Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Sakiewicz: płatny bojownik o wolność i demokrację. Na fakturze 32 miliony

Tomasz Sakiewicz Tomasz Sakiewicz Jakub Porzycki / Agencja Wyborcza.pl
Z różnych źródeł kontrolowanych przez władze PiS do spółek Tomasza Sakiewicza przetransferowano ponad 32 mln zł. Każdy grosz powinien być przedmiotem starannego audytu.

Związany z TVN24 portal Kontakt24 wykonał ciężką pracę i podsumował rządowe dotacje dla fundacji i czterech spółek medialnych związanych z osobą Tomasza Sakiewicza, jednego z czołowych dziennikarzy prawicy, intensywnie wspierających politykę PiS, również w kontekście wyborów prezydenckich i parlamentarnych.

Okazuje się, że w ciągu ośmiu lat rządów Zjednoczonej Prawicy z różnych źródeł kontrolowanych przez władze do spółek tych przetransferowano ponad 32 mln zł. To ogromne pieniądze, jakkolwiek nieporównywalne z dotacjami dla fundacji związanych z o. Tadeuszem Rydzykiem. Można powiedzieć, że poparcie Sakiewicza i jego mediów sporo kosztuje, lecz zawsze dobre dziesięć razy mniej niż poparcie Rydzyka.

Skąd ta dysproporcja? Nasuwają się dwie odpowiedzi. Albo Sakiewicz jest od Rydzyka bardziej ideowy i daje upusty, albo jest dla PiS mniej warty, bo nie cieszy się statusem osoby duchownej.

Dotacje dla „Strefy Sakiewicza”

Pożartować można, bo mówimy o przeszłości, która, miejmy nadzieję, już nie wróci. Żeby nie wróciła, trzeba ją jednakże dobrze zbadać i osądzić. Każdy grosz przekazany spółkom, których twarzą jest Tomasz Sakiewicz, powinien stać się przedmiotem starannego audytu, a wynikające z niego wnioski powinny być przeanalizowane pod kątem legalności dokonanych transferów oraz możliwości ich zaskarżenia w sądach. Gdyby chociaż część tych pieniędzy powróciła do kasy państwa, wszyscy mielibyśmy z tego budującą naukę, że sprzedawanie się władzy w ostatecznym rachunku nie popłaca.

Spółki Sakiewicza nie nazywają się tak, jak powinny, czyli „Strefa Sprzedajnego Słowa”. Zdecydowano się na nazwę przewrotną i parodystyczną, tak jak w przypadku „Prawa i Sprawiedliwości”. Nazywają się bowiem „Strefa Wolnego Słowa”. Na tę sympatyczną niewątpliwie „strefę” składają się: dziennik „Gazeta Polska Codziennie”, tygodnik „Gazeta Polska”, portal Gazeta Polska VOD i niezależna.pl, miesięcznik „Nowe Państwo” oraz TV Republika. Są też kluby „Gazety Polskiej”, będące tyleż przybudówkami PiS, co właśnie klubami czytelników, czyli akcją marketingową.

W latach 2015–23 cztery spółki i jedna fundacja ze „Strefy Wolnego Słowa” otrzymywały przekraczające kwotę 19,5 mln zł dotacje ze spółek kontrolowanych przez skarb państwa, funduszy ministerialnych i z kancelarii premiera. Beneficjenci to: TV Republika (związane z Sakiewiczem fundacja „Niezależne Media” i dwie spółki mają w TV Republika udziały), Niezależne Wydawnictwo Polskie (wydawca „Gazety Polskiej”), Słowo Niezależne (wydawca serwisu niezależna.pl) oraz Forum (wydawca „Gazety Polskiej Codziennie”).

Mam do Sakiewicza pytanie...

Wspomniane 19,5 mln to nie wszystkie publiczne dotacje dla splecionych ze sobą biznesowo podmiotów „Strefy Sakiewicza”. Dotacje płynęły bowiem również z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska (środowiska PiS?), rezerwy budżetowej i Senatu. Łącznie było to ponad 12 mln zł. Warto pamiętać i o tym, że udziały TV Republika mają m.in. podmioty należące w części do słynnej spółki Srebrna oraz Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Z racji zasiadania w radzie fundacji Srebrnej oraz figurowania w Rejestrze Beneficjentów Rzeczywistych Instytutu Lecha Kaczyńskiego samego Jarosława Kaczyńskiego (byłego wicepremiera!) należy uznać za osobiście korzystającego z beneficjów dotowanej przez rząd telewizji. Nie tylko o Sakiewicza chodzi więc w tej sprawie. Zapewne jednak nasz bohater odczuwa swoje „rzeczywiste beneficja” znacznie silniej – by tak rzec, „na własnej skórze – niż prezes wszystkich prezesów.

Jarosław Kaczyński nie musi bowiem zarabiać, aby posiadać. Wystarczy mu, że dysponuje. Za to mniejsze rybki liczą zapewne dokładniej. Więc i my policzmy. Otóż Tomasz Sakiewicz jest prezesem i beneficjentem rzeczywistym trzech spółek: Telewizja Republika, Słowo Niezależne oraz Niezależne Wydawnictwo Polskie. Jak wspomniano, łącznie dotacje rządowe (resortów sprawiedliwości, kultury, obrony, zdrowia, KPRM i innych składowych rządu RP) wyniosły w latach 2015–23 co najmniej 19,5 mln zł.

Z tej kwoty 11,5 mln przypadło TV Republika (najwięcej, bo ponad 3 mln zł, w 2023), 3,3 mln „Gazecie Polskiej” (Niezależne Wydawnictwo Polskie), zaś kolejne 3 mln poszły na niezależna.pl i „Nowe Państwo” (Słowo Niezależne). Do tego ponad 1 mln zł dostały kluby „Gazety Polskiej”.

Mam do p. Sakiewicza pytanie. Przyjmując, że jego dochody osobiste składają się w jakiejś części z dochodów wspomnianych spółek, a dochody tychże spółek składają się w jakiejś części z dotacji rządowych, to na jaką (mniej więcej) kwotę może oszacować swoje osobiste korzyści majątkowe wynikające z tychże dotacji? Bo na zdrowy rozum: gdyby nie te miliony, to i on sam zarabiałby mniej. Świadczą o tym żarliwe apele o wsparcie, jakie dziś, gdy kurek z rządowymi dotacjami został zakręcony, media Sakiewicza ślą pod adresem swoich czytelników i widzów.

Jak polityczny haracz

Rzecz jasna dotacje, których jedynym celem jest zagwarantowanie, że obdarowane zleceniem medium będzie gorliwie wspierać propagandę rządową, mają swoje preteksty. Mogą to być zlecenia na zamieszczenie albo nawet wyprodukowanie jakichś materiałów propagandowych bądź zorganizowanie jakiejś imprezy dla władz „partyjno-państwowych”. Żeby zebrać czystą gotówkę, trzeba ponieść jakieś wydatki i pokryć jakieś koszty związane z wykonaniem zlecenia.

Jakkolwiek znaczna część takich kosztów to tylko koszty wewnętrzne, w tym koszty pracy własnych pracowników, to na pewno owe 32 mln zł nie stanowią czystego zysku beneficjentów. Jednak ten czysty zysk to z całą pewnością nadal są grube miliony. Bo też np. koszty opublikowania w gazecie ogłoszenia rządowego czy innego materiału sponsorowanego są niemalże groszowe w porównaniu z kwotą rachunku za taką usługę. Jakieś jednakże zawsze są.

Trzeba też odliczyć od owych 32 mln pewne kwoty, dla których można znaleźć wiarygodne uzasadnienie inne niż polityczne. Dotyczy to niektórych „apolitycznych” ogłoszeń spółek skarbu państwa czy ogłoszeń rządowych. Tu jednak kluczowe znaczenie mają zasięgi. W przypadku mediów prawicowych są to zasięgi niewielkie, wobec czego również ceny takich ogłoszeń nie mogą być wysokie (a są). Trudno dokładnie powiedzieć, jaka część z owych wytropionych przez Kontakt24 milionów to polityczny haracz dla Sakiewicza i jego ludzi, ale z całą pewnością jest to większość tej kwoty.

Tak bezczelne, że aż śmieszne

Każdemu wolno prowadzić działalność gospodarczą. Również w branży medialnej. Każdemu wolno prowadzić fundacje i zbierać pieniądze. Również na cele medialne. Każdemu, a więc również dziennikarzowi. Są tu jednakże pewne ograniczenia, a najważniejsze dotyczy sfery polityki. Żaden z dziennikarzy nie powinien czerpać ani korporacyjnych, ani osobistych zysków ze zleceń na wytwarzanie treści o charakterze politycznym składanych przez partie lub instytucje rządowe.

I to samo dotyczy drugiej strony: ani funkcjonariusze partyjni, ani tym bardziej urzędnicy państwowi nie powinni zlecać żadnych prac dziennikarskich bądź pokrewnych (np. prowadzenie spotkań) osobom podlegającym rygorom etyki dziennikarskiej. Dziennikarz przyjmujący zlecenia polityczne, niezależnie od tego, czy zgadza się z przekazem i poglądami swego zleceniodawcy, traci swoją niezależność i popada w dramatyczny konflikt interesów. Bycie niezależnym przestaje bowiem być jego interesem, a staje się nim bycie zależnym i dyspozycyjnym.

Nazywanie przez Sakiewicza i jego kolegów swojego wysługiwania się władzy „niezależnymi mediami” czy „wolnymi mediami” jest tak absurdalnie bezczelne, że nie oburza nawet, lecz śmieszy.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną