Marsz Niepodległości to zwiastun dla prawicy. Nawrocki gwiazdorzy, Konfa rządzi, PiS w opałach
Jak Trump to zobaczy, to nam pomoże. U nas jest znacznie mniej komuchów – starszy mężczyzna uśmiecha się do mnie, trzyma w rękach biało-czerwoną flagę. Stoimy przy warszawskiej Rotundzie, nieopodal ronda im. Romana Dmowskiego, od 16 lat punktu startowego marszu narodowców. Wokół gęsty tłum próbuje przecisnąć się bliżej sceny rozstawionej pod hotelem Novotel. Większość uczestników ma przy sobie choć jeden biało-czerwony gadżet, dominują flagi, opaski z symbolem Polski Walczącej, plastikowe wianki, wuwuzele. Nie brak indywidualnych transparentów, po naszej stronie ulicy uwagę zwraca zwłaszcza napis „Tusk do więziennego psychiatryka”.
Dalej na horyzoncie flagi z dziesiątkami nadrukowanych napisów (czego zresztą prawo zabrania). Są nazwy miast i miasteczek z całej Polski, kluby „Gazety Polskiej”, a nawet flaga Polski zszyta z flagą USA. Czapki MAGA, a nawet naszywki z hasłem Make America Great Again znaleźć można było na całej długości demonstracji.
Czytaj też: Nie lubią polityków, szukają sensu i wspólnoty. Portret Polaków, którzy idą w Marszu Niepodległości
Marsz Niepodległości, wojna na prawicy
Tegoroczny przemarsz był organizowany w atmosferze podskórnej wojny domowej na prawicy. Od kiedy premierem ponownie jest Donald Tusk, a prezydentem Karol Nawrocki, linia podziału polskiej sceny politycznej mocno się utwardziła – ale to po stronie prawicy trwa rywalizacja o prymat. Marsz Niepodległości – zarówno jako impreza, jak i środowisko zrzeszone wokół stowarzyszenia o tej samej nazwie – od lat ewoluuje. Zaczynał jako impreza marginalna, organizowana przez przez prawicę pozaparlamentarną, narodowo-katolicką. Ruch Narodowy, Obóz Narodowo-Radykalny, Młodzież Wszechpolska długo pozostawały na marginesie partyjnej sceny, a patriotyczne rocznice były dla nich często jedyną okazją, by przypomnieć szerszej publiczności o swoim istnieniu.
To się zmieniło po dojściu do władzy Zjednoczonej Prawicy – z rozmaitych instytucji publicznych w kierunku narodowców popłynęły olbrzymie środki finansowe, a marsz mocno się sprofesjonalizował. Skorzystał na tym najbardziej Robert Bąkiewicz, do wiosny 2023 r. prezes stowarzyszenia Marsz Niepodległości, w poprzednich wyborach kandydat do Sejmu z list PiS. Stał się szybko rozpoznawalny, tworzył kolejne podmioty uzyskujące państwowe finansowanie, przybliżał swoje środowisko do obozu rządowego.
Nic lepiej nie obrazuje zmiany politycznej, jaka wydarzyła się w ostatnich latach wokół Marszu Niepodległości, niż właśnie losy Bąkiewicza. Kto pamięta jego płomienne przemówienia, mógłby się mocno zdziwić w tym roku, bo Bąkiewicz był wizerunkowo nieobecny. Wprawdzie wezwał do uczestnictwa w demonstracji członków swojej nowej organizacji, Ruchu Obrony Granic, ale nie byli ani najbardziej liczni, ani najbardziej widoczni. Pojedyncze flagi z logotypem ruchu ginęły w morzu biało-czerwonych proporców, a jego członkowie, we fluorescencyjnych kamizelkach, musieli podporządkować się wytycznym narzucanym przez Straż Marszu Niepodległości. Co najważniejsze, Bąkiewicz nie przemawiał na rondzie Dmowskiego – jego miejsce zajął obecny prezes organizacji Bartosz Malewski.
Hołd dla Karola Nawrockiego
Z politycznego punktu widzenia to nie jego wystąpienie było jednak najważniejsze, tylko poprzedzające je przemówienie wicemarszałka sejmu Krzysztofa Bosaka. Słowa szefa Konfederacji były swoistą deklaracją kierunkową dla narodowców, a jednocześnie manifestacją absolutnej dominacji nad poprzednimi liderami tego środowiska. O Bąkiewiczu nie zająknął się ani słowem, natychmiast skierował się za to do Karola Nawrockiego. Nazwał go „jednym z nas, wyniesionym do godności najwyższego urzędu w Polsce”. I wezwał zgromadzonych (prawdopodobnie ok. 100 tys. osób) do oddania mu hołdu, wykrzykując: „Czołem, panie prezydencie!”.
Sporo miejsca Bosak poświęcił migracji, mówił o konieczności obrony tożsamości narodowej. Z kultury europejskiej, twierdził, brać należy „to, co zdrowe”, ale to Polacy powinni decydować o tym, kto w Polsce się osiedla i kto decyduje o jej losach. Jego zdaniem ludzie „przyjeżdżają tu, żeby zaczerpnąć powietrza, odetchnąć pełną piersią, poczuć zdrowy nacjonalizm”.
Co ciekawe, Bosak, dziś w wyraźnie bojowym nastroju, jako główne źródła zagrożeń wskazał „Brukselę, Berlin, Strasburg”, ale i dodał, że los Polski nie będzie się decydował „w Waszyngtonie czy Moskwie”. To istotny detal, bo wskazuje, że Bosak, świadom rosnącej pozycji swojej formacji politycznej, moderuje przekaz. Wcześniej na marszu brakowało jednoznacznie antyrosyjskich deklaracji, a Ruch Obrony Granic i Bąkiewicz egzystencjalne zagrożenie dla Polski widzą raczej na Zachodzie.
Bosak nie tylko wspomniał o zagrożeniu ze Wschodu, które jego zdaniem wraca, ale i zachęcał do wstąpienia do służb mundurowych, nawoływał do ochrony godności i szacunku osób, które działają w tych organizacjach. Był nawet relatywnie mało krytyczny wobec rządu Tuska – nie powiedział o nim ani słowa, wspomniał natomiast, że szef MSW Tomasz Siemoniak uścisnął mu dłoń na państwowych obchodach rocznicy. Miał wprawdzie kilka kąśliwych uwag co do tego, że „nikt nie robi łaski” narodowcom, pozwalając im maszerować przez centrum Warszawy, niemniej trudno nie zauważyć, że Konfederacja w osobie Bosaka zaczyna rywalizować także o elektorat wielkomiejskiej klasy średniej.
Kaczyński ma problem
Najbardziej poobijany wychodzi z marszu PiS – to kolejny zwiastun problemów Jarosława Kaczyńskiego. Nikt go oficjalnie nie przywitał – ani Mariusza Błaszczaka, ani żadnego innego polityka obozu Zjednoczonej Prawicy. Wprawdzie w tłumie raz na jakiś czas wybijały się transparenty symbolizujące poparcie dla PiS – różne wersje tego samego hasła: „Solidarni z Wąsikiem/Romanowskim/Ziobrą” – ale nie dało się uciec od wrażenia, że to konfederaci rządzą teraz 11 listopada.
Warto pamiętać, że Bosak jako członek zarządu stowarzyszenia Marsz Niepodległości stanął po drugiej stronie sporu z Bąkiewiczem, sprzeciwiając się próbom zacementowania przez niego władzy w organizacji. Od tamtej pory między Bąkiewiczem a narodowym skrzydłem Konfederacji trwa konflikt, który na stopie personalnej nigdy nie został złagodzony. Raz na jakiś czas oba środowiska podczepiają się pod te same imprezy i trendy – jak latem, kiedy Bosak i Sławomir Mentzen organizowali demonstracje przeciw imigrantom, próbując zbić kapitał na fali wywołanej przez Ruch Obrony Granic. Na dłuższą metę zgody jednak nie ma – i raczej nie będzie.
Dlaczego? Bo Bąkiewicz sympatyzuje z PiS, przemawia na partyjnych wiecach, ewidentnie szuka sobie miejsca w pobliżu Kaczyńskiego. Dla sporej części prawicy PiS to już jednak przeszłość – co najdobitniej zobrazowały słowa, które z mównicy padły po przemówieniu Bosaka. „Nareszcie jest z nami prezydent Polski – w 2018 r. Andrzej Duda zorganizował własny marsz, bo przestraszył się Polaków” – wykrzyczał jeden z organizatorów. Powiedzieć coś takiego pod adresem polityka, który z PiS się wywodzi i strategię PiS realizował praktycznie co do joty, zwłaszcza gdy w tłumie stoi Kaczyński – to wymaga nie lada odwagi. Albo wymagało jeszcze jakiś czas temu. Być może dzisiaj to już po prostu stwierdzenie faktu, przyklepanie ewidentnej prawicowej tendencji.
Nawrocki: gwiazda imprezy
Czoło marszu doszło na błonia Stadionu Narodowego ok. 16. Demonstracja przesuwała się wolno, bo wymagała tego duża liczba uczestników i ochrona Nawrockiego. To on był niekwestionowaną gwiazdą imprezy, ochoczo robił sobie zdjęcia z jej uczestnikami. W tłumie było sporo osób z gadżetami jego kampanii prezydenckiej. Co ważne, kampania ta oficjalnie prowadzona była przecież dla kandydata obywatelskiego – więc logotypu PiS zabrakło.
Na podstawie jednej imprezy trudno oczywiście generalizować, ale niektóre trendy są aż nadto widoczne, zresztą nie od dzisiaj. Konfederaci wierzą, że są w stanie prześcignąć PiS w wyborach 2027 i to oni będą dyktować warunki na prawicy. PiS jest w kryzysie, bo elektorat, który do tej pory był dla partii Kaczyńskiego żelazny, nawet nie tyle odpływa, ile już odpłynął. Nowe zasoby nie bardzo jest skąd wziąć, bo wyborcy PiS są też znacznie starsi; biologia i demografia działają na niekorzyść tego ugrupowania.
Ewidentnie w sporach i tematach, które dzisiaj są dla wyborców ważne – migracja, ale też koszty życia, kwestia Zielonego Ładu, zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, miejsce Polski w zmieniającym się świecie – to Bosak, Mentzen czy spacerujący dziś w tłumie z plakietką „VIP” Przemysław Wipler są bardziej wiarygodni niż Błaszczak, Morawiecki czy sam Kaczyński. Co zwiastuje bardzo gorące miesiące na prawicy, zwłaszcza że Nawrocki taktycznie nie chce chyba zająć żadnego stanowiska.
Nie ma zresztą potrzeby – jego następna kampania zacznie się za cztery lata, do tego czasu wiele może się zmienić. Bycie niezależnym arbitrem sporów, z lekkim przechyłem ku Konfederacji, widzącej w nim sojusznika – to bardzo wygodna pozycja. A pomyśleć, że jeszcze niedawno sam mówił o sobie, że „jest decyzją prezesa Kaczyńskiego”.