Kultura

Ghostwriter

Ghostwriter

fot. Joel Saget fot. Joel Saget Materiały klienta
Literackie życie Richarda Flanagana zatoczyło koło. „Pierwsza osoba”, jego pierwsza powieść po wyróżnionych Nagrodą Bookera „Ścieżkach Północy”, to powrót do wczesnej młodości pisarza.
.Materiały klienta .

Pochodzący z Tasmanii Flanagan jest literacką gwiazdą. Wydaje właśnie siódmą powieść (w Polsce wszystkie ukazały się nakładem Wydawnictwa Literackiego), jest laureatem nie tylko Bookera, ale też m.in. Commonwealth Writers' Prize, Queensland Premier's Prize, Western Australian Premier's Prize i Tasmania Book Prize. Jego książki ukazują się w 42 krajach, a Flanagan pisze też scenariusze i reżyseruje.

Bohater „Pierwszej osoby” Kif Kehlmann z pewnością by mu takiej kariery pozazdrościł. Właśnie dostał niespodziewaną propozycję: ma napisać autobiografię Siegfrieda Heidla, największego oszusta w historii Australii, który ukradł bankom 700 milionów dolarów. Honorarium dla niego nie do pogardzenia, choć jest tylko niewielkim ułamkiem tej kwoty – 10 tys. dolarów. Czasu jest jednak mało, bo zwolniony po wpłaceniu kaucji przestępca za sześć tygodni prawdopodobnie stanie przed sądem i wróci do więzienia.

„Pisarz”, którego dorobek literacki jest – delikatnie mówiąc – bardzo skromny, ma dylemat, a przynajmniej tak mu się zdaje. Podjąć się zadania będącego poniżej godności „poważnego” twórcy (jego nazwisko nie ukaże się na okładce, będzie tylko pisarskim murzynem) czy skoncentrować na pracy nad własną, debiutancką powieścią?

Dylemat to tak naprawdę żaden, bo pisanie własnej książki idzie mu marnie. Na utrzymaniu ma żonę i córeczkę, a w drodze są jeszcze bliźniaki. Stracił też właśnie jedyne w miarę stałe, choć i tak nie wystarczające, źródło zarobku, że o kredycie mieszkaniowym, który musi spłacać, nie wspomnę.

Niby więc nie chce pisać autobiografii Heidla i się przed tym wzbrania ale od początku wie, że to zlecenie weźmie, bo nie ma wyboru. Szybko przekona się zresztą, że jego wewnętrzne rozterki były niczym wobec problemów, z którymi będzie się musiał zmierzyć.

Okazuje się bowiem, że Heidl zupełnie nie jest zainteresowany wydaniem autobiografii, a po krótkiej lub bardzo krótkiej współpracy z nim poddało się już kilku redaktorów. Zależy mu jedynie na otrzymywaniu kolejnych rat honorarium od wydawcy, liczącego na zrobieniu dobrego interesu na jego procesie i towarzyszącym mu zainteresowaniu. Ale na tym aktywność oszusta się kończy. Jego wkład do książki to zestaw wycinków z artykułami na jego temat, uzupełniony o rzucone bez ładu i składu komentarze. I nie poparte żadnymi dowodami opowieści o rzekomej współpracy z CIA i NASA.

Na pytania o dzieciństwo i rodzinę odmawia odpowiedzi, nie zamierza też komentować swojej działalności przestępczej. Nie chce również prostować i doprecyzowywać tego, co napisano w artykułach na jego temat. Przeważnie rozmawia przez telefon albo wychodzi na kolejne spotkanie. Nie ukrywa, że to nie on tu jest od pisania.

fot. Joel SagetMateriały klientafot. Joel Saget

Jeśli nie jest zainteresowany napisaniem i wydaniem swej autobiografii, to dlaczego w ogóle traci na to czas? – zastanawia się Kif. Trudno uwierzyć, że tylko z motywacji finansowej – niewielkiej przecież, jeśli weźmiemy pod uwagę skalę jego przekrętów. Może więc praca nad książką ma jakiś inny, ukryty cel, a autor „autobiografii” bierze udział w kolejnej grze oszusta, o której nie ma pojęcia?

Dociskany przez wydawcę Kehlmann nie ma wyjścia. Próbuje z mętnych wypowiedzi swego bohatera i fragmentów posiadanych informacji sklecić pierwszy rozdział książki. Ma świadomość, że większość tego, co napisał, najpierw wymyślił. Jest więc mocno zaskoczony, gdy Heidl, poproszony o sprostowanie ewentualnych nieścisłości w tekście, nie tylko potwierdza, że „tak właśnie było” ale zaczyna rozwijać wymyślone przez pisarza opowieści, żeby szybko móc je sprzedać w wywiadach dla magazynów.

Ich współpracę dodatkowo komplikuje bardzo niepokojące zachowanie oszusta. Kif dowiaduje się, że pracę zawdzięcza rekomendacji towarzysza swoich młodzieńczych zabaw na Tasmanii – Raya, który teraz jest ochroniarzem Heidla. Przyjaciel ostrzega go, aby w rozmowach z oszustem nie opowiadał o sobie, a zwłaszcza o żonie i dzieciach. Ten jednak podejrzanie dużo na ich temat wie, a jego zachowania zaczynają coraz bardziej niepokoić nie tylko Kifa, ale i redaktorkę książki.

Oszust sam też jednak się boi. Jest przekonany, że bankierzy, których oszukał, polują na niego.

Jego oszustwo było w sumie proste. Instytucja, którą kierował, miała prowadzić szkolenia i uczestniczyć w akcjach ratunkowych na całym świecie. Świetnie wyszkoleni ludzie, helikoptery, łódź podwodna i ponad sto kontenerów wypełnionych rzekomo sprzętem medycznym z najwyższej półki – to wszystko widzieli ludzie udzielający mu kredytów. Nie wiedzieli, że w rzeczywistości tylko jeden kontener był wypełniony sprzętem, instytucja nie brała udział w żadnej dużej akcji ratowniczej, a pojedyncze interwencje rozdmuchały umiejętnie sterowane media.

Dodajmy, że wszystko to działo się na przełomie lat 80. i 90. XX wieku, w epoce przed internetowej (owszem istniał już, ale zdecydowanie nie był tak powszechny jak dziś), a przestępstwo miało charakter raczej „analogowy”. Biorąc pod uwagę rozmach i pomysłowość naszego oszusta, w ciemno można zakładać, że potrafiłby dziś perfekcyjnie wykorzystać najnowsze technologie i ich możliwości, a jego działania mogłyby mieć zasięg globalny. Zwłaszcza że w oczach swego „autobiografa” nabiera cech wręcz demonicznych.

Główny wątek powieści jest na tyle pasjonujący, że na plan dalszy zepchnąłby zarówno opowieść o losach dwóch przyjaciół z Tasmanii, którzy razem dorastali, a po latach spotykają się za sprawą oszusta, jak i rozważania autora o tym, co w literaturze jest prawdą, a co zmyśleniem. I jak cienka jest przebiegająca pomiędzy nimi granica. Tu jednak dochodzimy do faktów, które sprawiają, że powieść staje się jeszcze ciekawsza.

Przede wszystkim oszust naprawdę istniał. Nazywał się Johann Friedrich Hohenberger i był w latach 80. dyrektorem wykonawczym National Safety Council of Australia. Pierwszy duży przekręt popełnił w rodzinnych Niemczech Zachodnich, sprzeniewierzając pieniądze przeznaczone na budowę dróg. Gdy wydano za nim nakaz aresztowania, przebywał na urlopie narciarskim we Włoszech. Upozorował swój wypadek na stoku i zniknął. W 1975 r. pojawił się w do Australii, już pod nazwiskiem John Friedrich.

W 1982 r. został dyrektorem wykonawczym NSCA. Pożyczek na przekształcenie go w narodową organizację poszukiwawczo-ratowniczą udzieliło mu aż 27 banków. W 1988 r. Friedrich został nawet odznaczony Medalem Orderu Australii „w uznaniu zasług dla społeczności, szczególnie w dziedzinie bezpieczeństwa przemysłowego oraz usług poszukiwawczo-ratowniczych”.

Aresztowano go 6 kwietnia 1989 r. W trakcie śledztwa wyszło na jaw między innymi, że choć Friedrich nie był obywatelem Australii, nie miał ważnego aktu urodzenia, a jego nazwisko nigdy nie widniało w spisie wyborców, to Departament Obrony dał mu przepustkę i prawie nieograniczony dostęp do baz Królewskich Australijskich Sił Powietrznych. Proces Friedricha ruszył 23 lipca 1991 r. Cztery dni później znaleziono jego zwłoki. Uznano, że popełnił samobójstwo.

I fakt drugi: tuż przed rozpoczęciem procesu John Friedrich pracował nad swoją autobiografią z początkującym pisarzem. Być może domyśliliście się już, że był nim… Richard Flanagan. Książka ukazała się w 1991 r., nie odniosła jednak sukcesu, mimo iż sprawa Friedricha była naprawdę głośna.

Po latach Flanagan postanowił powrócić do tej historii i opowiedzieć ją z własnej perspektywy. Nie przypadkiem jednak nie nadał książce formy autobiograficznej, a użył historii ze swego życia do stworzenia powieści, zachowując dość wiernie realia opisywanych zdarzeń. W tym kontekście wspomniane już pytania o to, co w literaturze (i w życiu) jest prawdą, a co kłamstwem lub – jak kto woli – twórczym wkładem, wybrzmiewają zdecydowanie mocniej i dobitniej.

Richard Flanagan, „Pierwsza osoba”, przeł. Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

„Nie prowadzimy lekcji z masturbacji”, czyli na czym polega edukacja seksualna

Nie chodzi o to – jak wydaje się niektórym – żeby pokazywać techniki masturbacyjne. Raczej o to, żeby specjaliści wytłumaczyli rodzicom i wychowawcom, że coś takiego jak masturbacja dziecięca istnieje.

Dominika Buczak
17.06.2019
Reklama