„Na karuzeli życia”, nowy, niestety banalny film Allena

Pocztówka z wakacji
Film przypomina pocztówkę z wakacji, którą co roku wysyła ktoś niekoniecznie bliski, a która nie zawiera żadnej treści wartej zapamiętania.
Kate Winslet, „Na karuzeli życia”
mat. pr.

Kate Winslet, „Na karuzeli życia”

Coney Island, wczesne lata 50. Plaża, promenada, park rozrywki z diabelskim młynem w tle i całe rzesze gawiedzi. Wśród nich jest też Mickey (Justin Timberlake), narrator najnowszego filmu Woody’ego Allena, za dnia miejscowy ratownik, po godzinach zaś aspirujący dramaturg z duszą romantyka i nieskrywaną skłonnością do przesady, natchnienia szukający zarówno w pracach Eugene’a O’Neilla, jak i w otaczającej go doczesności, która dostarcza przecież dylematów większych niż ona sama.

„Na karuzeli życia” z jego perspektywy szybko nabiera więc charakteru kliszowego melodramatu z wyrazistymi, choć w rzeczywistości mało interesującymi postaciami i dość banalnymi – lub po prostu zbyt czytelnymi – metaforami (pojawiający się w jednej ze scen egzemplarz „Hamleta i Edypa” Ernesta Jonesa powinien posłużyć jako wystarczający przykład). Mickey wdaje się w romans z zamężną i starszą od siebie Ginny (Kate Winslet), niegdyś aktorką, a obecnie kelnerką w jednej z lokalnych knajpek z ostrygami, która od ślepego losu pragnie czegoś więcej. Kobieta jest na skraju załamania nerwowego, stale podsycanego przez agresywnego męża alkoholika i syna, przejawiającego destrukcyjne zamiłowanie do pirotechniki. Na domiar złego do domu wraca Carolina (Juno Temple), ścigana przez gangsterów włoskiego pochodzenia (!) pasierbica, z którą – rzecz jasna – Mickey także zaczyna flirtować.

„Na karuzeli życia” jak pocztówka z wakacji

W tym narracyjnym wesołym miasteczku, rodem z dramatów Tennesseego Williamsa (skojarzenia z „Tramwajem zwanym pożądaniem” czy nawet kilka lat wcześniejszą „Blue Jasmine” nie są zresztą przypadkowe), nieustannie zderzają się ulubione motywy Allena, z nostalgicznym umiłowaniem przeszłości na czele. Powojenny Nowy Jork, a raczej jego mała część – ta, w której Brooklyn łączy się z Atlantykiem – wspaniale sfotografowany przez Vittorio Storaro, stale buzuje, chcąc tym samym oddać skrajne emocje bohaterów, wyrażane poprzez niezwykłą grę mocno nasyconym światłem, ciepłym i zimnym naprzemiennie, zawsze zaś bajkowym. Czuć w tym pokłosie wcześniejszych dokonań reżysera: „Danny’ego Rose’a z Broadwayu”, „Purpurową różę z Kairu”, lecz chyba najbardziej „Złote czasy radia”, nie tylko z uwagi na tęsknotę za minionymi czasami, ale także na sposób, w jaki fantazja miesza się tu z rzeczywistością.

Problem niestety w tym, że „Na karuzeli życia” przypomina pocztówkę z wakacji, którą co roku wysyła ktoś niekoniecznie bliski, a która – poza malowniczym zdjęciem Coney Island – nie zawiera żadnej treści wartej zapamiętania, choć wcześniej nie raz potrafiła skłonić do refleksji. Tym niemniej wciąż jest czymś, na co czeka się z niecierpliwością i nadzieją – w końcu w tej dekadzie Allen zrobił nie tylko średnie filmy, być może nawet najsłabsze w całej swojej karierze („Magia w blasku księżyca” czy „Nieracjonalny mężczyzna”), ale także kilka naprawdę bardzo dobrych, jak choćby „O północy w Paryżu” i „Śmietanka towarzyska”.

Polityka Cyfrowa

Teraz miesiąc od nas w prezencie!

Zaprenumeruj

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj