Kultura

Muzułmanin pojawił się w serialu TVP. Były powody do oburzenia?

„Ojciec Mateusz” „Ojciec Mateusz” Ojciec Mateusz / Facebook
Historia szerokiej dyskusji nad wyemitowanym wczoraj odcinkiem „Ojca Mateusza” dowodzi, że musimy być najpierw rozsądni, a potem dopiero oburzeni.

W środę na Facebooku pojawił się wpis aktora Mikołaja Woubisheta, który nie przyjął roli w serialu „Ojciec Mateusz”, wskazując, że historia muzułmanina, który podkłada bombę na placu zabaw, podsyca lęk przed uchodźcami. Sprawa szybko rozeszła się po sieci, była nawet tematem „Wiadomości”, a TVP1 zdecydowała się przyspieszyć emisję. Słusznie.

Czy w odcinku znalazł się motyw bomby domowej roboty, podłożonej koło placu zabaw? Tak. Czy winnym okazuje się muzułmanin? Tak. Czy odcinek wspiera lęk przed uchodźcami? Stanowczo nie. Więcej, chodziło głównie o to, aby pokazać, jak działa mechanizm samosądu i nienawiści wobec obcych, ale i wezwać do miłości bliźniego oraz porzucenia uprzedzeń. Bomba nie miała wyrządzić krzywdy żadnemu Polakowi czy polskiemu dziecku, ale muzułmańskiemu bohaterowi, wobec którego niesłusznie rzucano podejrzenia. Podłożył ją inny muzułmanin, bo chciał zastraszyć bohatera i zyskać na tym finansowo.

Na tym nie koniec. W serialu pojawia się też plan otworzenia ośrodka dla uchodźców w Sandomierzu. Twórcy pokazują tu dwie perspektywy: rozumiejącego ks. Mateusza oraz pełnego uprzedzeń ks. Jacka. Godzi ich biskup – rozsądny, skłaniający się ku postawie ojca Mateusza. Nawet dramatyczne wydarzenia nie sprawiają, że akcja sprowadzenia uchodźców zostaje porzucona. Wręcz przeciwnie, pod koniec odcinka pada zdanie, że nawet jedno złe jabłko nie świadczy o całej jabłoni. Tymczasem osobą, która wypowiada zdanie najbardziej zgodne z polityką obecnego rządu („Nie możemy dbać o ludzi, których nie znamy, kosztem bezpieczeństwa tych, których znamy”), jest nielubiany i wyraźnie uprzedzony ks. Jacek. Wyraźnie irytuje tym biskupa.

W odcinku jest wiele ważnych scen. Kiedy wnuczka skarży się babci, że po ataku boi się świata, babcia odpowiada cytatem z Einsteina: „Nie możemy przyjąć, że świat jest nieprzyjazny. Wszystko, co zrobimy, by się przed nim obronić, sprawi, że faktycznie taki będzie”. W innej scenie ludzie poddają się panice i agresji. Rzucają oskarżenia wobec miejscowego muzułmanina tylko dlatego, że widzieli go na posterunku policji. Kiedy jakaś kobieta stwierdza, że to samosąd, zostaje okrzyknięta „wielbicielką Arabów”. Scena ma zdecydowanie negatywny kontekst, budzi niechęć i smutek ks. Mateusza. Jedną z najważniejszych scen jest zaś rozmowa przysłanego gdzieś z centrali speca od terroryzmu z miejscowym (muzułmańskim) właścicielem firmy budowlanej. Kiedy funkcjonariusz pyta, czy nie kusiło rozmówcy, by wrócić w „rodzinne strony”, dostaje taką odpowiedź: „Mam tu żonę, córkę, dom, pracę, przyjaciół, tu są moje rodzinne strony”.

Zresztą może warto zauważyć, że podłożenie bomby nie jest największą zbrodnią odcinka. Tej naprawdę strasznej – która naraziła czyjeś życie – dopuszcza się Polka, chrześcijanka, która nie umie sobie wyobrazić, by jej szwagier, muzułmanin, przestraszony nieprzyjazną atmosferą w Polsce, wywiózł dziecko za granicę. To jej działania i nieumiejętność pogodzenia się z losem przynoszą najwięcej cierpienia. Rozwiązanie tej zagadki kryminalnej jest centralnym punktem odcinka – sama sprawa bomby schodzi absolutnie na drugi plan. Choć w obu przypadkach mamy jasną paralelę: do złych działań ludzi pcha zazdrość (o pracę, majątek czy dziecko), niezależnie od ich pochodzenia.

Odcinek kończy się symboliczną sceną. Dwie dziewczynki, śniada i jasnowłosa, obie po wypadkach, padają sobie w ramiona. Dwie dziewczynki z Sandomierza, które zaraz pobiegną się razem bawić.

„Ojciec Mateusz” oburzający przed emisją

Nawet jeśli bardzo się postarać, nie da się dostrzec w tym odcinku próby wywołania lęku przed obcymi i uchodźcami. Przeciwnie, to raczej wezwanie, by pomagać innym, otworzyć się na nich. Owszem, muzułmanin popełnia tu przestępstwo. Ale to samo robi Polka. Scenariusz jasno zaś podkreśla, że nie wolno bać się świata i obcych. Nie wolno odwracać się od ludzi, bo wydaje się nam, że należą do „podejrzanej” grupy. Odcinek piętnuje hipokryzję ludzi, którzy najpierw wspierali swojego sąsiada muzułmanina, by potem się od niego odwrócić. Pokazuje małość tych, którzy zwolnieni z pracy za słabo wykonane zadanie, obrażają kogoś innego, nazywają go „brudasem”.

Co się wydarzyło między przedstawieniem scenariusza aktorowi a ostateczną wersją odcinka? Możemy założyć, że odcinek ten został całkowicie przemontowany. Trudno to sobie jednak wyobrazić, bo sceny dystansujące się do niechęci do uchodźców i muzułmanów pojawiają się w całym odcinku. Być może aktor dostał tylko część scenariusza, uznał ją za problematyczną i zrezygnował, nie wiedząc dokładnie, jak będzie wyglądał szerszy kontekst. Być może w pierwotnej wersji scenariusz był zdecydowanie mniej wyważony i bardziej skoncentrowany na ukazaniu zagrożenia. Ale wydaje się to mało prawdopodobne.

Pozostaje pytanie, czy w napiętych czasach, w których żyjemy, można jakkolwiek sugerować winę przyjezdnego z kraju Bliskiego Wschodu. Uważam, że wybrane przez scenarzystów rozwiązanie dość dobrze spotyka się z lękami społecznymi. Wskazano, że nie każde działanie dowolnego wyznawcy islamu ma podłoże terrorystyczne i religijne. Pokazano, jak za działania jednych płacą inni. Jest tu też konfrontacja z uprzedzeniami i lękami, z której – jak się okazuje – można wyjść zwycięsko. Co prawda w tym naprowadzaniu ludzi na właściwą drogę najważniejszą rolę gra Kościół katolicki. Ale z drugiej strony – trudno się dziwić. W Polsce to jeden z nielicznych głosów opowiadający się za przyjmowaniem uchodźców.

Historia szerokiej dyskusji nad wyemitowanym wczoraj odcinkiem „Ojca Mateusza” pokazuje, że musimy być najpierw rozsądni, a potem dopiero oburzeni. Dziś rządzą emocje i czujemy konieczność komentowania wszystkiego jak najszybciej, a fabuła odcinka rzeczywiście brzmiała oburzająco. Pasowała do naszej wizji TVP i tego, co się w niej mówi o muzułmanach i uchodźcach. Problem w tym, że nawet jeśli coś pasuje do naszej wizji świata, musimy też dać sobie czas na rozsądną ocenę sytuacji. Ta zaś jest możliwa dopiero po emisji odcinka. Odcinka, który – miejmy nadzieję – przemówi do widzów, bo głosi przesłanie miłości bliźniego i tolerancji. Może dobrze się raz na jakiś czas pomylić?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Uroda przynosi w życiu profity. Ale nie jest źródłem szczęścia

Już trzymiesięczne niemowlęta przyglądają się ładnym twarzom istotnie dłużej niż nieładnym. I niezależnie od wieku, płci i rasy pochylającej się nad nimi osoby.

Grzegorz Gustaw
26.11.2019
Reklama