Kultura

Francja elegancja

Zmarł Charles Aznavour. Był symbolem piosenki francuskiej

Charles Aznavour – „Napoleon francuskiej piosenki”. Charles Aznavour – „Napoleon francuskiej piosenki”. Roland Godefroy / Wikipedia
Wielkość sławy Aznavoura, człowieka skądinąd postury niewielkiej (160 cm), swego czasu przesłoniła Polakom obraz różnorodności francuskiej sceny muzycznej. Artysta zmarł w wieku 94 lat.
Wielkość sławy Aznavoura, człowieka skądinąd postury niewielkiej (160 cm), przesłoniła Polakom obraz różnorodności francuskiej sceny muzycznej.Koen van Weel/EPA/PAP Wielkość sławy Aznavoura, człowieka skądinąd postury niewielkiej (160 cm), przesłoniła Polakom obraz różnorodności francuskiej sceny muzycznej.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w kwietniu 2014 r. niedługo przed występem artysty w Polsce.

90-letni artysta to symbol piosenki francuskiej, która w Polsce miewała odbiór wyjątkowy, także polityczny.

Przyjazd Aznavoura do Sopotu w 1984 r. był wydarzeniem wielkiej wagi. Po pierwsze dlatego, że Aznavour był pieśniarzem legendą, zwłaszcza dla starszej części rodzimych melomanów oddanych kultowi piosenki francuskiej; po drugie, ponieważ niosła się po kraju sława Aznavoura aktora, ze świetną rolą w „Blaszanym bębenku”, którego w kinach nie było, ale bywał już wtedy oglądany z kaset na coraz popularniejszych magnetowidach; po trzecie wreszcie – ponieważ w orwellowskim roku mało kto spośród znanych zachodnich artystów do Polski przyciśniętej stanem wojennym zaglądał, więc jeśli coś takiego się zdarzało, miało siłą rzeczy rangę ewenementu.

Telewidzowie oglądający transmisję telewizyjną nie przypuszczali jednak (bo nie mogli tego wiedzieć), że w tle koncertu najważniejszej gwiazdy festiwalu rozgrywał się tragikomiczny dramat. Reżyser sopockiej imprezy Jerzy Gruza wspomina to tak: „Jak każdy wielki artysta Aznavour chciał występować na końcu, nie zdając sobie sprawy z długości koncertu giganta. Niespodziewanie jakaś Czeszka stała się ulubienicą publiczności i śpiewała zamiast trzech minut przez okrągłą godzinę i nie można jej było spędzić z estrady. Kiedy wyszedł Aznavour, zbliżała się pora odjazdu ostatniej kolejki z Sopotu w kierunku Gdańska i Gdyni. Ze zdumieniem wielki gwiazdor zobaczył, że gdy zaczął śpiewać, publiczność natychmiast wstała i opuściła tłumnie amfiteatr. Zręcznym montażem i podkładem braw, które otrzymała Czeszka, uratowano transmisję telewizyjną. W amfiteatrze wyglądało to tragicznie i przerażająco. Aznavour był w szoku. Kolejowy rozkład jazdy w Trójmieście pokonał światową gwiazdę”.

Strawy dla koneserów

Z okazji tej pierwszej polskiej wizyty nazwano Aznavoura „Napoleonem francuskiej piosenki”. To ważne, bo termin „francuska piosenka” miał status określenia specyficznego gatunku twórczości. „Francuska piosenka” traktowana była jako emanacja „francuskości” – francuskiej kultury, francuskiego gustu i ogółu skojarzeń z cywilizacyjnymi walorami, które dawniejsza polska inteligencja, obowiązkowo znająca francuski, uznawała za wzór jednocześnie narodowy i światowy. Aznavour wpisywał się zatem w ten kontekst doniosłości, tak jak Brel, Bécaud, Boris Vian czy Juliette Gréco.

Tymczasem dziś na francuską muzykę popularną patrzy się bez narodowych konotacji. Weźmy choćby triumfatorów ostatniej edycji Grammy duet Daft Punk. Mistrzowie elektroniki sprawiają wrażenie kompletnych kosmopolitów – do tego stopnia, że spora część ich fanów nie wie, że podziwia muzyków francuskich. Są paryżanami, ale równie dobrze mogliby być londyńczykami czy pochodzić z Nowego Jorku.

Kilka dekad temu francuska publiczność mogłaby z tego powodu narzekać, wszak we Francji, także tej muzycznej, bardzo silne były antyanglosaskie uczucia. Głównie dlatego, że francuska piosenka od połowy lat 50. bywała na światowej scenie systematycznie i coraz mocniej marginalizowana przez muzykę amerykańską i brytyjską, zwłaszcza rockową. A przecież wtedy, gdy eksplodował rock i spektakularnie zaczynały się kariery Elvisa Presleya, Little’a Richarda, Chucka Berry’ego czy Jerry’ego Lee Lewisa, najlepiej zarabiającą artystką estradową na świecie była Edith Piaf. W tamtym czasie Charles Aznavour współtworzył autorski duet z Gilbertem Bécaudem, a piosenka francuska miała dobrze zasłużoną renomę duchowej strawy dla koneserów. Bo była to przede wszystkim piosenka literacka.

Zaczęło się od tak zwanej „piosenki realistycznej”. To ona zresztą rozpędziła karierę Edith Piaf (estradowej mentorki Aznavoura), a patronowały jej gwiazdy dawnego francuskiego kabaretu – Frehel, Yvette Guilbert czy Aristide Bruant. La chanson realiste była dla Francji tym, czym był blues dla Ameryki: „głosem biedoty”, ekspresją wykluczonych i rodzajem „miejskiego folku”. Ta sięgająca schyłku XIX w. tradycja wokalna, zlokalizowana głównie w Paryżu, polegała na śpiewaniu tekstów komentujących bieżącą codzienność i stawiających się w wyraźnej opozycji do kultury klas wyższych. Nie przypadkiem uliczna piosenka francuska nazywana bywa przez historyków kabaretu „gazetą ludu”.

W latach 30. „piosenka realistyczna” stała się materiałem do stylizacji, pikantnym, niby-ludowym dodatkiem do repertuaru kabaretowego i często bywała wykonywana przez aktorów, których z biedotą nic nie łączyło. Natomiast po wojnie przyszedł czas poezji śpiewanej, egzystencjalizmu i mody na tak zwane piwnice artystyczne, których klimat podziwiali równie entuzjastycznie amerykańscy jazzmani czy bitnikowscy poeci, jak i prekursorzy polskiej kultury studenckiej.

Niewątpliwą gwiazdą owej „kultury piwnic” była intrygująca Juliette Gréco, dla której teksty pisywali tacy giganci pióra i intelektu, jak Jacques Prévert, Jean Cocteau czy wreszcie sam Jean-Paul Sartre. Nic dziwnego, że studenci (nawet amerykańscy), nie mówiąc już o młodych intelektualistach całej Europy, inspirowali się raczej duchem nowej kultury znad Sekwany niż rodzącą się właśnie młodzieżową popkulturą amerykańską.

Jednak połowa lat 50. to przede wszystkim czasy polityczne. Kiedy Yves Montand decyduje się odbyć tournée po ZSRR niedługo po radzieckiej inwazji na Węgry w 1956 r., wypomina mu się wcześniejszą fascynację komunizmem, ale kiedy w Moskwie odbywa czterogodzinną polemiczną debatę z Chruszczowem, po której gensek długo nie może się uspokoić, Montand odzyskuje nimb bohatera tłumów. Po drodze z Moskwy do Paryża francuski aktor i piosenkarz wpada ze swoim recitalem do Warszawy, gdzie deklaruje wsparcie dla popaździernikowej „odwilży” i aktywnego w zakładach pracy i na uczelniach ruchu na rzecz demokratyzacji państwa i potępienia stalinizmu.

Podobny gest wykona w 1989 r., kiedy przyjedzie do Polski, by poprzeć Solidarność przed wyborami parlamentarnymi. To było ważne, zwłaszcza ta pierwsza wizyta, bo Warszawa 1956 r., tak zresztą jak cała Polska, była zakochana we francuskich aktorach i piosenkarzach. Dość powiedzieć, że największym idolem filmowym był wtedy u nas Gérard Philipe, główny bohater popularnej komedii „Fanfan Tulipan”.

W gruncie rzeczy to samo można powiedzieć o piosenkarzach i piosenkarkach. Owszem, rock’n’roll dość szybko zdobył popularność, ale przez długi czas nie zakłócał sławy Maurice’a Chevaliera, wielkiej Edith Piaf czy właśnie Yves’a Montanda. Tym bardziej że w radiowych audycjach poświęconych muzyce rozrywkowej amerykańskiego rock’n’rolla prawie nie było, a Francuzi uchodzili za mistrzów piosenki.

Sytuacja zmieniła się dopiero pod koniec lat 50., kiedy pojawił się pierwszy rodzimy zespół rock’n’rollowy – Rhythm And Blues. Zespół założony przez Franciszka Walickiego został wprawdzie szybko rozwiązany z powodu ekscesów, jakich dopuszczała się jego publika na koncertach, ale było już jasne, że polska młodzież woli zdecydowanie bardziej Presleya od jego francuskiej podróbki, czyli Johnny’ego Hallydaya, zaś piosenka francuska staje się coraz wyraźniej démodé. Ale gdy już młodych Polaków zaczyna ogarniać płynąca z Anglii fala beatlemanii, dochodzi do pewnego paradoksu.

Przybysz z przeszłości

Nagle jednym z najczęściej pojawiających się w Polskim Radiu piosenkarzy zachodnich staje się właśnie Charles Aznavour. Głównym jego propagatorem jest znany dziennikarz i konferansjer, przy tym ekspert od piosenki francuskiej Lucjan Kydryński, ale wydaje się, że obecność francuskiej muzyki w Polsce ma też inne podłoże – polityczne. Ustaliło się bowiem w partyjnych gremiach decyzyjnych, że anglosaska kultura popularna jest groźniejsza, bo bardziej fascynuje młodych ludzi. Francuszczyzna uchodzi natomiast za bardziej dostojną, mniej modną, więc i mniej szkodliwą obyczajowo i politycznie. Być może jakąś rolę odgrywała tradycyjnie wysoka skala poparcia Francuzów dla lewicy i osobliwy feblik prorosyjski (notabene żywy do dziś) – tak czy inaczej ów znamienny podział na łatwiejszy do zaakceptowania „Zachód francuski” i kojarzony z niebezpiecznym wpływem na młodzież „Zachód anglosaski” znajdował odbicie w praktyce polityki kulturalnej PRL, zarówno za Gomułki, jak i za Gierka.

W drugiej połowie lat 60., kiedy młodych fanów najbardziej kręciła amerykańska psychodelia i brytyjski rock progresywny, na cotygodniowej radiowej liście przebojów Programu II w pierwszej piątce zawsze musiała się znaleźć przynajmniej jedna piosenka francuska. W tym samym czasie, kiedy szczytowe emocje publiczności rockowej rozpalał halucynacyjny song Jefferson Airplane o białym króliku, Polskie Radio emitowało na okrągło miłosne wibrato Charles’a Aznavoura opiewające wdzięki pięknej Isabelle. Nieco wcześniej zamiast Beatlesów proponowano reprezentantów francuskiego nurtu zwanego yé-yé, zwłaszcza 18-letnią wówczas France Gall, która zwyciężyła w konkursie Eurowizji w 1965 r., śpiewając napisaną przez Serge’a Gainsbourga piosenkę „Poupée de cire, poupée de son”.

Yé-yé było francuską imitacją brytyjskiego rocka, trochę tak jak polski bigbit wymyślony przez Franciszka Walickiego. Chodziło w tym o zerwanie z koturnowością Piaf, ale też z literackością Gréco i całym duchem wspomnianych wcześniej „piwnic” na rzecz większej spontaniczności i prób zbliżenia się do modelu popkulturowego. Yé-yé docierało do Polski wraz z Aznavourem i uważaną za sukcesorkę Piaf – Mireille Mathieu (równie mocno popularyzowaną przez Lucjana Kydryńskiego), dlatego być może ów styl muzyki bardziej spontanicznej niż aktorskiej tracił w polskim lokalnym odbiorze swoją specyfikę. A przecież yé-yé miało swoje arcyciekawe zjawiska, jak ikona dziewczęcej urody Françoise Hardy, której piosenka „Tous les garçons et les filles” sprzedała się w milionie egzemplarzy i w 1964 r. znalazła się w czołówce listy przebojów BBC. Albo Michelle Polnareff, zwany niekiedy „francuskim Dylanem”, któremu w najbardziej znanej wersji piosenki „La Poupée qui fait non” przygrywał na gitarze Jimmy Page.

Wielkość sławy Aznavoura, człowieka skądinąd postury niewielkiej (160 cm), przesłoniła Polakom obraz różnorodności francuskiej sceny muzycznej. Niewiele u nas wiedziano o piosenkarskich dokonaniach Brigitte Bardot, a Jane Birkin, często wykonująca piosenki po francusku, znana była wyłącznie z „Je t’aime… moi non plus”, pamiętnego erotycznego duetu z Serge’em Gainsbourgiem.

Nawiasem mówiąc, ten oficjalnie zakazany przebój z 1969 r. można było w Polsce nabyć na straganach z tak zwanymi pocztówkami dźwiękowymi. Zdarzało się, że piosenka owa występowała w zaskakującym towarzystwie skrajnie odmiennego odeń utworu, na przykład hitu „Kto ukradł kiszkę” polonijnej kapeli Mały Władzio (bo na „pocztówce” zawsze musiały być dwie piosenki) – tak czy inaczej obieg „pocztówkowy” przyczynił się wydatnie do nadwiślańskiej sławy duetu Birkin-Gainsbourg.

Potem było jeszcze gorzej, bo o Aznavourze zapomnieliśmy, za to „nurt francuski” zaczął się kojarzyć na przykład z blond lolitką Vanessą Paradis albo – wcześniej jeszcze – z amerykańskim frankofońskim imigrantem Joem Dassinem, który z braku sukcesu w Nowym Świecie zrobił karierę we Francji i chyba nie mniejszą w Polsce. W telewizji można było go zobaczyć u boku Maryli Rodowicz. Tyle że była to pozbawiona większych pretensji artystycznych muzyka popowego mainstreamu. I na długi czas tak zostało. Nie zmieniła tego nawet skala i siła głosu Céline Dion ani rockowa dezynwoltura Téléphone. Anglosasi wciąż byli górą.

Na tle dzisiejszej bogatej kultury muzycznej Francji – wielostylowej i wieloetnicznej – zacny Charles Aznavour, wcale nie tylko z racji swojego podeszłego wieku, wydaje się przybyszem z przeszłości, tej dobrze ułożonej, estetycznie uporządkowanej, inspirowanej literacko, gdzie piosenki o seksie mogły być piosenkami o miłości, „La Bohème” kojarzyło się z artystyczną cyganerią, a nie z „romskim problemem”, zaś teksty poetyckie mogły liczyć na dobrą muzyczną oprawę zapewniającą wstęp pod strzechy. Dziś także pod dach mieszczącej wielotysięczną publiczność Atlas Areny.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pokolenie iGen: jakie jest i co mu zagraża

Przedstawiciele młodego pokolenia iGen nie wyobrażają sobie życia bez stałego kontaktu z całym światem, który jest zamknięty w małym pudełeczku, na dodatek w kieszeni – mówi dr Tomasz Grzyb, psycholog, profesor na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu.

Teresa Olszak
25.05.2019
Reklama