„Polityka” prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Jeden Sejm, dwa światy. Na Wiejską wraca prawdziwa polityka

Posłowie PiS w Sejmie po porażce Elżbiety Witek w głosowaniu na wicemarszałka. Posłowie PiS w Sejmie po porażce Elżbiety Witek w głosowaniu na wicemarszałka. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl
Słuchając dziś wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego i Andrzeja Dudy, można było odnieść wrażenie, że żyją w równoległej rzeczywistości.

Pierwszy dzień w Sejmie po wyborach 15 października przyniósł test prawdy dla Andrzeja Dudy, który opowiadał jeszcze niedawno, że jest dwóch potencjalnych kandydatów na premiera i nie wiadomo, który znajdzie większość. W piątek partie demokratyczne podpisały umowę koalicyjną, a w poniedziałek ich sejmowa większość została wyraźnie zamanifestowana na sali plenarnej przy ul. Wiejskiej – przy wyborze Szymona Hołowni na marszałka.

Prezydent desygnuje i sam w to nie wierzy

Jak zauważył sam Hołownia, powinno to zakończyć jałowe dyskusje o tym, że Mateusz Morawiecki szuka koalicjantów i poparcia większości, prowadzi jakieś tajemnicze konsultacje – nie wiadomo z kim, bo jeszcze żaden z jego rozmówców się nie ujawnił. Mimo to prezydent Duda wieczorem powierzył Morawieckiemu misję stworzenia rządu i nawet pro forma stwierdził, że w nią wierzy. Nad uroczystością w Pałacu Prezydenckim unosił się jednak duch stypy – Duda głównie dziękował premierowi i jego dotychczasowym ministrom, bardziej się żegnał ze starym gabinetem, niż witał z nowym.

Wcześniej Duda wygłosił w Sejmie orędzie. Co ciekawe, zwracał się w nim nie do premiera, którego tego samego dnia miał desygnować, tylko do nowej demokratycznej ekipy, która najpóźniej za miesiąc przejmie władzę. Przecież to nie Morawieckiego prezydent zapewniał, że będzie strażnikiem dorobku „ośmiu dobrych lat” PiS, że będzie bez wahania używał weta (choć ta groźba nie może być usprawiedliwieniem do rezygnacji z wyborczych obietnic), że nie pozwoli na ograniczanie uprawnień prezydenta ani na podważanie czy omijanie konstytucji (sic!). W tej schizofrenicznej sytuacji sam prezydent nie wierzy, że jego kandydat stworzy rząd, więc już awansem zwraca się do kolejnej ekipy.

Sam Morawiecki – przy okazji składania dymisji jako dotychczasowy premier – wygłosił z kolei mowę, która wyglądała jak exposé nowego rządu (zwrócił mu na to uwagę marszałek senior Marek Sawicki). Może to oznaczać, że nie dociągnie swojej nowej misji do prawdziwego exposé, tylko zrezygnuje wcześniej, żeby uniknąć dalszych upokorzeń. W samochwalczym przemówieniu premier jak zwykle nie zbliżał się zanadto do rzeczywistości. Zarówno on, jak i prezydent dużo mówili za to o porozumieniu i odłożeniu na bok waśni, zemsty i wojny polsko-polskiej. Ciekawe, że PiS musiał przegrać wybory, żeby przedstawiciele tej partii stali się nagle takimi zwolennikami pokoju społecznego.

W innym nastroju był za to Jarosław Kaczyński, który – to też wynik przegranych wyborów – zaczął nagle rozmawiać z dziennikarzami. Prezes PiS powtarzał o „anihilacji polskiego państwa” przez „partię zewnętrzną”, co pokazuje, że przyczyny tej porażki jeszcze się do kierownictwa PiS nie przebiły. Potem z mównicy w Sejmie porównywał partie demokratyczne do bloku prokomunistycznych ugrupowań z lat 40. ubiegłego wieku (nie rozwodząc się już nad jego słowami o „niemieckim chamstwie” i o „lumpie” skierowanymi do Donalda Tuska). Kaczyński najwyraźniej nie do końca panował nad nerwami.

Prawdziwa polityka znowu w Sejmie

W realnym świecie pierwszy dzień nowego Sejmu przyniósł raczej dobre wiadomości. Wybrany przez posłów marszałek Szymon Hołownia wygłosił swój program: „Chciałbym, aby rodzice, gdy w telewizji pokazują dzieciom Sejm, nie zasłaniali im oczu i nie zatykali im uszu. Przeciwnie, by mówili: zobaczcie, tak można ze sobą rozmawiać, nawet gdy się ze sobą nie zgadza”. Hołownia zapowiedział zniesienie sejmowej zamrażarki, w której pisowscy marszałkowie zatrzymywali dziesiątki niewygodnych dla siebie projektów, oraz likwidację barier odgradzających Sejm od obywateli (to już przedstawiciele opozycji ulicznej zrobili w dużym stopniu sami).

Sejm przyjął też uchwałę, zgodnie z którą swoich przedstawicieli w prezydium Sejmu mają mieć przedstawiciele wszystkich klubów parlamentarnych, ale wicemarszałkiem nie została kandydatka PiS Elżbieta Witek. Rzadko się zdarzają takie sytuacje, że większość nie pozwala którejś z partii samodzielnie wybrać swojego przedstawiciela w prezydium Sejmu. Lecz Witek jako marszałek w poprzedniej kadencji mocno zapracowała na taką decyzję: dokonując reasumpcji głosowań niekorzystnych dla swojej partii, zarządzając debaty z minutowym czasem wypowiedzi czy nakładając kary finansowe na posłów opozycji. Nic się nie stanie, jeśli posłanka na jakiś czas odpocznie od pełnienia najważniejszych funkcji w polskim parlamencie.

W Senacie marszałkinią została – zgodnie z zapowiedzią z umowy koalicyjnej – Małgorzata Kidawa-Błońska z KO. Tam również przez głosowanie nie przeszedł kandydat PiS na wicemarszałka Marek Pęk – tu już uzasadnienie nie było tak jasne jak w wypadku marszałek Witek w Sejmie (poszło podobno o tweet, w którym zarzucał prorosyjskość partiom dotychczasowej opozycji).

Zgodnie z obietnicą opozycji do Sejmu wróciła polityka. Posłanki Lewicy złożyły dwa projekty dotyczące aborcji, które nie zmieściły się w umowie koalicyjnej: o wolności wyboru kobiety do 12. tygodnia ciąży oraz o niekaraniu osób pomagających w przerwaniu ciąży. W najbliższych dniach dyskutowane będą projekty uchwał – dotyczących neo-Krajowej Rady Sądownictwa i dublerów w Trybunale Konstytucyjnym – co do których na razie nie ma porozumienia w koalicji. Wygląda więc na to, że Sejm znów stanie się miejscem ucierania kompromisów i prawdziwej debaty, a nie wykonywania poleceń napływających z rządu czy partyjnej centrali. A to już będzie wartością samą w sobie.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną