Dawid Ogrodnik o aktorstwie, mobbingu i przemocy

Ja też
Rozmowa z Dawidem Ogrodnikiem, laureatem nagrody im. Zbyszka Cybulskiego i odtwórcą głównej roli w dramacie „Cicha noc”, który od 11 kwietnia można kupić z POLITYKĄ.
Dawid Ogrodnik
Leszek Zych/Polityka

Dawid Ogrodnik

Dawid Ogrodnik w filmie „Cicha noc”.
Robert Jaworski/Studio im. A. Munka

Dawid Ogrodnik w filmie „Cicha noc”.

JANUSZ WRÓBLEWSKI: – Razem z Martą Nieradkiewicz tworzycie parę, i to parę najbardziej utalentowanych młodych polskich aktorów. Artyści w dużym stopniu są egocentrykami. Da się robić karierę jednocześnie?
DAWID OGRODNIK: – Myślę, że tak. Podejmujemy takie wyzwanie. Z tym że etap rywalizacji mam dawno za sobą. Wybieram role ze względu na ciekawość spotkania; żeby zrobić coś wartościowego, czasami przeżyć coś zwariowanego, a nie dlatego, żeby komuś coś udowadniać. Ostatnio na przykład razem z Romkiem Gancarczykiem zaangażowaliśmy się w eksperymentalny projekt „Dzieci z dworca ZOO” w krakowskim Teatrze Barakah. Chcieliśmy się zmierzyć z energią ludzi bez aktorskiego doświadczenia.

Rok temu Marta, teraz pan zdobył nagrodę młodych aktorów wyróżniających się wybitną indywidualnością. To nie nakręca ambicji?
Nie mam przesadnych oczekiwań w stosunku do nagród. Zwłaszcza do tych, które powinny być przeznaczone dla początkujących aktorów. Debiutantem już się nie czuję, jednakże bycie w gronie osób wyróżnionych tą nagrodą jest dla mnie pewnego rodzaju nobilitacją. Czy, wykonując ten zawód, nie naruszam granic prywatności w związku? Nawet jeśli przenoszę do filmu jakieś prywatne sytuacje, uznajemy to za część pracy i nie komentujemy tego między sobą. Problem zaczyna się, gdy brakuje napędu. Dawniej, szukając inspiracji, zdarzało mi się prowokować w życiu prywatnym. Dziś staram się tego unikać. Lepiej spróbować na planie z partnerem, który bierze za to pieniądze.

Czerpanie inspiracji ma swoje granice?
Podstawowym narzędziem jest kontakt międzyludzki. W atmosferze zaufania i wolności można sobie pozwolić na wiele. Jeżeli tego nie ma, a partner bez względu na to, co mu się proponuje, reaguje w jednakowy sposób, nie pozostaje nic innego, jak dostosować się. Pograć w przestrzeni, którą on proponuje. Ale na ogół aktorzy bywają elastyczni. Wtedy spotkania wydają się najbardziej interesujące. W moim przypadku niemal wszystkie tak wyglądały. Aktualnie znów gram z Andrzejem Sewerynem. Pracujemy nad serialem w reżyserii Jana Holoubka dla ShowMax o dziennikarzu prasowym próbującym rozwikłać zagadkę pewnej zbrodni sprzed lat. Ufamy sobie. To pobudza kreatywność. Dużo improwizujemy, co sprawia nam ogromną radość.

W kręconym właśnie łotewsko-belgijskim „Olegu” Jurisa Kursietisa wciela się pan w szemranego przedsiębiorcę załatwiającego Polakom robotę na Zachodzie. Łatwo panu przychodzi przeskakiwanie do innego świata? Szybko się pan w tym odnajduje?
Przyglądanie się życiu i pracy innych, poznawanie odmiennych sposobów myślenia to podstawa uprawiania tego zawodu. Bardzo wzbogacająca, czasami przyjemna, czasami nie, lecz można w tym zgubić siebie, ponieważ wolność nie ma granic. Istotą jest ustalenie granic postaci w każdej kategorii wyznania, światopoglądu, cech charakteru itd. Warto posiadać i mieć świadomość własnych kategorii, wtedy przeskakiwanie wydaje się łatwiejsze. Ale film to nie tylko aktor, lecz przede wszystkim reżyser, który zawsze mnie prowadzi, polegając na mojej indywidualności.

Rodzicielstwo zmienia nastawienie do kariery?
Nie wydaje mi się. Jestem człowiekiem, który nie odpuszcza. Zawodowe decyzje nadal podejmuję w ten sam sposób. Nie podporządkowuję pracy obowiązkom ojcowskim i odwrotnie. Ale oczywiście dużo się w życiu zmienia. W trudnych sytuacjach staram się nie reagować histerycznie. Próbuję się dogadywać, negocjować. Jest mnóstwo rozwiązań. Przyciśnięty do muru, zawsze wybiorę dobro dziecka, to jasne.

Rezygnacja z etatu w teatrze nie została podyktowana nową rolą w pana życiu osobistym?
Nie. Decyzję o zakończeniu współpracy z TR Warszawa podjąłem rok temu. Odczuwałem coraz większy dyskomfort. W pewnym momencie Grzegorz Jarzyna poprosił mnie o rozmowę, która z perspektywy czasu nadal wydaje mi się absurdalna. Zadawał dość kłopotliwe pytania, choćby: „Czy gram do swojej bramki czy bramki zespołu?”, ponieważ inni aktorzy bez podania nazwisk nie czują mnie. Nawet nie wiem do końca, jak te zarzuty nazwać, określić, bo do konfrontacji, o którą dyrektora TR poprosiłem, nigdy nie doszło. Wtedy wiedziałem już, że właśnie po to przyszedłem do zespołu tego teatru, żeby w czymś takim nie brać udziału. Wtedy już miałem jasność, co robić.

Pamiętam, z jakim entuzjazmem opowiadał pan niedawno o teatralnych planach.
Czy się rozczarowałem? Tak, choć teatr wiele mnie nauczył. Mam wrażenie, że podpatrując kolegów, rozwinąłem warsztat. Nie bardzo jednak wierzę w tworzenie teatralnej wspólnoty określanej mianem rodziny bądź stwierdzenia, że to ja jestem dla teatru, a nie teatr dla mnie, i jeszcze całość oparta na hegemonii reżysera. Nie odpowiada mi bycie trybikiem. W kinie czy serialu mam większy wpływ na to, co powstaje. Dochodzi do wyraźniejszego starcia osobowości. To, co powstaje, jest rzeczą nadrzędną, a relacja reżyser–aktor jest bardziej relacją człowiek–człowiek, a nie dyrektor–pracownik.

Nie nagrody, nie praca na scenie… Co w takim razie jest miarą pańskiego sukcesu?
Udana realizacja. Twórczy drive. To sprawia, że czuję się szczęśliwy i spełniony. Kieruję się instynktem, siłą charakteru, a nie kalkulacją, co się bardziej opłaca. Postawiłem na kino. Sześć miesięcy nerwowego oczekiwania na nowe propozycje nie zmieniło mojego nastawienia. W międzyczasie nagrałem audiobooka. Jest jeszcze życie, rodzina, przyjaciele, są zainteresowania, pasje, różne dziedziny, w których można się dodatkowo realizować. Cokolwiek się wydarzy, poradzę sobie.

W szkole teatralnej studiował pan na jednym roku m.in. z Jakubem Gierszałem i Mateuszem Kościukiewiczem. Duch konkurencji nie zachwiał waszą przyjaźnią?
Tworzyliśmy zgraną grupę. Mateusz, który znał wtedy Krystiana Lupę, dysponował największym doświadczeniem. Organizował różne warsztaty, medytacje, wkręcał nas w jakieś stany, gdy próbowaliśmy namierzyć w ciele pewne emocje. Dzięki temu lepiej się poznawaliśmy. Rozwijaliśmy się. Z chwilą gdy pojawiła się zazdrość, coś się zmieniło. Chęć znalezienia się w punkcie, w którym ktoś inny się znalazł, była tak duża, że nasze relacje poznikały.

Dziś patrzycie na siebie inaczej?
Pozostał chyba szacunek i dobre wspomnienia przeżytych chwil. Nie utrzymujemy jednak bliższych kontaktów. Każdy poszedł własną drogą.

W sieci krążą informacje, że w trakcie studiów musiał pan stawić czoła mobbingowi. W dzieciństwie był pan bity przez ojca, zetknął się pan z przemocą rówieśników i wychowawców. Brzmi to dramatycznie.
Odpowiem Beksińskim: nikt nie obiecywał, że życie będzie usłane różami. Oczywiście nie były to proste sytuacje. Cechą wspólną wszystkich tych doświadczeń na pewno jest wola przetrwania i nadzieja, by udowodnić całemu światu, że jestem coś wart.

Wybaczył pan?
Nie wszystkim. Z paroma osobami chciałbym się skonfrontować, porozmawiać o tych sytuacjach. Nie chowam dzikiej urazy. Nie rozmyślam codziennie o tym, co mnie spotkało. Ale na fali akcji #MeToo, w której wziąłem udział, zastanawiam się, czy nie powinienem jednak ujawnić pewnych szczegółów. Mój wpis informujący, że ktoś próbował molestować mnie seksualnie, nieujawniający jednak konkretnego czasu, miejsca ani nazwisk, nie wywołał żadnej reakcji. Przeszedł niezauważony niczym jednodniowy news w większości przypadków.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj