Kultura

Autor, który gonił swój cień

„Mężczyzna, który gnił swój cień”, kontynuacja dzieła Stiega Larssona

Czarna Owca
Rozmowa z Davidem Lagercrantzem, kontynuatorem serii „Millennium”, której kolejny tom od 13 grudnia można kupić z POLITYKĄ.
David LagercrantzMagnus Liam Karlsson David Lagercrantz

Artykuł w wersji audio

Marcin Zwierzchowski: – Kto przyszedł do kogo z pomysłem na nową powieść w serii „Millennium”?
David Lagercrantz: – To długa historia, ale w skróconej wersji brzmi mniej więcej tak: Jakiś czas temu napisałem biografię Zlatana Ibrahimovicia „Ja, Ibra”, która odniosła spektakularny sukces, stając się najszybciej sprzedającą się książką w historii Szwecji, ale też docierając do ludzi, którzy na co dzień nie czytają, którzy od dawna nie trafili nawet w pobliże biblioteki. To było dla mnie wspaniałe doświadczenie i niesiony tym szczęściem napisałem powieść, która jednak nie wydała mi się zbyt dobra. Na spotkaniu ze swoją agentką powiedziałem więc do niej, że może szczyt swoich pisarskich możliwości osiągam, gdy pracuję z kimś lub na cudzym materiale.

I jej oczy zabłysły. Kilka miesięcy później otrzymałem telefon z wydawnictwa Nordstedts. Zdziwiło mnie to, bo publikowałem u ich konkurencji, poza tym dostałem instrukcję, by nie wchodzić do ich budynku głównym wejściem. To mnie skonfundowało. Spotkaliśmy się na tyłach siedziby wydawnictwa, przeszmuglowali mnie do piwnicy, a tam, w pokoju bez okien, zapytali mnie: „Davidzie, czy chciałbyś podjąć się napisania czwartej książki w serii »Millennium«?”. I tak to się zaczęło.

Gdy opadły już jednak pierwsze emocje i można się było na spokojnie zastanowić nad zadaniem, jakie myśli kłębiły się w pana głowie?
Początkowo napędzało mnie samo wyzwanie. To był wielki projekt. Ale też uświadomiłem sobie, że ja całe życie pisałem o osobach takich jak Lisbeth Salander: pisałem o Zlatanie, Alanie Turingu, ojcu komputera, który złamał kod Enigmy, a więc o aspołecznych geniuszach. Chciałem więc uchwycić to również w Lisbeth. Oczywiście, gdy już zacząłem pisać, przyszedł strach, wątpliwości, czy na pewno jestem w stanie sprostać zadaniu. Strach to może i niezbyt przyjemne uczucie, ale zmusza do ciężkiej pracy. Bałem się, więc pracowałem.

I był pan z tym niemalże sam na sam, bo powrót „Millennium” był przecież owiany tajemnicą?
Oczywiście, wszystko było ściśle tajne. Nie mogłem nikomu o tym powiedzieć. Więcej, pisałem na komputerze bez podłączenia do internetu.

To bardzo w stylu Lisbeth Salander.
O tak. To była sugestia amerykańskiego wydawcy, który był zaangażowany w projekt od samego początku – oni chcieli, żebym tak pracował. W końcu jednak wiadomość o nowym „Millennium” poszła w świat. I Szwecja po prostu oszalała, zwłaszcza media. Ludzie się podzielili: część mówiła, że absolutnie nie powinniśmy kontynuować historii Larssona, część była nastawiona entuzjastycznie. To była bardzo kontrowersyjna kwestia.

…którą podsycały kontrowersje związane z samymi prawami do „Millennium” – te trafiły do brata i ojca Stiega Larssona, z którymi pisarz nie utrzymywał kontaktu, a nie do jego wieloletniej partnerki. Pan z pewnością też zbierał pokłosie tego oburzenia?
Przez to, że nie udało się osiągnąć porozumienia w kwestii praw, wrzawa związana z premierą mojej książki była obłędna. W czasie gdy wojna w Syrii eskalowała, ogólnie na świecie działo się mnóstwo niezwykłych rzeczy, ja byłem tematem numer jeden w mediach. Po mniej więcej tygodniu nastąpiła jednak zmiana, bo zaczęły pojawiać się pierwsze recenzje, bardzo pozytywne, w „The New York Times”, „The Guardian”, „Le Monde”, w gazetach w Szwecji, i wtedy było już cudownie, to były naprawdę wspaniałe chwile. Pierwsza powieść okazała się sukcesem, przede mną były jeszcze dwie, bo umowa mówiła o nowej trylogii „Millennium”.

Rozumiem, że „Mężczyznę, który gonił swój cień” pisało się panu już inaczej, bo wrzawa medialna nie była tak wielka, a pierwsza powieść zebrała dobre recenzje?
Byłem też pewniejszy siebie, a dzięki tej pewności byłem w stanie uczynić „Mężczyznę…” w większym stopniu moją książką, ale też odrzucać wiele fragmentów tekstu, skracać. Bo wcześniej miałem potworny kompleks Stiega Larssona, nie tylko jeżeli chodzi o jakość – bo przecież chcąc mu dorównać, musiałem pisać bardzo dobre książki – ale i o objętość, bo „Millennium” to opasłe tomy. Nie mogłem więc przecież napisać cienkiej powieści. Przy okazji „Mężczyzny, który gonił swój cień” to gdzieś zniknęło i ciąłem bez wahania, przyśpieszając akcję, zagęszczając wydarzenia.

Jaki był pana plan na zmierzenie się z tą serią? Pisać po swojemu, ale z wykorzystaniem bohaterów Larssona, czy spróbować go kopiować, by „Millennium” było spójne także stylistycznie?
Naśladownictwo nie wchodziło w grę. Musiałem zrozumieć ten świat i znaleźć klucz do bohaterów, a co do stylu, wszyscy tu zgadzaliśmy się, że musi to być połączenie mnie i Larssona, by czytelnicy poczuli się w nowym „Millennium” jak w znanym sobie środowisku. Lisbeth wciąż musiała być Lisbeth, Mikael musiał być Mikaelem, moim zadaniem było jednak dodać coś nowego, coś od siebie. W „Co nas nie zabije” pokazałem więc, skąd się wzięły hakerskie umiejętności Lisbeth Salander czy dlaczego w sieci znana jest jako Wasp – Osa. Z kolei w piątej powieści z serii, „Mężczyźnie, który gonił swój cień”, odpowiadam na kluczowe pytanie – dlaczego na plecach Lisbeth znajduje się tatuaż ze smokiem.

W „Mężczyźnie…” odwołałem się do spotkania z bliźniaczkami, które zostały rozdzielone zaraz po urodzeniu, a które poznały się, gdy miały po 29 lat; jedna wychowała się w biednym domu na południu kraju, druga w akademickiej rodzinie na północy. To była stara historia, która przed laty mną wstrząsnęła, sięgnąłem więc po nią, bo zawsze to robię – grzebię w przeszłości w poszukiwaniu opowieści, które zostały ze mną przez cały ten czas.

Czyli pana historie początek biorą z autentycznych wydarzeń?
Tak. Ale to niekoniecznie muszą być historie kryminalne, tylko po prostu coś, co wryło mi się w pamięć. Dopiero później staram się jakoś połączyć to z wątkiem kryminalnym. Zresztą moja dziennikarska przeszłość okazała się też pomocna w lepszym zrozumieniu Mikaela Blomkvista.

Czy dotarł pan do sedna tego, co czyni Lisbeth tak popularną i fascynującą dla czytelników i czytelniczek postacią?
Po pierwsze, Lisbeth Salander była w kryminałach czymś nowym. Bo jeżeli cofniemy się kilka dekad w przeszłość, zauważymy, że kobiety w takich powieściach były przede wszystkim ofiarami. Były gwałcone lub mordowane, i każdorazowo potrzebowały mężczyzny, by je chronił bądź ocalał z opresji. Nie Lisbeth, ona radziła sobie sama, nie potrzebowała nikogo, nie miała też potrzeby, by się komuś przypodobać. Stieg Larsson był geniuszem, bo stworzył nowy typ bohaterki, pozbawionej sztampowych kobiecych cech. Lisbeth była feministyczną wojowniczką.

Urzekała w niej również jej mitologia, niczym u komiksowych superbohaterów, którzy również mają swoje genezy i wszechświaty. Jak Batman, którego rodziców zamordowano. Czy Superman, zesłany na Ziemię niczym zbawca. U Lisbeth była to opowieść o złym ojcu, który gwałcił żonę i znęcał się nad nią, aż 12-letnia bohaterka doszła do wniosku, że to ona jest jedyną osobą zdolną do ocalenia matki i zemsty na ojcu. I to był właśnie ten moment, w którym Lisbeth stała się tą Lisbeth znaną nam z „Millennium”.

Stawia pan Lisbeth obok takich ikon popkultury, jak Batman czy Superman.
Bo ona jest ikoną popkultury! I zostanie z nami na bardzo długo. Niewiele jest postaci, które mają taki potencjał, a w trakcie swoich podróży widzę, że to ma zasięg globalny. Z pewnością Lisbeth przemówiła do bardzo wielu osób, zwłaszcza młodych kobiet. Była dla nich ważna.

Myśli pan, że gdy zrealizuje pan drugą trylogię „Millennium”, historia Lisbeth będzie kontynuowana przez kogoś innego?
Tak sądzę. Wiem, że Hollywood ma co do niej ambitny plan i chce, by została z nami na dłużej. Chcą z niej uczynić żeńskiego Jamesa Bonda. Zaczynają kręcić w styczniu. To jednak niech robi ktoś inny. Dla mnie jako pisarza ważne jest, by się nie powtarzać. Mimo namów wydawcy, który chce, bym po trzeciej powieści pisał kolejne, nawet i dziesięć książek, powiem nie i na trylogii z pewnością skończę.

Pisanie „Millennium” to także dodatkowa odpowiedzialność, bo te książki otwierają drzwi do olbrzymiej, międzynarodowej publiczności, a Larsson poruszał w nich kwestie społeczne, reagował na to, co dzieje się wokół.
Jedna z przyczyn sukcesu tej serii to głębokie osadzenie w rzeczywistości i naszych sprawach, w naszej moralności. Dlatego rzecz jasna i ja starałem się wpisać w swoje powieści naszą współczesność. Przede wszystkim były to kwestie feministyczne, jak przewaga jednej z płci nad drugą czy molestowanie seksualne, czyli tematy, które zawsze będą aktualne. To jednak nie wszystko. Żyjemy w niebezpiecznych czasach, w Polsce doskonale zdajecie sobie z tego sprawę. Prasie nie jest łatwo, musimy więc nauczać o tym, jaką wartością jest wolność słowa. Żyjemy w świecie dezinformacji i tzw. fake newsów, rzetelne dziennikarstwo jest więc tym istotniejsze. I to był mój cel – mam nadzieję, że go osiągnąłem – przelać te wartości moralne do swoich powieści. Chciałem mówić o niesprawiedliwości, co jest zresztą tradycją w nurcie literatury zwanym nordic noir.

Pod wieloma względami stał się pan przy okazji jednym z najbardziej znanych ambasadorów Szwecji na świecie.
Tak. Od razu zaznaczę jednak, że w Szwecji nie zdarza się aż tyle morderstw, ile opisuje się w naszych kryminałach! (śmiech) I oczywiście – staram się być kimś w rodzaju właśnie ambasadora swojego kraju, który rzecz jasna ma swoje problemy, ale to bardzo dobry kraj.

***

Książkę Davida Lagercranza będzie można kupić wraz z kolejnym numerem POLITYKI.

Polityka 49.2017 (3139) z dnia 05.12.2017; Kultura; s. 106
Oryginalny tytuł tekstu: "Autor, który gonił swój cień"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Szkoła bardzo szkodzi. Uczniom, demokracji, światu

Rozmowa z dr. Mikołajem Marcelą o fatalnych skutkach kultywowania XIX-wiecznej formuły szkoły, wychowywaniu do autorytaryzmu i o tym, jak można to zmienić.

Jacek Żakowski
18.09.2021
Reklama