Najgorsze filmy, które najwięcej zarobiły
Polityka

„Jurassic World”, czyli dokręcona po latach przerwy nowa odsłona dino-sagi od Spielberga, opanowuje kina z gracją Tyranozaura. Na koncie tej może nie tragicznej, ale dalekiej od wybitności produkcji jest już prawie półtora miliarda dolarów. Jakim cudem? Cóż, Hollywood ma bogatą tradycję kasowych sukcesów istnych filmowych gniotów.

„Avatar”. Najbardziej kasowy film w historii, a przy okazji fabularny potworek. To film do obejrzenia na raz, wyłącznie w kinie, najlepiej z jak największym ekranem. Wtedy to olśniewające efekty specjalne hipnotyzują widza, który w małym stopniu zwraca uwagę na fabułę.

Szokiem będzie jednak drugi seans, już na DVD czy nawet Blu-rayu – daje on nam szansę „docenić” scenariusz, czyli mieszankę „Tańczącego z wilkami” z „Pocahontas”, pisaną na kolanie sztampową opowieść o „białym” i „tubylcach”, gdzie ten pierwszy uczy się zwyczajów dzikiego ludu i staje wybrańcem. „Avatar” to po prostu sekwencja wyjątkowo ładnych obrazków, dla pozorów puszczana na tle fabuły o poziomie skomplikowania godnym książeczki dla czterolatków. Wpływy z biletów sięgnęły niemal 3 miliardów dolarów.

„Szybcy i wściekli 7”. Połowę mniejsze wpływy niż „Avatar”, ale chyba jeszcze gorsza fabuła. Uwaga, streszczam: brum, brum, wrrrr, trach, pif-paf, cmok, brum, brum, kaboooooom! To oczywiście kwestia konwencji, którą należy kupić w całości, bez mrugnięcia okiem.

Konwencję opierającą się na prostej jak cep historii (bo przecież nie o opowieść tu chodzi) i dużej liczby samochodów, które jeżdżą, latają, wybuchają, zderzają się i ścigają. Seria z filmu na film robi się coraz lepsza, ale to dlatego, że jej twórcy uczą się bawić historią, kręcą sceny tak nieprawdopodobne, że aż przezabawne, przez co film zyskuje na komediowości. 

„Avengers: Czas Ultrona”. Pierwszy film z tej serii zarobił półtora miliarda, drugi tylko nieco mniej. Różnica poziomów jest jednak znacząca. Fakt, w „Czasie Ultrona” powracają znani i lubiani bohaterowie, wątek Hawkeye’a jest poprowadzony świetnie, nie sposób jednak nie zauważyć, że fabuła wzięła sobie wolne, rozsiadła się w fotelu i podziwiała długaśną paradę wciskających fotel sekwencji walk.

Jak choćby starcie Hulka z Hulkbusterem – wyjątkowo malownicza potyczka. Sęk w tym, że poza ową malowniczością drudzy „Avengersi” wiele nam nie zaoferowali: oto parada najróżniejszych superbohaterów, z wprowadzeniem kilku nowych postaci, przyprawiona kilkoma żartami (świetna scena z młotem Thora) i mnóstwem rzeczy, które robi „Bum!”.

„Transformers”. Na ten cykl obecnie składają się cztery filmy, z których dwa ostatnie zarobiły każdy po nieco ponad miliard dolarów. Jakim cudem? Zielonego pojęcia nie mam – można narzekać na „Avatara”, że fabuła to zlepek klisz, można krytykować „Czas Ultrona” za skupianie się na efektach, a „Szybkich i wściekłych” za niedorzeczne sceny akcji.

Jednak to seria Michaela Baya zawstydza wszystkie inne swoją dziecinnością, idiotycznym, kloacznym humorem, rasizmem, wybitnie złymi dialogami, jeszcze gorszymi postaciami oraz lenistwem reżysera, który potrafi niektóre ujęcia wykorzystywać kilka razy, udając, że to nowe sceny. Żenujące – to najłagodniejsze ze słów, jakie ciśnie się na usta, gdy myśli się o tym cyklu. Prymitywne – to kolejne określenie, które podsumowuje twórczość Baya.

„Piraci z Karaibów”. Jedną z największych współczesnych zagadek ludzkości jest pytanie, jak to możliwe, że ktoś kręci piąty film w tej serii. Serii, która z obrazu na obraz robiła się coraz gorsza.

Zaczęło się od niespodziewanego sukcesu „Klątwy Czarnej Perły” i wybuchu uwielbienia dla granego przez Johnny’ego Deppa kapitana Jacka Sparrowa. Potem było z górki, a raczej z równi pochyłej, prosto na dno – więcej Sparrowa, więcej coraz idiotyczniej niedorzecznych potyczek, przekombinowana fabuła pełna zdrad i spisków i… tyle.

Poza coraz silniejszym eksponowaniem dziwacznej postaci Deppa żadnego innego ciekawego pomysłu na te filmy nikt nie miał. Mimo to widzowie tłumnie udali się do kin.

„Alicja w Krainie Czarów”. Ta Tima Burtona. Film-potworek, podobnie jak „Piraci z Karaibów” oparty na cudacznym bohaterze granym przez Johnny’ego Deppa, czyli Szalonym Kapeluszniku. W przypadku tej klasycznej historii studio i reżyser poszli na łatwiznę – na fali sukcesu „Avatara” zasypali speców od grafiki komputerowej pieniędzmi, by ci wyprodukowali jak najwięcej kolorowych, migających obrazków. Dorzucili do tego 3D i opowieść o młodej dziewczynie, która walczy z więzami przeznaczenia (by ostatecznie zrobić wszystko wedle pierwotnych instrukcji) i Deppa, który bredził i tańczył, jakby ktoś zdzielił go w łeb. Podręcznikowy przykład gniota. Niespodziewany i zadziwiający sukces kasowy.

Wnioski? Nic oryginalnego: chodzenie na łatwiznę i wyciskanie ostatnich soków ze wszystkiego, co może zarobić, to największa ambicja Fabryki Snów. Od czasu do czasu udaje się nakręcić coś fajnego, od czasu do czasu dobry film odnosi sukces. Wpływy z biletów już dawno przestały mieć jednak jakikolwiek związek z jakością historii.

Dlatego dostajemy kolejnych „Piratów z Karaibów”, a Burton lada moment pokaże nam nową Alicję, podczas gdy fenomenalny „Dredd” nie zarabia wystarczająco, by opłacało się kontynuować tę opowieść. Dobrze, że na „Mad Maxie: Na drodze gniewu” widzowie się jednak poznali.

geek.blog.polityka.pl

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną