Kultura

Ratownik, który nie umie pływać

Woody Allen coraz bardziej zgorzkniały

Woody Allen, który w grudniu skończy osiemdziesiątkę, staje się coraz bardziej pesymistyczny i sarkastyczny. Woody Allen, który w grudniu skończy osiemdziesiątkę, staje się coraz bardziej pesymistyczny i sarkastyczny. Alessandro Bianchi/Reuters / Forum
Zbliżający się do osiemdziesiątki Woody Allen staje się coraz bardziej zgorzkniały i sceptyczny. I już chyba nawet nie lubi swych bohaterów. Przykładem najnowszy film „Nieracjonalny mężczyzna”.
Intelektualiści z allenowskich filmów mają dwie główne obsesje: karierę zawodową i seks.Gravier Productions Intelektualiści z allenowskich filmów mają dwie główne obsesje: karierę zawodową i seks.
Parker Posey, Woody Allen i Emma Stone na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes, 2015 r.Thierry Carpico/ATP/Forum Parker Posey, Woody Allen i Emma Stone na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes, 2015 r.

Bohaterem „Nieracjonalnego mężczyzny” jest filozof. Chyba nieodnoszący ostatnio większych sukcesów, skoro przyjechał właśnie do prowincjonalnej uczelni, gdzie od pierwszych zajęć próbuje zniechęcać studentów do królowej nauk. Tak się składa bowiem, że o większości mędrców nie ma najlepszego zdania. Z fragmentów wykładów, które do nas docierają z ekranu, można by utworzyć podręczną antologię najbardziej złośliwych komentarzy do historii współczesnej filozofii. Obserwując zachowania wykładowcy, nie sposób nie zauważyć, iż znajomość największych myślicieli epoki nie pomaga mu w życiu. Nie potrzebuje wracać do lektur powojennych egzystencjalistów; sam jest w stanie na poczekaniu wymyślić kilka podobnych bon motów. Na młodych studentkach robi to jednak wrażenie. Zwłaszcza na jednej.

Mamy zatem typową allenowską figurę: starszy mężczyzna na skraju załamania i młoda dziewczyna. Różnica wieku bynajmniej nie jest rekordowa: w „Mężach i żonach” wykładowca literatury flirtował z partnerką młodszą o 35 lat. Niech nas jednak nie zmylą łatwe analogie, reżyser w najnowszym filmie wychodzi poza ten schemat. Jego bohater nie tylko komentuje świat, ale chce go zmieniać, co pewnie zabrzmi jak cytat z klasyka. Ale kiedy poznamy rezultat owych starań, okaże się, że to jeszcze gorsza strategia.

W zapowiedziach premiery 47. filmu Allena – nie było chyba w dziejach kina tak systematycznie pracującego reżysera – pojawiły się sugestie, że będzie to powrót mistrza do wielkiej formy. Najbardziej przekonani wielbiciele mistrza zauważyli przecież, iż w ostatniej dekadzie spod jego ręki wychodziły dzieła różnej wartości, delikatnie mówiąc. W szczególności dotyczy to tytułów „turystycznych”, czyli serii komedii umiejscowionych w znanych miastach Europy. Londyn czy Barcelona wypadły fotogenicznie, choć w scenerii katalońskiej otrzymaliśmy chyba najsłabszy film mistrza, „Vicky Cristina Barcelona”. Całe szczęście, że natychmiast wrócił „do siebie”, by zrobić dowcipne „Co nas kręci, co nas podnieca”. Potem dalej podróżował pomiędzy Paryżem, Rzymem i Lazurowym Wybrzeżem, by w przerwie zrobić w Ameryce „Blue Jasmine”. (Pojawiła się nawet sugestia, że można by zaprosić Allena do Krakowa). Paradoksalnie, właśnie te filmy przyniosły reżyserowi największą popularność oraz duże zyski finansowe. „Nieracjonalny mężczyzna” nie pobije raczej pod tym względem „O północy w Paryżu”, co jednak nie zmartwi fanów dawnych filmów Allena.

Czy są na świecie szczęśliwe pary?

Pamiętacie anegdotę z „Annie Hall”? Przychodzi facet do psychiatry z poważnym problemem: Mojemu bratu wydaje się, że jest kurą… To dlaczego nie odda go pan do wariatkowa? Jak to dlaczego? Bo potrzebuję jajek. Tak samo jest z małżeństwem, komentował bohater filmu, wiemy, że to surrealistyczny pomysł, lecz potrzebujemy jajek.

Mężczyźni Allena są ludźmi o dużej wrażliwości i skłonnościach do samooceny, krytyczni także wobec „drugiej połowy”, by użyć nieadekwatnej do sytuacji platońskiej kategorii. Ale nie potrafią bez niej żyć. W „Przejrzeć Harry’ego” padała znamienna kwestia: Boga nie ma, ale kobiety są.

Intelektualiści z allenowskich filmów mają dwie główne obsesje: karierę zawodową i seks. W mniejszym czy większym gronie otwarcie rozmawiają o sprawach zawodowych i o orgazmach. Słuchając dialogów, które mają scharakteryzować bohaterów pierwszego i drugiego planu, gubimy się pośród wszystkich tych drugich żon i trzecich mężów, nie licząc przypadkowych partnerów. Związki patchworkowe, dzisiaj pokazywane w prasie kolorowej jako najnowszy pomysł na życie, to jest dawny wynalazek Allena, który jednak też się nie sprawdził. (Tu można by dywagować, na ile inspiracją dla twórcy są jego własne osobiste przeżycia, ale próba psychologizowania na temat samego Allena wydaje się cokolwiek komiczna).

Starszy mężczyzna w relacjach z młodymi kobietami ma u Allena dojmujące poczucie nieprzystawalności. Jeżeli każda para jest niedobrana, to taka musi być niedobrana w sposób szczególny. Reżyser ćwiczył rozmaite warianty takiego związku, w nowszych produkcjach mężczyzna, jeżeli nawet ulega fascynacji młodością, ma świadomość, że stoi na przegranej pozycji. Jak w „Co nas kręci, co nas podnieca”, gdzie smarkula z prowincji niespodziewanie zjawia się w domu zgorzkniałego samotnika. Szczęśliwy przelotnie mizantrop nie ma wątpliwości, iż partnerka, z którą nawet wziął ślub, odfrunie do młodszego, i nie ma zamiaru jej w tym przeszkadzać.

Tak czy inaczej, zawsze nieprzystawalni

Wcześniej reżyser był większym optymistą. W „Manhattanie”, znanym tytule ze złotej serii reżysera z lat 70. ubiegłego wieku, mężczyzna, którego właśnie zostawiła druga żona (dla innej!), wiąże się z młodszą o 25 lat dziewczyną, w dodatku taką, która musi poczekać jeszcze rok na osiągnięcie pełnoletniości. Paradoksalnie, to ona jest bardziej zakochana, on zaś namawia ją nieustannie, by znalazła sobie rówieśnika. Ale to właśnie w tym filmie Allen zdecydował się na chyba najbardziej sentymentalne zakończenie, na jakie kiedykolwiek, on racjonalista i kpiarz, sobie pozwolił. Dziewczyna wyjeżdża na pół roku do Europy, mężczyzna (oczywiście sam Woody) pędzi niczym młodzian na lotnisko, by jej wyznać, że będzie czekał.

Dla odmiany we „Wnętrzach” mieliśmy klasyczne tragiczne zakończenie. Film przedstawiał parę dojrzałych, starszych ludzi, rodziców dorosłych dzieci, wydawać by się mogło już po wszystkich burzach, przed spokojnym finałem. Nieoczekiwanie mężczyzna odchodzi do innej, tym razem bynajmniej nie młodszej, zrozpaczona porzucona kobieta popełnia zaś samobójstwo, topiąc się w morzu. W finałowej scenie na moment pokazał się Allen stoicki filozof. Córki, już po pogrzebie matki, rozmawiały, patrząc w dal: „Morze jest gładkie”, „Tak, jest bardzo spokojne”.

Naprawdę warto dokładniej przyjrzeć się nawet tak pozornie błahym filmom Allena jak „Zakochani w Rzymie” sprzed trzech lat. Młodzi zakochani przyjeżdżają do Wiecznego Miasta, gdzie oprócz tego, że będą sobie wyznawać raz po raz miłość, ona zdradzi go ze złodziejem, on ją z prostytutką. Niewykluczone, że po tej pouczającej podróży przedślubnej będą świetną parą, by po latach przypominać pokonanych przez życie bohaterów innych filmów reżysera. Bez wątpienia to jeden z najbardziej pesymistycznych filmów w dorobku Allena, choć komedia.

Woody Allen, który w grudniu skończy osiemdziesiątkę, staje się coraz bardziej pesymistyczny i sarkastyczny.

Czy w filmach Allena można spotkać szczęśliwych ludzi?

Jak może jeszcze pamiętają amatorzy najstarszych filmów Allena, w „Annie Hall” jest scena, kiedy rozstająca się para dzieli się książkami. On (w tej roli sam reżyser) bierze wszystko ze śmiercią w tytule, ona całą resztę. Egzystencjalizm zawsze był bliski samotnikowi z Nowego Jorku. Odtwarzany przez niego bohater „Manhattanu” nagrywa na magnetofonie podstawowe wiadomości o sobie, także o tym, co lubi. Oczywiście lubi kino szwedzkie, a najbardziej filmy Ingmara Bergmana.

Bohater Allena, znalazłszy się w sytuacji bez wyjścia, wie, że nie ma ucieczki przed losem, z wyjątkiem wizyty u psychoanalityka. To kapłani czasów braku wiary. Do religii Allen ma stosunek łagodnej kpiny, co dotyczy wszystkich wyznań, włącznie z judaizmem. „Dlaczego żydowskie prawo zabrania jeść wieprzowinę, wciąż nie zostało wyjaśnione. Niektórzy uczeni przypuszczają, że Tora sugeruje jedynie, by nie jeść wieprzowiny w pewnych restauracjach”. Tak może pisać tylko autor „Obrony szaleństwa”. To niejedyna wypowiedź w tym stylu, nic dziwnego, że niektórzy uważają go za Żyda antysemitę. Dla symetrii dodajmy, że złośliwości pod adresem nazistów jest w jego filmach wcale nie mniej.

W tej samej książce mamy kpinę z psychoanalizy jako mitu podtrzymywanego przez producentów kozetek. Przywołany przez autora wymyślony bohater zarzuca im: „Ci dzisiejsi psychoanalitycy! Za dużo biorą. Za moich czasów za pięć marek przyjmowałby cię sam Freud. Za dziesięć marek przyjmowałby cię i prasował ci spodnie. Za piętnaście marek pozwoliłby ci przyjmować siebie plus dowolne dwie jarzyny do wyboru wliczone w cenę…”.

Temat wizyt u analityka jest jednym z przewijających się wątków w wielu filmach Allena (sam korzystał z usług lekarzy, ale przestał, kiedy dokładniej poznał specyfikę ich pracy). Ludzie szukają szczęścia i próbują je znaleźć przynajmniej dwa razy w tygodniu, za ustaloną z góry zapłatę. Ale jeżeli sami siebie potrafią oszukiwać, jeszcze nie jest źle. Najgorzej jest wtedy, kiedy tracą wszelkie złudzenia. W takiej beznadziejnej sytuacji mogą już tylko na własną rękę naprawiać świat. Jak bohater ostatniego filmu.

„Nieracjonalny mężczyzna” z pozoru postępuje bardzo rozsądnie. Usłyszał przypadkiem, że nieuczciwy sędzia jest w stanie zniszczyć życie zacnej kobiecie. Postanawia działać, nie przewidując – a filozof powinien o tym pomyśleć – że w najbardziej wyrafinowanym planie zawsze znajdą się jakieś słabe punkty. W rezultacie dowie się o sobie rzeczy, których raczej wolałby nie wiedzieć. Chyba nawet nie zasługuje na współczucie widza. Zachował się jedynie z pozoru racjonalnie, tracąc szansę na odmianę swego życia. Udając altruistę, w istocie usiłował jedynie zaspokoić swoje ego, czyn w założeniu heroiczny stał się czynem kabotyńskim. To chyba jeden z najbardziej tragicznych bohaterów Allena. Nic dziwnego, że w sali kinowej podczas projekcji rzadko rozlega się śmiech.

Jak daleko Mrożek od Allena?

We „Wspomnieniach z Gwiezdnego Pyłu” padała taka oto rada: „Chcesz coś zrobić dla ludzkości? Bądź bardziej dowcipny”. I reżyser przez całe życie naprawdę się starał. Gdyby przypomnieć wszystkie najbardziej śmieszne momenty z jego filmów i najbardziej dowcipne fragmenty książek, okazałoby się, że reżyser umilił nam niemało chwil życia, a może zebrałoby się nawet parę godzin ozdrowieńczego śmiechu. Ale ten humor zawsze podszyty był tragizmem: jakby pech, spotykający tak często jego bohaterów, był na stałe wpisany w nasz los. Bohater „Racjonalnego mężczyzny” również jest pechowcem. To kolejny film reżysera, w którym drobny przypadek decyduje o wszystkim.

Najnowszy film Allena nie dorównuje jego najwybitniejszym osiągnięciom, lecz jest zapowiedzią powrotu reżysera do spraw, które go naprawdę interesują. Bardziej niż wycieczki po europejskich stolicach. Nie musi zresztą przemieszczać się, żeby być w Europie. Świetnie zna europejską filozofię, mitologię, sztukę i literaturę. Na liście jego ulubionych autorów są Czechow i Dostojewski, ale także – i to na honorowym miejscu – nasza noblistka Wisława Szymborska. Nie bez powodu uznawany jest za najbardziej europejskiego amerykańskiego reżysera. Dlatego przez dekady bardziej był ceniony po tej stronie Atlantyku. Także w Polsce, gdzie jego specyficzne poczucie humoru zjednywało mu szerokie grono wielbicieli. Może także dlatego, że mamy trochę podobne poczucie tragizmu własnego losu, ale też potrafimy czasem śmiać się sami z siebie. Od teatru Mrożka wcale nie tak daleko do sztuk Allena. A czyż Jan Piszczyk z „Zezowatego szczęścia” nie zaprzyjaźniłby się z Zeligiem?

Różnica jest chyba taka, że w odróżnieniu od wielu naszych twórców Woody Allen nigdy nie miał poczucia misji. Jest taka scena w „Manhattanie”. Czwórka przyjaciół na moście, ktoś nieoczekiwanie zadaje pytanie: gdyby nagle ktoś z nas wpadł do wody i zaczął się topić, czy pozostali pospieszyliby z pomocą? Grany przez Allena bohater odpowiada pierwszy: Ja od razu się wyłączam, ponieważ nie umiem pływać. Dzisiaj nowojorski reżyser jeszcze bardziej przypomina ratownika, który nie potrafi pływać. Jedno, co może poradzić bliźnim, to żeby nie kąpali się w miejscach niestrzeżonych, ale dobrze wie, że także w strzeżonych może zdarzyć się nieszczęście. W zasadzie żadnej innej mądrości w połowie drugiej dekady XXI w. nie jest w stanie nam przekazać. Jest uczciwy wobec siebie i wobec widza.

Nieraz zastanawiałem się, co powiedziałbym Allenowi, gdybym go spotkał (widziałem reżysera tylko raz, gdy ze swym zespołem koncertował w Warszawie, lecz nawet nie spojrzał w stronę widowni). Pewnie wykrzyknąłbym to samo co jeden z fanów w filmie „Wspomnienia z Gwiezdnego Pyłu”: Widziałem wszystkie pana filmy. Jest pan mistrzem rozpaczy!

Polityka 33.2015 (3022) z dnia 11.08.2015; Kultura; s. 74
Oryginalny tytuł tekstu: "Ratownik, który nie umie pływać"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną