Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Gorące dogrywki w samorządach. Żółte kartki, sensacje, słodko-kwaśne niespodzianki

Rafał Trzaskowski i Aleksander Miszalski, Kraków, 13 kwietnia 2024 r. Rafał Trzaskowski i Aleksander Miszalski, Kraków, 13 kwietnia 2024 r. Aleksander Miszalski / Facebook
Wybory nie dają odetchnąć nawet partyjnym centralom, które walczą o poprawę wyniku i wspierają swoich kandydatów. Przed nami starcia o największe miasta i mniejsze, ale istotne i symboliczne potyczki.

Wybory samorządowe przypominają egzamin maturalny. Jedna osoba już ma go za sobą i udaje się na najdłuższe wakacje w życiu, dla innej to dopiero początek stresujących testów, od których zależy jej przyszłość. Jednak te wybory nie dają odetchnąć nawet partyjnym centralom, które po 7 kwietnia walczą o poprawę wyniku i wspierają kandydatów. Przez samorządy przetacza się nowa fala i wszystkie formacje chcą się na nią załapać.

Kraków. Kto wyprowadzi sztandar?

Walka o Kraków miała być gorąca i sprostała oczekiwaniom: kampania w stolicy Małopolski urosła do rangi ogólnopolskiej. Kandydata KO Aleksandra Miszalskiego dopingują liderzy opozycji, sportowcy oraz ludzie kultury. Poza Rafałem Trzaskowskim i Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem poparcia udzielili mu m.in. Marcin Gortat, Michał Rusinek czy kontrkandydaci z pierwszej tury: Stanisław Mazur i Rafał Komarewicz. Jeszcze przed pierwszą turą Kraków odwiedził Donald Tusk. Koalicja Obywatelska zdobyła również samodzielną większość w radzie miasta.

Łukasz Gibała, kandydat bezpartyjny, postanowił rozprawić się z zarzutami konkurencji o dług w wysokości ponad 250 mln zł oraz potencjalne łączenie funkcji prezydenta z prowadzeniem działalności. Spłacił pożyczkę, przekazując wszystkie udziały w firmie. Jego zdaniem to dowód, że nie ma zobowiązań finansowych, partyjnych i będzie w stanie poświęcić 100 proc. czasu na urzędowanie.

Na kandydata stawia dość egzotyczna „koalicja”. Po uzyskaniu poparcia Lewicy Razem oraz Konfederacji – Konrad Berkowicz przekonywał, że trzeba wybrać „mniejsze zło”, aby „Krakowem nie rządziła Platforma z Warszawy” – cichego wsparcia udzieliła też Beata Szydło, która w Polsat News stwierdziła, że „nie miałaby problemu, by zagłosować na pana Łukasza Gibałę”. Poparcie PiS Gibała nazywa „kierowanym niechęcią do PO”, a sztab Miszalskiego próbuje to przekuć na swoją korzyść, należy jednak pamiętać, że Szydło jest właścicielką osobistego rekordu w wyborach do Parlamentu Europejskiego (500 tys. głosów w Małopolsce).

W Krakowie po 22 latach odchodzi Jacek Majchrowski i to Miszalski jest faworytem – w pierwszej turze zdobył 37 proc., 10 pkt więcej od Gibały. Obaj są w mieście znani. Miszalski jest posłem, członkiem zarządu PO w Krakowie, szefem struktur małopolskich, wcześniej był radnym (z ramienia komitetu Majchrowskiego). Gibała jest radnym, był posłem PO i Ruchu Palikota. To jego trzecie podejście pod wybory prezydenckie w mieście. Uzyskał najwyższy do tej pory wynik i po raz pierwszy jest tak blisko osiągnięcia celu.

Czytaj też: Sejmiki, marszałkowie i jeden joker

Wrocław, Poznań. Żółte kartki

Zdjęcia ze sztabów wyborczych mówią jedno – nikt nie spodziewał się takiej dogrywki. Ekscytacji nie kryła Izabela Bodnar, dziwił się Jacek Sutryk. Media społecznościowe obiegło zdjęcie prezydenta Wrocławia, niedowierzającego wynikom exit poll. Niestety nie udało się uchwycić miny kandydata KO, kiedy PKW poinformowała, że jego wynik jest niższy o ponad 4 pkt proc., a jego przewaga nad Izabelą Bodnar z Trzeciej Drogi stopniała do 4,5 pkt proc. Drugi najgorętszy pojedynek w Polsce jest brudny, ostry i momentami komiczny.

Między kandydatami trwa przerzucanie się zarzutami. Jacek Sutryk rozpoczął drugi etap kampanii od posypania głowy popiołem i tłumaczeń. Najpierw przyznał, że wyniki to jasny sygnał i żółta kartka za styl – prezydentowi zarzuca się arogancję – a następnie odniósł się do sprawy dyplomu Collegium Humanum. Walczący o reelekcję prezydent pokazał nawet przelewy za czesne w uczelni, w której zdobył dyplom MBA, co jest zwłaszcza w ostatnich tygodniach powodem do wstydu. Poinformował również o rezygnacji z zasiadania w radach nadzorczych miejskich spółek w Gliwicach i Tychach. Z kolei kandydatce Polski 2050 zarzuca się, że unika pytań o męża, którego oskarżono o korupcję. Mówi również o enigmatycznym „układzie wrocławskim”, który nie chce jej zwycięstwa. Oboje zabiegają o wsparcie swoich ugrupowań. Za Bodnar stanęli Władysław Kosiniak-Kamysz oraz Szymon Hołownia, którzy odwiedzili Wrocław w przeciwieństwie do Rafała Trzaskowskiego i Donalda Tuska, liderów PO wspierającego Sutryka.

Dla Bodnar – nazwisko mimo braku pokrewieństwa z ministrem sprawiedliwości z pewnością nie przeszkadza – wynik już jest sukcesem i nadzieją dla partii na złapanie oddechu po problemach ze strukturami w regionach. Najpierw „Nowa Trybuna Opolska” opublikowała stenogramy, które można zinterpretować jako propozycję korupcji złożoną przez posła Adama Gomołę, niezwłocznie wydalonego z Polski 2050, a następnie formacja musiała wycofać poparcie dla swojego kandydata w Katowicach, który usłyszał zarzuty znęcania się nad rodziną. Bodnar ma szansę zmyć ten niesmak, wygrać wybory w trzecim największym mieście w Polsce i stać się samorządową liderką partii Hołowni.

Żółtą kartkę zobaczył również prezydent piątego największego miasta w Polsce – Poznania. Co prawda u Jacka Jaśkowiaka uczestnictwo w drugiej turze wyborów powinno budzić pozytywne wspomnienia. W 2014 r. pokonał w niej urzędującego przez lata Ryszarda Grobelnego. Tym razem walczy o reelekcję ze Zbigniewem Czerwińskim z PiS, choć zaznacza, że dogrywka nie będzie starciem PO–PiS, ale „meczem między dwoma chłopakami z Dębca”.

Po pierwszej turze nie było to pewne, ale już teraz wiadomo, że poparcia urzędującemu prezydentowi udzieliła zarówno Lewica, jak i Trzecia Droga. Na korzyść Jaśkowiaka przemawia również spora przewaga w pierwszej turze (43,7 proc. do 20,3 proc.).

Czytaj też: Zimny prysznic dla Jacka Sutryka po brutalnej, dziwnej kampanii

Czy Trójmiasto będzie kobietą?

Dla mieszkańców Pomorza porażka Wojciecha Szczurka była sensacją. Jednocześnie rozpaliła wyobraźnię i nadzieję gdynian na to, aby po Gdańsku i Sopocie wybrać kobietę – bezpartyjną – na urząd prezydenta i sprawić, że Trójmiasto będzie kobietą. O szansach Aleksandry Kosiorek (Gdyński Dialog) świadczy nie tylko wynik pierwszej tury (ponad 34 proc.), ale i sondaże. Według nich przed drugą turą ma przewagę nad Tadeuszem Szemiotą (z KO) 46 do 21 proc.

Kandydat KO jest absolwentem elitarnego III LO w Gdyni, doświadczonym samorządowcem i szefem klubu gdyńskich radnych. Kosiorek doświadczenia samorządowego nie ma, ale jedne wybory już wygrała. Jako kandydatka federacji Gdyński Dialog uzyskała nominację po zwycięskich prawyborach. Z zawodu prawniczka i członkini stowarzyszenia Prawniczki ProAbo, zaangażowana w walkę o prawa kobiet.

W przeciwieństwie do krwawej batalii w Małopolsce na Pomorzu kampania przebiega w spokojnej atmosferze. Lokalnie żartuje się, że kandydaci powinni się po prostu dogadać i jedno z nich zostać wiceprezydentem. Autorowi dowcipu należy przyznać sporo racji, ponieważ ani Szemiota, ani Kosiorek nie mają większości w radzie miasta i będą musieli się częściej porozumiewać. Większość po latach utracił w niej Szczurek.

Do zrozumienia fenomenu gdyńskich wyborów nie wystarczy informacja, że Szczurek rządził miastem od 1998 r. Były prezydent wygrywał w pierwszej turze ze sporym zapasem. W 2010 r. było to rekordowe 87 proc., a jeszcze w 2018 uzyskał prawie 68 proc. To przepaść w porównaniu z 7 kwietnia, kiedy otrzymał jedynie 23,53 proc. głosów. Wyborcy pokazali mu czerwoną kartkę.

Czytaj też: Każdy coś przegrał, coś wygrał

Bełchatów, Włocławek. Słodko-kwaśne niespodzianki

O sukces walczą również mniejsze partie. Pretendentem do historycznego zwycięstwa jest Patryk Marjan, który mimo startu z listy komitetu Bełchatowianie od lat związany jest z Konfederacją. Poza poparciem Sławomira Mentzena kandydat uzyskał 38,36 proc. głosów. Z list Konfederacji startował wielokrotnie, m.in. do Parlamentu Europejskiego w 2019 r., a w 2023 prawie został posłem. Sam przekonuje, że w drodze do sukcesu pomogło mu zbudowanie ruchu oddolnego, a także wyciągnięcie z Konfederacji „tego, co najlepsze” – poglądów dotyczących podatków i sprzeciwu wobec pakietów klimatycznych.

Zanim strzelą korki od szampana, Marjan musi zwyciężyć z urzędującą prezydent Mariolą Czechowską. Kandydatka bezpartyjna, od lat wspierana przez PiS, walczy o trzecią kadencję. W 2018 r. do zwycięstwa w drugiej turze wystarczyło jej 9855 głosów, czyli ponad 3 tys. więcej, niż uzyskała 7 kwietnia (31,97 proc.). Dla Konfederacji wynik Marjana jest nadzieją na wygranie pierwszych ważnych wyborów w samorządzie i wybadanie, jak jej politycy wypadają w drugiej turze przeciw wielkim partiom.

Do ciekawej sytuacji może dojść również we Włocławku. Do drugiej tury wchodzi minister Krzysztof Kukucki z Lewicy. Sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju i Technologii, a zarazem debiutujący senator, do wyborów w 2023 r. był radnym Włocławka, a w 2019 został powołany na wiceprezydenta miasta. 21 kwietnia zmierzy się z urzędującym prezydentem – tym, którego był zastępcą – Markiem Wojtkowskim. Pierwsza tura daje Kukuckiemu zapas 41,4 do 29,88 proc. Wygrana byłaby sukcesem potrzebnym Lewicy po „słodko-kwaśnych” wyborach, jak nazwał je lider Włodzimierz Czarzasty. Z drugiej strony oznaczałoby to, że Kukucki na kilka miesięcy po zdobyciu mandatu senatora i teki ministra musiałby z urzędów zrezygnować.

Czytaj też: Miasta obronione. Choć są takie, gdzie będzie pasjonująca dogrywka

Rzeszów, Kielce, Gliwice. Starcia symboliczne

Nie brakuje również starć symbolicznych. O Rzeszów walczy Konrad Fijołek, który w czerwcu 2021 r. przedterminowe wybory – po rezygnacji Tadeusza Ferenca – zakończył w pierwszej turze. Teraz zdobył 37,91 proc. i do ogłoszenia wyników przez PKW nie miał pewności, z kim spotka się w dogrywce. Wyniki exit poll sprawiły, że prof. Jacek Strojny kładł się spać z myślą o dłuższej kampanii. Dopiero oficjalne dane PKW przypomniały słowa Jarosława Kaczyńskiego z niedzieli o „przedwczesnych pogłoskach”.

Urzędujący prezydent uzyskał wsparcie od polityków koalicji rządzącej. Rzeszów odwiedzili m.in. wicepremier Kosiniak-Kamysz, Rafał Trzaskowski, Paweł Kowal czy Elżbieta Łukacijewska. Podobny bój – o stolicę bastionu PiS – toczy się w Kielcach. O urząd walczy szefowa lokalnych struktur PO Agata Wojda, która w drugiej turze zmierzy się z kandydatem PiS Marcinem Stępniewskim.

Wreszcie do ciekawej dogrywki dojdzie w Gliwicach. Tym razem zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa – o urząd prezydenta walczy Katarzyna Kuczyńska-Budka, żona ministra aktywów państwowych, radna od 2018 r. W wyborach nie bierze udziału urzędujący prezydent Adam Neumann, ale jego zastępca Mariusz Śpiewok. Obaj politycy są związani z KWW Koalicja Dla Gliwic Zygmunta Frankiewicza, prezydenta w latach 1993–2019 i współzałożyciela PO w woj. śląskim, który w 2019 wygrał wybory senackie z ramienia KO i do dziś pełni tę funkcję.

Druga tura będzie więc pojedynkiem polityków kojarzonych z KO – radnej i żony ministra z wiceprezydentem wspieranym przez senatora KO i prezydenta Gliwic. Po pierwszej turze faworytką pozostaje Kuczyńska-Budka, która dostała ponad 38 proc. głosów; jej rywal zdobył 27,82 proc. Za nią przemawiają również słowa Borysa Budki, który musi wierzyć w zwycięstwo, skoro zadeklarował, że „nie wybiera się do Brukseli”.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną