli się saper?

Przede mną jest siatka maskująca, która pokrywa jakieś 20 m kw. A na stojaku sprzęt, zachęta do testu na wykrywanie min. Urządzenie ma wygląd inwalidzkiej kuli, choć z okrągłą anteną na końcu. Bierze się to do prawej ręki, na lewe ucho zakłada słuchawkę z gumową taśmą, a na szyję pudło z elektroniką. Czuła to bestia, reaguje nawet na metalowe skuwki na żołnierskim bucie. No dobra, to łatwe, szukam. Podobno na tych 20 m są dwie ćwiczebne pułapki, takie jak na szkoleniu w wojsku. Intuicyjnie badam przestrzeń przede mną ruchem przypominającym odwrócone U.

Jak się okazuje, całkiem poprawnie, choć może za szybko. Mnie się wydaje, że idzie to koszmarnie wolno. Słońce grzeje, pot leci po czole i plecach. Ile razy myli się saper? Tętno rośnie, choć to tylko zabawa. Sygnał w uchu. Piiii. Wzywam żołnierza instruktora z dumą – mam!

Ale jego mina wskazuje, że to nie to. Drut wystający z siatki. Może tu był, może się zaplątał. Metalowe śmieci są wszędzie. W każdym razie to nie rzecz, której szukam. Stąpam ostrożnie dalej. Dochodzę do brzegu siatki, czujnik reaguje na metalową obsadkę wbitej w trawę żerdzi, ale na nic innego. Zawracam. Znowu sygnał. Ale to znowu nie ćwiczebna mina. Spocony do cna przeczesuję resztę trawy przykrytej siatką i nic. „Co jest?” – pytam zrozpaczony profesjonalistę. „Czy to ja jestem do niczego? Może ten sprzęt nie działa?”.

Za wykrywacz bierze się młodszy rangą i wiekiem żołnierz. Jego ruchy zdradzają wyszkolenie i wprawę niedostępne laikowi zza biurka, ale rezultaty poszukiwań są podobne. Czujnik nie wykrył żadnych pułapek. Żołnierze podnoszą siatkę, szukają ich wzrokowo. Do głowy cisną mi się jakieś odległe analogie do gubionych zapalników z rakiet i nieodnajdowanych pocisków. Ale milczę, bo rozumiem kłopotliwą sytuację. Realia zwyciężyły nad planem szkolenia. Odchodzę, zostawiając saperów z ich myślami. Całe szczęście, że pechowy test zdarzył się, zanim nadejdzie tłum chętnych. Tłumu w Raszynie jednak nie było.

Kamieńsk. Kolejki na czołg

Po półtorej godzinie jazdy jestem w głębi Polski, z dala od Warszawy i kawałek drogi od najbliższej metropolii, Łodzi. Kamieńsk znany jest kierowcom przemierzającym trasę A1 głównie z widoku góry z wiatrakami. To hałda, negatyw początków wielkiej dziury w ziemi, jaką była odkrywkowa kopalnia węgla brunatnego w niedalekim Bełchatowie. Zanim gierkowską autostradę przebudowano do trzech pasów w każdą stronę, było tam niemiłosiernie korkujące ją skrzyżowanie ze światłami. Dziś skręca się bezkolizyjnie, a górę mija w kilka minut. To już jednak polski interior, tereny głównie rolnicze, na dobrą sprawę wieś. Taki też jest klimat pikniku.

Lokalne targowisko, wybrukowane kostką zamiast wypielęgnowanej trawy, ale za to tłum, gwar, kolory i swojska atmosfera. W tle wojskowego sprzętu dmuchańce dla dzieci, a wśród publiczności dominują rodziny, dla których ten piknik to największa atrakcja od tygodni. Tu na ministra liczyć raczej nie można, za to atmosfera jest o wiele bardziej naturalna. Kilkadziesiąt minut spędzone w Kamieńsku to był zupełnie inny świat i inne wrażenia niż w Raszynie. Choć muszę przyznać – przyjechałem głodny, a grochówki już nie było.

Ale poza brakiem grochówki o wpół do trzeciej atmosfera na targu była doskonała. Młodzież, dzieci i starsi rodacy ustawiali się w kolejkach, by wejść na czołg (akurat Leopard 2A5 z 1. Warszawskiej Brygady Pancernej), do kontenerowego mobilnego stanowiska dowodzenia (z sieradzkiej 15. Brygady Wsparcia Dowodzenia podlegającej Dowództwu Garnizonu Warszawa) czy przymierzyć się do strzału z karabinów wyborowych pokazywanych przez lokalną brygadę WOT. Ale w odróżnieniu od skąpej ekspozycji z Raszyna w Kamieńsku pokazywany był też sprzęt starszy i prostszy, a jednak budzący zainteresowanie i swego rodzaju sympatię.

Najwięcej chętnych, poza czołgiem Leopard, przyciągała skromna zdwojona armatka przeciwlotnicza 23 mm. Ten archaiczny sprzęt, napędzany i naprowadzany na cel zasadniczo niezawodnym systemem „korbotronic”, gromadził kolejkę chętnych, by choć na chwilę zasiąść za korbami i spustem. „Góra – dół, prawo – lewo” – instruował żołnierz i naprawdę wyglądało na to, że posługiwanie się tym systemem przeciwlotniczym nie wymaga ani politechnicznej wiedzy, ani fizycznej krzepy.

W dobie „budowy warstwowej obrony przeciwlotniczej” takie poradzieckie działko byłoby pewnie dla ministra obrony jakimś wstydem, ale dla odwiedzających piknik w Kamieńsku było jedną z większych atrakcji. Podobnie jak saperki wystawione pod sąsiednim namiotem, być może też płaskodenna łódź, która przypomina, że choć środek Polski uznawany jest za suchy, to przecinają go rzeki, które mogą być arteriami komunikacyjnymi nie mniej skutecznymi co autostrady.

Proste przesłanie i obrazki

I jakoś ten obronny klimat bardziej czuć w Kamieńsku, nie tylko dlatego, że tam w ogóle gwarniej niż w Raszynie. Rozmowy przy stoiskach rekrutacyjnych są konkretniejsze i prowadzone przez młodszych rozmówców. Jakiś mężczyzna pokazuje dokumenty i tłumaczy, gdzie wcześniej służył. Inny pyta o pieniądze i ścieżkę awansu. Facet, którego sylwetka i ubiór zdradzają konkretne wyszkolenie, długo rozmawia z szefem stoiska lokalnej brygady WOT. Znajdują wspólne korzenie, wypytują się o rocznik elitarnej szkoły – wcale nie śródlądowej – którą najprawdopodobniej obaj kończyli.

W środku Polski, kilkaset kilometrów od morza, odnajdują się nurkowie, zwani w terminologii sił specjalnych frogmenami, ludźmi-żabami zdolnymi do skrytego podpłynięcia w dowolne miejsce i wielu innych rzeczy. Charakterystyczny mężczyzna z siwiejącą brodą odchodzi, nie wiadomo, czy już zdecydowany, by na nowo wstąpić do wojska. Po drugiej stronie obronnego spektrum jest młodzież z lokalnego zespołu szkół ponadpodstawowych. Za patrona mają Kościuszkę, a to zobowiązuje. Nastolatek, nadzwyczaj sprawnie posługujący się bronią krótką, wita na stoisku ojca, który najwyraźniej przyszedł bez zapowiedzi. Pokazuje mu broń, przedstawia kolegów i koleżanki. Dziewczyny głównie oglądają.

Z ekranu grzmią ministerialne filmiki, których w Raszynie nie puścili, może bezskutecznie czekając na sygnał z góry. Przesłanie i obrazki są proste. Mężczyzna opowiada o synu, który pytał go o służbę wojskową. Młody specjalista opowiada o studiach na militarnych uczelniach. Ktoś zwykły, jak sąsiad, zachęca do wstąpienia do WOT. Ale stoiska-namioty tradycyjnych werbowników nie są oblegane. Na stołach kilka broszur, w tym zapewne pomocna „mapa drogowa”, czyli najnowsza mapa samochodowa Polski ze wskazaniem, gdzie są centra rekrutacji. Poza tym wskazówki, jak zostać kandydatem, rezerwistą, żołnierzem zawodowym i jak założyć mundur, gdy jest się cywilnym pracownikiem wojska.

Rosomak, Rak, Langusta i Poprad

Summa summarum w Kamieńsku było więcej i bardziej różnorodnego sprzętu wojskowego niż pod Warszawą, a przede wszystkim więcej ludzi, przynajmniej gdy mogłem to naocznie ocenić. Rosomak, Rak, Langusta i Poprad to chyba zestaw obowiązkowy, ale były pod Łodzią wspomniany Leopard 2A5, mobilne stanowisko dowodzenia, łódź płaskodenna z WOT, wojskowe quady i motocykle – no i to cudownie łatwe w obsłudze, choć w sumie zabytkowe działko przeciwlotnicze. Poza tym żołnierze w pełnym kamuflażu, z siatkami maskującymi i farbą na twarzach, ale stojący nie pod namiotami, a w tłumie na placu, niezmordowanie rozmawiający prostym językiem z każdym, kto o cokolwiek spytał. To dzięki nim miałem okazję porównać „podręczne” moździerze 60 mm.

Przekonałem się na własnych ramionach, że to, co uchodzi za lekką konstrukcję z Tarnowa, jest ze dwa razy cięższe niż jej czeski odpowiednik, znany w świecie jednostek specjalnych i spadochronowych Antos. To broń rzeczywiście lekka, zaskakująco łatwo leżąca w dłoniach. Ćwiczebny granat, też ciut mniejszy i lżejszy od polskiego. Ale, jak mówił mi żołnierz z 7. batalionu tomaszowskiej kawalerii, ten polski ma większy zasięg i większą siłę rażenia. Coś za coś. Dla mnie tym czymś było wyjechanie za Warszawę, jak najdalej od ministra.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną