Wyścig po Oscary jak kampania wyborcza

Sztuczki z Hollywood
Jeśli myślicie, że właśnie ogłoszone nominacje to początek wyścigu po Oscary, jesteście w błędzie. To jeden z etapów konkursu, który trwa już od wielu miesięcy. Konkurencja jest brutalna, a wszystkie chwyty dozwolone. Prawie jak w politycznej kampanii wyborczej.
Najbardziej pożądana nagroda filmowa świata. Tutaj idzie do renowacji.
REUTERS/Danny Moloshok/Forum

Najbardziej pożądana nagroda filmowa świata. Tutaj idzie do renowacji.

Doroczną galę ogląda w telewizji miliony widzów na całym świecie.
BDS2006/Wikipedia

Doroczną galę ogląda w telewizji miliony widzów na całym świecie.

Hollywood, fabryka snów, pieniędzy i spełnionych (lub nie) marzeń.
Fabio Ikezaki/Flickr CC by SA

Hollywood, fabryka snów, pieniędzy i spełnionych (lub nie) marzeń.

Tak naprawdę walka o te nagrody rozpoczyna się wiele lat wcześniej, już na etapie planowania przez studia budżetów na produkcję i marketing (ten drugi jest tu kluczowym składnikiem). Na niemal 12 miesięcy przed wręczeniem nagród, na forach internetowych odbywa się bardzo wstępna selekcja tytułów z oskarowym potencjałem. Wiosenne i letnie premiery weryfikują tą listę.

Kluczowym momentem, w nabierającym tempa wyścigu, jest odbywający się na przełomie lata i jesieni festiwal w Toronto. Tam najlepszy film wybiera publiczność.

CZYTAJ TAKŻE: Janusz Wróblewski o tegorocznym Festiwalu w Toronto >>

To w Kanadzie na faworytów w ostatnich latach wyrosły „American Beauty”, „Przyczajony tygrys, ukryty smok”, „Amelia”, „Slumdog – Milioner z ulicy”, w zeszłym roku „Hej, skarbie”, a w tym - „Jak zostać królem”. Po kanadyjskiej imprezie studia i dystrybutorzy już są pewni, w jakie tytuły warto inwestować i których aktorów trzeba przygotować do żmudnej i wyczerpującej kampanii.

W sumie niewiele różni się ona od walki o prezydenturę czy miejsce w Kongresie. Pomagają w tym takie same firmy public relations i lobbyści, którzy pracują w Waszyngtonie. Zaczyna się od tradycyjnego marketingu, czyli ogłoszeń typu „for your consideration” („ku twojej uwadze”) reklamujących film i role. Ale to dziś mniej istotny element machiny promocyjnej.

„Pod Oscara”

- Aktorzy, którzy znani są z tego, że jak ognia unikają mediów, nagle stają się pokorni i biegają od programu do programu, czy to telewizja śniadaniowa, Oprah, czy wieczorny talk-show Davida Lettermana. Jeżeli komuś naprawdę zależy na nagrodzie, musi być wszędzie – mówi Gerard Kennedy, krytyk filmowy z Los Angeles.

Pod koniec grudnia, kiedy rozpoczyna się cykl wręczania pomniejszych branżowych wyróżnień (te przyznawane przez stowarzyszenia krytyki, potem Złote Globy i nagrody związków zawodowych aktorów, scenarzystów i reżyserów), artyści każdym swoim wystąpieniem publicznym pracują na opinię. - Członkowie Akademii lubią fantazję, a z drugiej strony cenią sobie pokorę. Kate Winslet dwa lata temu popisała się i jednym i drugim, kiedy żartowała, że specjalnie „pod Oscara” zagrała w filmie o Holocauście, ale dyskretnie wysyłała sygnały, że już najwyższy czas dać jej tę nagrodę – mówi bloger Scott Feinberg.

Pożytki z przecieków

Kto prześpi początek sezonu, straty w oskarowym wyścigu już raczej nie odzyska. Ale żadna autopromocja nie jest tak skuteczna jak... czarny PR. W ostatnich latach najbardziej sugestywne kampanie, polegające na obrzucaniu konkurencji błotem, zdarzyły się w 2002 r., kiedy o najważniejsze Oscary walczył „Piękny umysł”, a także rok później, gdy do nagród nominowano „Pianistę”.

W pierwszym przypadku na mniej więcej dwa tygodnie przed końcem głosowania zwykle dobrze poinformowany bloger Matt Drudge napisał, że twórcy filmu o genialnym matematyku Johnie Nashu pominęli antysemickie wystąpienia swojego bohatera i zaapelował do członków Amerykańskiej Akademii Filmowej, żeby rozważyli, czy warto nagradzać historię kogoś „kto nienawidził Żydów”. Redaktorzy największych gazet zdradzili potem, że ktoś do nich zadzwonił, by się upewnić, czy widzieli wpis na blogu Drudge'a. „Piękny umysł” Oscara mimo to dostał, ale Hollywood (nie po raz pierwszy) dowiodło, że w walce o nagrody Akademii mogą się liczyć względy pozaartystyczne.

W 2003 r. na ostatnim etapie oskarowej konkurencji do prasy przeciekły szczegóły zeznań Romana Polańskiego z jego niesławnego procesu o molestowanie 13-latki sprzed 26 lat. Los Angeles huczało od ordynarnych detali z przesłuchań reżysera. Wreszcie głos zabrała sama pokrzywdzona Samantha Geimer i w oświadczeniu wydrukowanym w „LA Times” wybaczyła Polańskiemu i poprosiła, by oceniać dzieło, a nie człowieka. Skutek? „Pianista” dostał trzy Oscary w ważnych kategoriach, ale statuetkę za najlepszy film odebrali twórcy „Chicago”.

- Były i bardziej absurdalne historie. W zeszłym roku ktoś rozsiewał plotki, że wiele lat temu Quentin Tarantino zwolnił z pracy przy „Pulp Fiction” swoją umierająca na raka przyjaciółkę, co się okazało nieprawdą. Miało to uderzyć w promocję jego „Bękartów wojny”, ale niewielu dało wiarę tej bujdzie – dodaje Kennedy.

Jak nie zdobyć Oscara

Tymczasem naprawdę poważna polityka towarzyszyła Oscarom już 70 lat temu. W 1941 r. uznawany dziś za jeden z najlepszych filmów w historii „Obywatel Kane”, przegrał walkę o nagrody, bo magnat prasowy William Randolph Hearst (pierwowzór postaci Charlesa Fostera Kane'a) zabronił zatrudnianym przez siebie dziennikarzom wspominać o obrazie Orsona Wellesa. Wykorzystał też swoje salonowe wpływy, by ograniczyć liczbę pokazów filmu. Z kolei w 1953 r. konkurenci „W samo południe” przestrzegali akademików, by nie głosować na western, który jest niepatriotyczny. W epoce zimnej wojny i tropienia komunistycznych spisków członkowie Akademii po prostu się przestraszyli i postawili na kiczowate „Największe widowisko świata”.

W tym roku bój o Oscara dla najlepszego filmu toczy się między „The Social Network”, a coraz bardziej popularnym w Hollywood „Jak zostać królem”. Starzy wyjadacze z branży poczuli dejavu, bo dzień po tym, jak grający tam główną rolę Colin Firth dostał Złoty Glob i umocnił pozycję oskarowego faworyta, kilku zajmujących się filmem blogerów napisało - powołując się na materiały prasowe sprzed 70 lat - że król Jerzy VI (bohater „Jak zostać królem”) jeszcze przed wojną głosił antysemickie hasła i sprzeciwiał się imigracji Żydów do Palestyny. - Nie mogę zdradzić, kto tę osobliwą prasówkę rozsyłał w środowisku, ale przyznam, że to jeden z członków Amerykańskiej Akademii Filmowej – mówi nam Scott Feinberg.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj