Zmarła Jolanta Szczypińska, posłanka PiS
Jolanta Szczypińska
Dominik Sadowski/Agencja Gazeta

Jolanta Szczypińska

Przyszła jednak i pora na gwiazdkę z nieba. W lipcu 2006 r., gdy Jarosław Kaczyński obejmował urząd premiera, to jej przekazał swoje miejsce w pierwszym rzędzie. A ona po wygłoszonym exposé podbiegła do niego z czerwoną różą, a potem w imieniu klubu wręczyła cały bukiet. Zrewanżował się pocałunkiem. I została „posłanką miłości”.

– Media wykreowały tę bajkę – powiada posłanka. Jednak przez jakiś czas zręcznie pomagała snuć scenariusz ze sobą i premierem w rolach głównych. Opowiadała o przyjaźni, o sandałkach, które jej podarował, o znajomości z Pierwszą Mamą. To robiła rozmarzone oczy, to żartowała. Teraz nikt już nie wie, co było prawdą, a co grą. I czyją grą bardziej – mediów, posłanki czy partii, której liderom było na rękę dodanie nowych akcentów do wizerunku wodza.

Przekaźnik z aparycją

Psycholog społeczny dr Marek Suchar patrzy na Szczypińską z pewnym uznaniem: – Szczypińska i Lepper – konstatuje – to pouczająca lekcja o możliwościach rozwojowych człowieka, o tym, że polityka daje szansę wyjścia poza własne ograniczenia. Bo na pozycji „narzeczonej premiera” to ona mogłaby ujechać dwa tygodnie albo niewiele dłużej. A widać, że zaczęła odgrywać istotną rolę.

Dr Jarosław Och, politolog z Uniwersytetu Gdańskiego, nie ma wątpliwości: posłanka rozpoznawalność zawdzięcza liderom partii. To oni pragmatycznie zadecydowali, że będzie jedną z twarzy PiS. Postawili na kobiecość, ciepłą powierzchowność i powściągliwość wypowiedzi. Bo Szczypińska jest de facto przekaźnikiem informacji kierownictwa PiS, przekaźnikiem o przyjemnej aparycji, dbałym o wizerunek.

Wiceprzewodniczącą klubu parlamentarnego PiS Jolanta Szczypińska została w grudniu 2006 r. – Jest ważna w partii, bo ma zaufanie Kaczyńskich, stempel wierności – tłumaczy Tadeusz Cymański. – To dziewczyna prostolinijna i na tym wygrywa. Koledzy dzwonią do niej, gdy mają jakiś problem. Wie, co znaczy bieda, nieudane małżeństwo, ciężka choroba, kłopoty rodzinne. Ma doświadczenie życiowe, hart ducha, pogodną naturę. Nie jest intelektualistką.

Ewa Janik z SLD, która pracowała ze słupską posłanką w sejmowej komisji zdrowia, dostrzega dwie różne Szczypińskie. Pierwsza to delikatna, skromna kobieta, która na posiedzeniach komisji nie zasłynęła z odkrywczych myśli. Druga jest zaskoczeniem ostatniego roku. Janik, obserwując Szczypińską w komisji, nie pomyślała, że może ona zostać wiceszefową klubu, osobą wypowiadającą się tak autorytatywnym tonem w kwestiach dużej polityki.

Spontaniczna, fajna istota, która wchodząc na posiedzenie komisji zmienia się w mało sympatycznego polityka tak opisuje gwiazdę PiS ostatnia szefowa komisji zdrowia Ewa Kopacz z PO. Widzi w Szczypińskiej „czujnik polityczny”, który przerywał dyskusję albo zgłaszał wniosek przeciwny, gdy komisja zmierzała w kierunku nieodpowiadającym jej partii. – Uwierzyła, że PiS ma jedyną słuszną receptę – konstatuje. – Po drodze zagubiła tożsamość. Mówi jak zakodowana. Czy zdarzyły się sytuacje, w których uważała, że PiS nie ma racji? Szczypińska zaprzecza. – Ale zdarzało się, że podjętych decyzji nie rozumiałam od razu. Jednak mam to szczęście, że jestem w partii, której przywódcą jest mąż stanu Jarosław Kaczyński. I z perspektywy czasu okazuje się, iż rację miał Jarosław Kaczyński.

Służebnica partii

Gdy pielęgniarki okopały się w białym miasteczku, a potem odmówiły wyjścia z gmachu URM, dla posłanki Szczypińskiej nastał czas próby. Dorota Gardias, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Pielęgniarek i Położnych, liderka protestu, uważa, że w polityce nie ma miejsca na wrażliwość. A Szczypińska już od dawna nie jest pielęgniarką, tylko politykiem.

Gardias starannie waży słowa. Też jest ze Słupska. Przed laty pracowała z posłanką w tym samym szpitalu. Ba, na tym samym oddziale neurologicznym. Szczypińska była wtedy w opozycji. Kiedy zwijała ją milicja, Gardias pozostawała na dyżurze sama. Podziwiała odwagę koleżanki opozycjonistki: – Pamiętam Jolę jako osobę o dobrym sercu, miłą koleżankę, dobrą pielęgniarkę.

Przez ostatnie dwa lata były w kontakcie telefonicznym. Na początku, kiedy działaczki związku potrzebowały spotkania z politykami, Szczypińska je organizowała. Teraz też liczyły na wsparcie. Była jedyną pielęgniarką w parlamencie. A jednak je potępiła. – Środowisko jest zbulwersowane, ja też, ale staram się Jolę zrozumieć, choć koleżanki mają mi to za złe – relacjonuje Gardias. – Rozmawiałyśmy szczerze. I ona mi powiedziała: Dorota, ta i tylko ta partia może uzdrowić Polskę. Widziałam w jej oczach tę wiarę. I szanuję. Ona jest tak oddana sprawie, tak identyfikuje się z partią, że nie widzi jej błędów czy błędów premiera. Zdaniem Gardias, problem pojawił się, gdy protest zagroził wizerunkowi premiera i PiS. Wtedy posłanka spojrzała na nie jak na wroga.

Tadeusz Cymański bierze koleżankę w obronę. Twierdzi, że czyniła starania, żeby konflikt się zakończył. Cały czas była w Sejmie. Bardzo się przejmowała. – Podkręcała naszych posłów z komisji zdrowia, by wpłynąć na premiera, na Gosiewskiego, żeby premier jednak z pielęgniarkami porozmawiał. Ale to nie jest tak, że co Jola powie, to premier zrobi. Wyszła – jak się to mówi – bez cnoty i bez pieniędzy – bo ani nie uzyskała sukcesu, ani nie zachowała dobrego imienia.

Ciekawe, iż Jolanta Szczypińska finał tej sprawy odbiera zupełnie inaczej. – Mam poczucie wielkiej niesprawiedliwości i krzywdy. Kilka nocy przepłakałam. Historie, które te panie opowiadały na mój temat i które powielały media, były kłamstwem. Ale jak walczyć z kłamstwem, kiedy ja tam byłam sama?

Uważa, że strajk był wyreżyserowany, a pielęgniarki oczekiwały, iż zostaną wyprowadzone siłą. Chciały sprowokować taką sytuację, aby przyłożyć rządowi PiS. Jakie wnioski ze sprawy białego miasteczka wyciągnął słupski elektorat, wkrótce się okaże. LiD w okręgu gdańsko-słupskim wystawia w wyborach Dorotę Gardias. Szczypińska w tym samym okręgu ma pociągnąć listę PiS.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj