Zwiastuny szkodzą filmom
Polityka

„Terminator: Genisys” to spektakularny przykład tego, jak marketing może zaszkodzić filmowi – zwiastuny i plakaty zdradzają najbardziej zaskakujący zwrot fabularny produkcji. I niestety jest to już norma.

Wiecie, że w „Genisys” John Connor, kiedyś ten chłopczyk, na którego polowały terminatory, obecnie przywódca ruchu oporu, to też terminator? Oczywiście, że wiecie: pokazano Wam to już w każdym zwiastunie filmu, widzieliście sylwetkę Johna na plakatach, gdzie spod ludzkiej skóry wystaje metal.

Widzieliście też dokładnie, jakie inne maszyny się pojawią, wiedzieliście, że w tej wersji historii Sarah Connor nie potrzebuje ratunku, tylko sama ratuje. Pokazano Wam również najlepsze żarty i najbardziej efektowne ujęcia. Tak samo było z „Avengers: Czasem Ultrona”, przy okazji promowania którego sieć została zalana różnymi scenami i grafikami promocyjnymi tak, by nie pozostawić żadnej wątpliwości co do pojawiających się postaci i rozwoju fabuły. Odpowiedzi na wszystkie pytania dostaliśmy jeszcze na kilka miesięcy przed seansem.

Nikt tylko nie powiedział, po co teraz iść do kina?

Bo czasami po tym, jak zobaczy się zwiastun, nie ma co oglądać reszty filmu. To efekt sprzecznych celów twórców i osób, które ich dzieła muszą promować. Ci pierwsi chcą nas bawić i zaskakiwać, ci drudzy zaś mają jeden imperatyw: przyciągnąć nas do kin. Co się stanie później? Nie ich sprawa, pieniądze za bilety skasowane, zwrotów nie przyjmujemy.

Od czasu do czasu zdarzają się wprawdzie wyjątki, jak „Prometeusz”, gdzie grano tajemnicą i przed premierą nie wiedzieliśmy nic, najdłuższe materiały wideo nie były urywkami filmu, a specjalnie nakręconymi filmikami krótkometrażowymi. Przy okazji „Hobbita” Peter Jackson oprowadzał nas zaś po planie, zabierał we wszystkie zakamarki, ale jednak starał się nie ujawniać nawet co ciekawszych szkiców koncepcyjnych. Choć im bliżej premiery było, tym materiałów pojawiało się więcej i ostatecznie marketing wygrał z tymi pierwotnymi zamiarami.

Bo zawsze będzie wygrywał, przy czym proces postępuje. Zaawansowany jest zaś zwłaszcza w przypadku wysokobudżetowego kina fantastycznego, gdzie promocja zaczyna się i na rok przed premierą filmu, niekiedy już na planie zdjęciowym – dostajemy szkice koncepcyjne, zdjęcia, filmiki, twórcy opowiadają o wszystkim w wywiadach, tak aby wszystko zostało dokładnie opisane. Potem zaś pojawia się główny zwiastun, w którym podaje się nam najsmaczniejsze kąski, dostajemy jeszcze więcej fotek, w lepszej rozdzielczości, pokazujących inne aspekty strojów itp. itd.

Można próbować tego unikać. Udaje się, ale raczej nie w przypadku blockbusterów, tylko mniejszych produkcji – na przykład na takiego „Wilka z Wall Street” poszedłem, znając wyłącznie nazwisko reżysera i odtwórcy głównej roli. Wystarczyło. A nowe „Gwiezdne wojny”? Nie wierzę, że uda mi się wyminąć wszystkie artykuły, plakaty, puszczane w telewizji i kinach zwiastuny i przeklejane wywiady – oto żyjemy w kulturze tak niecierpliwej, że o zwrotach fabularnych chcemy wiedzieć z wyprzedzeniem, bo wolimy dostać gorącego newsa, niż przeczytać o czymś w książce czy zobaczyć w filmie.

Nie wierzycie? Poczekajcie, co się będzie działo, gdy George R.R. Martin w końcu napisze „Winds of Winter” – sieć będzie pełna ludzi poszukujących informacji o losach ulubionych bohaterów, którzy zamiast po książkę, sięgną do Google. I niech tylko wyjaśni się los Jona Snowa – internet wybuchnie, mimo że twórcy zapewne woleliby sami pokazać nam wszystko w nowym sezonie.

Potem zaś będziemy czytać opinie, że serial czy film dobry, ale mało zaskakujący. Bo wyobrażam sobie, że „Terminator: Genisys” miałby skrajnie wyższe oceny, gdybyśmy film po raz pierwszy obejrzeli w kinie, a nie w zwiastunie.

geek.blog.polityka.pl

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną