Stary rock na nowo odkrywany

Stare jest świeże
Na festiwalach rockowych legend liczy się nieprzemijająca sława dawnych idoli, spontaniczność, ale i mistyczna energia, którą dziś zaczyna się cenić na nowo.
Ray Manzarek (z lewej) i Robby Krieger z zespołu The Doors
James Gilchrist/WireImage

Ray Manzarek (z lewej) i Robby Krieger z zespołu The Doors

Paul Rodgers, były lider The Free
Christie Goodwin/Getty Images

Paul Rodgers, były lider The Free

Skowyt (koncert z okazji 20-lecia zespołu)
BEW

Skowyt (koncert z okazji 20-lecia zespołu)

Jeszcze kilka lat temu powszechna była opinia, wedle której pomysł na koncerty podstarzałych rockmanów wynikał z prostego faktu, że organizator nie ma pieniędzy, żeby sprowadzić kogoś, kto aktualnie liczy się na światowej scenie. Poza tym częstą praktyką było zapraszanie nikomu nieznanych grajków występujących pod znanymi szyldami. Zdarzały się nawet takie przypadki, jak ten z 2002 r., kiedy na festynie we Włochach pod Warszawą zagrał brytyjski zespół Creedence Clearwater Revived, podszywający się pod rozwiązaną w 1972 r. słynną amerykańską grupę Creedence Clearwater Revival. W Dolinie Charlotty, czyli w Strzelinku pod Słupskiem, też występowały znane bandy w niekoniecznie oryginalnych składach, ale w tych samych zestawieniach słuchano ich na wielu innych europejskich i amerykańskich festiwalach starego rocka.

Coś dla starych i młodych

Obserwując kolejne edycje imprezy pod Słupskiem i podobnych do niej festiwali – jak niemiecki Burg Herzberg, angielski High Voltage czy holenderski Arrow Rock – można odnieść wrażenie, że z każdym rokiem fanów takiej oferty przybywa. I w grę wchodzi nie tylko nostalgia starców za czasami młodości, ale również coś, co działa na młodych. To „coś” muzyka rockowa odziedziczyła po bluesie i dzieli między innymi z jazzem: chodzi o spontaniczność i trudno definiowalną energię, dobrze znaną każdemu, kto choć raz był na koncercie takich artystów, jak The Rolling Stones, Eric Clapton, Jimmy Page, Bruce Springsteen czy Brian Wilson.

Owa spontaniczność i energia towarzyszyły tej muzyce od początku jej istnienia, ale szczególnego sensu nabrały w „złotej epoce rocka”, czyli w latach 1966–72. Muzyka kojarzona wcześniej z biodrami Presleya i młodzieżą szalejącą na tanecznych parkietach stała się zjawiskiem wielce osobliwym.

Z jednej strony zaczęły się wyrafinowane eksperymenty z aranżacją, brzmieniem, wykorzystywaniem elementów jazzu, a nawet klasyki filharmonicznej, z drugiej zaś wzrastała rola radykalizmu politycznego w tekstach piosenek i kolorycie występów scenicznych. Najważniejsze jednak, że eksperymenty formalne i zaangażowanie ideologiczne nie mogły wykluczać spontaniczności i mistycznego przepływu energii między wykonawcą a odbiorcą.

Nawet największe wyrafinowanie nie miało prawa eliminować ducha ekstatycznego rytuału, który władał nie tylko atmosferą koncertu, ale musiał też być obecny nawet w czasie domowego odsłuchiwania płyty.

Emerson, Lake&Palmer, trio koryfeuszy progresywnego rocka, w 1971 r. grało przeróbki z Musorgskiego na koncertach, w czasie których długowłosy Keith Emerson ryzykownie chwiał skrzynią swoich organów Hammonda, kładł się na nich albo grał łokciami. XIX-wieczna muzyka stawała się tym samym elementem żywiołowego happeningu doprowadzającego publikę do frenezji. Nawiasem mówiąc, trio Emersona reaktywowało się dwa lata temu, by dać koncert na londyńskim High Voltage Festival.

Antydyskoteka

Dziś rockowi weterani, może poza niezmordowanym Mickiem Jaggerem, nie bardzo mogą sobie pozwolić na estradowe akrobacje, ale koncerty w strzelineckim amfiteatrze pokazują, że dawny duch rytuału wciąż tej muzyce towarzyszy. Kiedy dwa lata temu organy Gary’ego Brookera rozpoczęły słynne intro do „Whiter Shade of Pale” Procol Harum, miało się wrażenie, że czas stanął w miejscu. Brooker, inaczej niż dawniej młody Emerson, w skupieniu siedział za instrumentem i śpiewał z przymkniętymi oczami. Nie był to happening, raczej misterium, efekt pozostał taki sam.

Podobnie było wtedy, kiedy Eric Burdon, wciąż tym samym co zawsze silnym głosem, śpiewał „House of the Rising Sun” i wtedy, kiedy Arthur Brown z płonącą koroną na głowie występował ze swoim megahitem „Fire”. Za każdym razem publiczność – i ta w wieku występujących muzyków i nawet ta o dwa pokolenia młodsza – chłonęła muzykę w uniesieniu. Do takiej atmosfery nie bardzo pasuje fraza „bawić się dobrze”, lepiej brzmi „przeżywać coś niezwykłego”. Dobrze się bawić można na dyskotece, a ten stary rock to jednak antydyskoteka.

Muzyka dawnych gwiazd rocka przypomina, że w tamtym szczególnym czasie, symbolizowanym przez Woodstock, a w ciemniejszej legendzie przez śmierć Hendriksa, Morrisona i Janis Joplin, płyta czy występ sceniczny nie potrzebowały dodatkowego wsparcia w rodzaju teledysków, wielkich kampanii reklamowych, blichtru gali i bankietów rejestrowanych telewizyjnie.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną