Cannes 2011: komu Złota Palma?

Nadmiar faworytów
Ostatnie akordy festiwalu przebiegały pod dyktando Almodovara i reperkusji związanych z uznaniem Larsa von Triera za persona non grata. Spirala absurdu, jakiej doświadczył Duńczyk, przypomina surrealistyczną przypowieść wymyśloną przez Kafkę.
Polityka

Krwawy melodramat  „La piel que habito” (Skóra, w której żyję) Almodovara to chyba ostatni w konkursie mocny kandydat do głównych nagród.
Cannes 2011/materiały prasowe

Krwawy melodramat „La piel que habito” (Skóra, w której żyję) Almodovara to chyba ostatni w konkursie mocny kandydat do głównych nagród.

Przejęzyczenie reżysera, a później próbę rozładowania sytuacji na konferencji prasowej uznano za celową prowokację. Newsy, że autor „Melancholii” jest nazistą i rozumie Hitlera błyskawicznie wylądowały na czołówkach we wszystkich mediach. Gdy reżyser oficjalnie przeprosił, organizatorzy potraktowali go jak psa i zabronili zbliżać się do Pałacu festiwalowego. Jeśli więc otrzyma jakąś nagrodę, nie będzie mógł jej nawet odebrać.

Nie wiadomo, czy i w przyszłości zostanie tu kiedykolwiek jeszcze zaproszony. Łatka antysemity niejednemu artyście zrujnowała juz karierę (ostatnio choćby Melowi Gibsonowi). I chociaż von Trier wciąż tłumaczy, ze cała ta paranoja wokół niego wzięła się ze zwykłej niezręczności językowej nikt już nie chce tego słuchać, ani dawać wiary jego wyjaśnieniom. Co dalej nie wiadomo. Cannes doczekało sie wreszcie skandalu, przysparzającego tej imprezie pikanterii, a paradoksalnie, kto wie czy nie pomoże  wypromować „Melancholię”.  
Krwawy melodramat  „La piel que habito” (Skóra, w której żyję) Almodovara to chyba ostatni w konkursie mocny kandydat do głównych nagród. Niezwykła mieszanka horroru, filmowego pastiszu i czarnego humoru, w której pojawiają się te same co zawsze u tego autora składniki: zdrada, morderstwo w afekcie, samotność, zamiana płci, pytania o tożsamość, śmierć. Tym razem jednak hiszpański mistrz dodaje coś specjalnego – konwencję science-fiction. Akcja toczy się w 2012 r. Bohaterem jest szalony naukowiec o ambicjach doktora Frankensteina grany przez Antonio Banderasa. Profesor prowadzi badania nad wynalazkiem sztucznej skóry, bo chce uratować życie swojej niewiernej żonie, poparzonej w wypadku samochodowym. O jej samobójstwie dowiadujemy się potem z retrospekcji, podobnie jak i o śmierci jego córki, która też się zabiła, ponieważ nie mogła pogodzić się z myślą, że została zgwałcona przez własnego ojca (choć tak naprawdę nie on ją wykorzystał). Labiryntowych komplikacji, fałszywych tropów, tragicznych pomyłek, zdumiewających tajemnic, zaskakujących zwrotów akcji jest w tym filmie bardzo dużo. „La piel que habito” to zagadkowa, postmodernistyczna bajka o tym, że ciało można wymienić, ale już duszy niestety się nie da. Żaden inny reżyser nie potrafiłby z tylu odmiennych stylów, nieprzystających do siebie sytuacji, kiczowatych skojarzeń stworzyć spójne, bezpretensjonalne dzieło, wznoszące się na wyżyny sztuki filmowej. 
Na pytanie, które zajmuje obecnie wszystkich - kto otrzyma Złota Palmę - klarownej odpowiedzi wciąż  jednak brakuje. Wedle dziennikarskich ocen publikowanych w branżowym magazynie „Screen Daily” największe na to szanse mają dwa tytuły: neorealistyczny „The Kid With a Bike” belgijskich braci Jean-Pierre i Luca Dardenne. Oraz fińska komedia „Le Havre” Aki Kaurismakiego – utrzymana w tonacji czarnego kryminału z lat 50. wzruszająca przypowieść o tym, że dobre intencje w zupełności wystarczają by zmienić świat na lepsze. Stawką są losy czarnoskórego emigranta przemyconego w kontenerze do francuskiego portu, któremu pomaga nawet surowy komisarz policji. Wszyscy aktorzy grają na spowolnionych obrotach, z marsowymi minami, co tworzy efekt dystansu i ciepłej ironii, bo przecież każdy wie, że cuda się nie zdarzają, a mimo to chce się w nie wierzyć. Zwłaszcza w kinie. 
Szanse ma też oczywiście Pedro Almodovar, który zmieniając skórę (po raz pierwszy sięgnął po nie swój scenariusz) zdołał nakręcić jedno z najbardziej oryginalnych dzieł w swojej karierze. Kolejny kandydat – nieznany szerzej Francuz o litewskich korzeniach Michel Hazanavicius, autor kapitalnej, błyskotliwej, czarno-białej komedii „The Artist”, w której nie pada ani jedno wypowiedziane na głos słowo – wcale nie ma w tym elitarnym gronie najmniejszych szans.  Złożył cudowny hołd staremu kinu i odchodzącym geniuszom niemego filmu, nie radzącym sobie w epoce dźwiękowej takim jak Rudolf Valentino czy Errol Flynn. Jego film to majstersztyk, arcydzieło stylizacji, mówiące o tym co piękne i wartościowe w czasach permanentnych rewolucji estetycznych.
Moim skromnym zdaniem wygrana należy się Terrence Malickowi za dramat metafizyczny „The Tree of Life” - niezwykły poemat filmowy, zapraszający do medytacyjnej podróży do granic wyobraźni. Opus magnum tego reżysera. Dojrzałe, odważne spojrzenie na ludzką egzystencję z perspektywy człowieka prowadzącego intymny dialog z bogiem, kosmosem, naturą, poszukującego odpowiedzi totalnej. Bezpretensjonalne, mądre, głębokie. 
Współczuję Robertowi De Niro, przewodniczącemu jury, który nie będzie miał w tym roku łatwego zadania.

Nie wiadomo, czy i w przyszłości zostanie tu kiedykolwiek jeszcze zaproszony. Łatka antysemity niejednemu artyście zrujnowała juz karierę (ostatnio choćby Melowi Gibsonowi). I chociaż von Trier wciąż tłumaczy, że cała ta paranoja wokół niego wzięła się ze zwykłej niezręczności językowej, nikt już nie chce tego słuchać ani dawać wiary jego wyjaśnieniom. Co dalej - nie wiadomo. Cannes doczekało sie wreszcie skandalu, przysparzającego tej imprezie pikanterii, a paradoksalnie, kto wie, czy nie pomoże  wypromować „Melancholię”.  

Krwawy melodramat,  „La piel que habito” (Skóra, w której żyję) Almodovara, to chyba ostatni w konkursie mocny kandydat do głównych nagród. Niezwykła mieszanka horroru, filmowego pastiszu i czarnego humoru, w której pojawiają się te same, co zawsze u tego autora składniki: zdrada, morderstwo w afekcie, samotność, zamiana płci, pytania o tożsamość, śmierć. Tym razem jednak hiszpański mistrz dodaje coś specjalnego – konwencję science-fiction. Akcja toczy się w 2012 r.

Bohaterem jest szalony naukowiec o ambicjach doktora Frankensteina, grany przez Antonio Banderasa. Profesor prowadzi badania nad wynalazkiem sztucznej skóry, bo chce uratować życie swojej niewiernej żonie, poparzonej w wypadku samochodowym. O jej samobójstwie dowiadujemy się potem z retrospekcji, podobnie jak i o śmierci jego córki, która też się zabiła, ponieważ nie mogła pogodzić się z myślą, że została zgwałcona przez własnego ojca (choć tak naprawdę nie on ją wykorzystał).

Labiryntowych komplikacji, fałszywych tropów, tragicznych pomyłek, zdumiewających tajemnic, zaskakujących zwrotów akcji jest w tym filmie bardzo dużo. „La piel que habito” to zagadkowa, postmodernistyczna bajka o tym, że ciało można wymienić, ale już duszy niestety się nie da. Żaden inny reżyser nie potrafiłby z tylu odmiennych stylów, nieprzystających do siebie sytuacji, kiczowatych skojarzeń stworzyć spójne, bezpretensjonalne dzieło, wznoszące się na wyżyny sztuki filmowej. 

Na pytanie, które zajmuje obecnie wszystkich - kto otrzyma Złota Palmę - klarownej odpowiedzi wciąż jednak brakuje. Wedle dziennikarskich ocen, publikowanych w branżowym magazynie „Screen Daily”, największe na to szanse mają dwa tytuły: neorealistyczny „The Kid With a Bike” belgijskich braci Jean-Pierre i Luca Dardenne. Oraz fińska komedia „Le Havre” Aki Kaurismakiego – utrzymana w tonacji czarnego kryminału z lat 50. wzruszająca przypowieść o tym, że dobre intencje w zupełności wystarczają, by zmienić świat na lepsze. Stawką są losy czarnoskórego emigranta, przemyconego w kontenerze do francuskiego portu, któremu pomaga nawet surowy komisarz policji. Wszyscy aktorzy grają na spowolnionych obrotach, z marsowymi minami, co tworzy efekt dystansu i ciepłej ironii, bo przecież każdy wie, że cuda się nie zdarzają, a mimo to chce się w nie wierzyć. Zwłaszcza w kinie. 

Szanse ma też oczywiście Pedro Almodovar, który - zmieniając skórę (po raz pierwszy sięgnął po nie swój scenariusz) - zdołał nakręcić jedno z najbardziej oryginalnych dzieł w swojej karierze. Kolejny kandydat – nieznany szerzej Francuz o litewskich korzeniach Michel Hazanavicius, autor kapitalnej, błyskotliwej, czarno-białej komedii „The Artist”, w której nie pada ani jedno wypowiedziane na głos słowo – wcale nie ma w tym elitarnym gronie najmniejszych szans. Złożył cudowny hołd staremu kinu i odchodzącym geniuszom niemego filmu, nie radzącym sobie w epoce dźwiękowej, takim jak Rudolf Valentino czy Errol Flynn. Jego film to majstersztyk, arcydzieło stylizacji, mówiące o tym, co piękne i wartościowe w czasach permanentnych rewolucji estetycznych.

Moim skromnym zdaniem wygrana należy się Terrence'owi Malickowi za dramat metafizyczny „The Tree of Life” - niezwykły poemat filmowy, zapraszający do medytacyjnej podróży do granic wyobraźni. Opus magnum tego reżysera. Dojrzałe, odważne spojrzenie na ludzką egzystencję z perspektywy człowieka prowadzącego intymny dialog z bogiem, kosmosem, naturą, poszukującego odpowiedzi totalnej. Bezpretensjonalne, mądre, głębokie. 

Współczuję Robertowi De Niro, przewodniczącemu jury, który nie będzie miał w tym roku łatwego zadania.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną