Najnudniejszy w drużynie Avengers? Przecież dostał od Marvela najciekawszy komiks
A jeżeli ktoś nie lub historii obrazkowych? „Hawkeye” jest tak dobry, że i takich przekona.
Hawkeye
mat. pr.

Hawkeye

„Hawkeye. Moje życie to walka”
mat. pr.

„Hawkeye. Moje życie to walka”

Thor jest bogiem. Iron Man ma umożliwiającą latanie i wyposażoną w rakiety zbroję. Hulk to wielki, zielony, praktycznie niezniszczalny potwór. Kapitan Ameryka to stworzony w laboratorium nadczłowiek. Czarna Wdowa to superszpieg, wychowana do tej roli od dzieciństwa. Hawkeye zaś ma łuk i potrafi z niego całkiem nieźle strzelać. (A, i jeszcze niektóre z jego strzał są wybuchowe). Od razu widać, kto w tym towarzystwie odstaje, prawda?

Matt Fraction w komiksie „Hawkeye”, rozpoczętym tomem „Moje życie to walka”, wziął słabość tego bohatera i przekuł ją w siłę. Bo Clint Barton to naprawdę po prostu gość z łukiem. I jest członkiem Avengers. Więc jak to jest być śmiertelnikiem, walczącym w starciach półbogów? Jak wygląda jego życie, gdy nie ratuje świata u boku Irona Mana czy Thora? Bycie herosem, tym, na którego wszyscy patrzą, gdy rozpętuje się piekło, to zaszczyt czy przekleństwo, skoro wraz z odpowiedzialnością nie przychodzą narzędzia w postaci supersiły czy ciskającego piorunami młota?

Clint jest bohaterem nie ze względu na wypadek w laboratorium czy kosmiczne korzenie, ale dlatego, że gdy dzieje się coś złego, nie odwraca wzroku. Zazwyczaj przez to mu się obrywa (łuk to dobra broń, ale gdy przeciwników jest trzydziestu, kiepsko się sprawdza), ciągłe problemy z bandziorami niszczą mu życie osobiste, ale on się nie zmienia. Taki już jest. Najsłabszy, a zarazem najbardziej bohaterski z Avengers.

Pełen uroku i humoru komiks Marvela

Bohaterem komiksu „Hawkeye” jest więc zwykły facet, może nazbyt kochliwy, niespecjalnie towarzyski, z powodzeniem wśród kobiet, ale niezbyt dobry w związkach, przede wszystkim zaś ktoś, kto nie jest w stanie się wycofać, uznać porażki, uparty aż poza granice rozsądku. Fraction snuje tak naprawdę opowieść obyczajową, ze sporą dozą akcji, bardzo odbiegającą od wszystkiego, co kojarzy się z superbohaterami.

Aja i inni rysownicy podobnie zresztą dbają o to, by graficznie „Hawkeye” odstawał od tego, co zazwyczaj daje nam Marvel – wiele tu zabawy formą, ot, choćby inspirowania się… instrukcjami bezpieczeństwa z samolotów czy całych stron pokazujących wydarzenia z perspektywy psa, nawet kolorystycznie mamy tu przesunięcia w barwach, by komiks wyglądał unikalnie, by odstawał, zaskakiwał.

W tych historiach jest tyle uroku i humoru, są tak dobrze opowiedziane (i słowem, i obrazem – pełne wykorzystanie komiksu jako medium) i oryginalnie narysowane, a do tego tak łagodnie łączą się z superbohaterskim uniwersum Marvela, że jeżeli ktoś zastanawiał się, czy po obejrzeniu tych wszystkich filmów z Avengers spróbować sięgnąć po oryginały, „Moje życie to walka” oraz „Lekkie trafienia” z serii „Hawkeye” to idealny pierwszy krok na tej drodze.

Polityka Cyfrowa

Teraz miesiąc od nas w prezencie!

Zaprenumeruj

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj