Kultura

Wędrowczyni Chloé Zhao. Pożądana przez świat kina

Chloé Zhao Chloé Zhao Danny Moloshok / Forum
Mało kto potrafi dziś tak przejmująco opowiadać o wyrzutkach, dowodząc, że w Fabryce Snów wciąż liczą się przede wszystkim historie. Czy wędrująca Chloé Zhao idzie prosto po Oscara?

Spośród ponad 20 tytułów wchodzących w skład Marvel Cinematic Universe (MCU) zaledwie dwa zostały wyreżyserowane przez kobiety: „Kapitan Marvel” (2019) Anny Boden (choć we współpracy z Ryanem Fleckiem) oraz wciąż czekająca na premierę „Czarna Wdowa” (2021) Cate Shortland. „Eternals” (2021), który wejdzie na ekrany w tym roku – o ile sytuacja związana z pandemią się unormuje – będą więc trzecim, a technicznie drugim filmem podpisanym nie przez mężczyznę.

A przez kogo? Mowa o jednej z najbardziej pożądanych artystek w całym Hollywood, chwalonej zewsząd – i przez odpowiedzialnego za MCU Kevina Feige’a, i Bonga Joon-ho, zdobywcę Oscara za „Parasite”, który umieścił Chloé Zhao na liście twórców kształtujących dzisiejsze i jutrzejsze kino.

Jeszcze do niedawna miała do dyspozycji mikrobudżety, teraz nadzoruje pracę pochłaniającą bez mała 200 mln dol. (takie pieniądze rozwiązałyby niejeden problem trapiący jej bohaterów). Studio Universal ogłosiło właśnie, że stanie za kamerą najnowszej opowieści – zrealizowanej w formie westernu science fiction – o hrabim Draculi, pierwowzorze wielu outsiderów w dziejach popkultury. Nic dziwnego – mało kto potrafi dziś tak przejmująco opowiadać o wyrzutkach jak Chloé Zhao, świeżo upieczona laureatka Złotego Globu za najlepszą reżyserię.

W Państwie Środka marzyła o Zachodzie

Urodziła się w Chinach w 1982 r., wychowana w starożytnej kulturze, w której oczekiwano od niej życia według określonych reguł. Jedynie rodzice – piastujący wysokie stanowisko w pekińskim przemyśle hutniczym ojciec i zatrudniona w szpitalu matka – którzy sami należeli do bandy buntowników i dziwaków, pozwalali jej przede wszystkim być sobą. Zhao nie była najpilniejszą uczennicą. Czytała i rysowała mangi, pisała fanfiki, oglądała amerykańskie filmy w telewizji. Mieszkając w Państwie Środka, marzyła o Zachodzie. Czuła jakąś nieracjonalną potrzebę wyrwania się w tym kierunku. Mając 14 lat i ledwo znając angielski, opuściła Pekin, by rozpocząć naukę w londyńskiej szkole z internatem, „takiej w stylu Hogwartu”.

W ten sposób zaczęło się jej trwające do dziś bycie w drodze. To jednak – jak przyznaje w licznych wywiadach – nie był Zachód, który ją podskórnie wzywał. Gdy więc skończyła 18 lat i zdobyła upragnioną wizę, przeniosła się do Los Angeles. Z chińskiej perspektywy, ale i z punktu widzenia XIX-wiecznych pionierów, do których wizji wraca w twórczości, już dalej wyjechać się nie dało – Pacyfik stanowił granicę nie do przekroczenia. Zamieszkała w niewielkiej kawalerce w dzielnicy koreańskiej i podjęła naukę w jednym z lokalnych liceów. Nie mogła uwierzyć, że pierwszego dnia musiała przejść przez bramkę do wykrywania metalu (było to w czasach, gdy nie doszło jeszcze do zamachów z 11 września). Nie tak wyobrażała sobie Stany. Nie tego nauczyła się z oglądanych nałogowo wideoklipów Michaela Jacksona na kanale MTV. Do Miasta Aniołów leciała raczej z romantycznym wyobrażeniem o „kraju wolnych i dzielnych ludzi”.

Jeden z jej nauczycieli, widząc, jak niewiele wie o USA, zaproponował, że będzie ją uczyć po lekcjach, co obudziło w niej fascynację amerykańskim systemem i zaowocowało wyjazdem na studia: najpierw politologiczne na Mount Holyoke College, potem filmowe na Uniwersytecie Nowojorskim. By się utrzymać na Wschodnim Wybrzeżu, imała się różnych zajęć. Zdecydowanie najwięcej dała jej praca za barem, gdzie – by zasłużyć na napiwek – musiała nauczyć się słuchać gości, którzy zwierzali się jej niczym w konfesjonale. Tę umiejętność wykorzystała w kinie. Jej Amerykański Sen zaczął się spełniać.

Czytaj też: Niewygodny sukces Chin. W kinie

Na uczelni poznała Joshuę Jamesa Richardsa, swego partnera w życiu prywatnym i zawodowym. „Większość znajomych ze szkoły tylko mówiła o swoich projektach. Chloé jako jedyna działała. Postanowiłem wskoczyć z nią do tego pędzącego pociągu”. Wspólnie ruszyli tam, dokąd nikt raczej by się nie udał, mianowicie do Dakoty Południowej, gdzie zrealizowali pełnometrażowy debiut i poznali bohaterów swojego drugiego filmu. Na festiwalu w Toronto obejrzała go Frances McDormand, gwiazda i producentka ich trzeciego obrazu.

Czytaj też: Wreszcie możemy iść do kina! Co warto obejrzeć?

Ciocia Chloé z Lakotów

Zhao przeczytała artykuł o odbierających sobie życie nastolatkach z Pine Ridge, jednego z największych rezerwatów w USA, w znacznej mierze zaludnionego przez Indian z plemienia Lakotów. Ich przodkowie zostali zmasakrowani przez Jankesów w 1890 r. W „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” Howard Zinn pisze: „Bezrobotnych było 54 proc. dorosłych mężczyzn, a jedna trzecia rodzin otrzymywała zasiłek lub rentę. Alkoholizm był tu zjawiskiem powszechnym, często też zdarzały się samobójstwa”. Potem natrafiła na szokujące zdjęcia Aarona Hueya, który przez prawie dekadę obserwował i uwieczniał losy cierpiących dokuczliwą biedę rdzennych Amerykanów z tych ziem.

Zhao chodziła od drzwi do drzwi, cierpliwie słuchając, co mieli jej do powiedzenia Lakoci. Nie była pierwszą artystką, która zawitała w te strony, więc ci z założenia opowiadali o tym, o czym sądzili, że chce się dowiedzieć, a więc o warunkach życia, uzależnieniach i traumie przeszłości. Reżyserka nie przerywała, dopiero przy którejś okazji pytała o rzeczy bardziej prozaiczne: o ulubioną drużynę sportową, sympatię z ogólniaka i o to, co jedzą na obiad. Jej rozmówcy zaczęli się otwierać, a ona wkrótce przystąpiła do kompletowania obsady „Pieśni braci moich” (2015), ani przez chwilę nie myśląc, że mogłaby zatrudnić profesjonalnych aktorów. Każda podróż do Pine Ridge obfitowała w anegdoty, przez co scenariusz stale ewoluował, a ona zyskiwała przyjaźnie. I dwa przydomki: mówiono o niej, że jest dziewczyną z Lakotów z chińskim nazwiskiem lub po prostu ciocią Chloé.

Czytaj też: Indianie, wyrzut sumienia

Bohaterem „Pieśni braci moich” jest Johnny. Gra go John Reddy, nastolatek, na którego zwróciła uwagę, przeglądając przypadkowy rocznik z liceum. Johnny chce się wyrwać z dziewczyną do Los Angeles, gdzie ona ma zacząć studia prawnicze. Chłopak nie ma planów, ale życie w rezerwacie – pozbawione nadziei, skupione na przemycie whiskey – zbrzydło mu na tyle, że woli podjąć ryzyko z dala od domu. Ucieczka, choć wydaje się sensowna, wcale nie jest łatwa, bo oznacza porzucenie młodszej siostry na pastwę matki alkoholiczki.

To surowe kino, niemal dokumentalne, choć zanurzone w liryzmie rodem z dzieł Terrence’a Malicka i wypełnione symboliką. Zhao opowiada tu o świecie, o którym mainstreamowa, biała Ameryka zapomniała. Oddaje głos cierpiącym. Sekwencję, w której dziewczynka chodzi po zgliszczach domu z dzieciństwa, szukając pamiątek po zmarłym ojcu, włączono do całości po tym, jak chata rzeczywiście spłonęła, a rodzina zgodziła się, by filmować pogorzelisko. Bez wątpienia wymagało to ekstremalnego zaufania. Gdyby mogła – przyznała kiedyś Zhao – umieściłaby kamerę wewnątrz swoich postaci, by opowiadać o nich poprzez nie.

Czytaj też: Indianie silni i bezsilni

Zaklinaczka aktorów

Na tym etapie wiedziała, że interesuje ją robienie filmów skupionych na człowieku, który już jest w jakimś środowisku. „Nie jestem kimś, kto tworzy bohaterów przed komputerem” – deklaruje. Tę zasadę wyraża jej drugi film. Kręcąc „Pieśni braci moich”, poznała niejakiego Brady’ego Jandreau, indiańskiego zaklinacza koni. Czuła jego magnetyzm, ale nie miała pojęcia, jak go wykorzystać na ekranie. Młody mężczyzna nie miał jeszcze swojej historii do opowiedzenia. Zdarzyła się w 2016 r., kiedy spadł z konia podczas zawodów na rodeo i roztrzaskał sobie czaszkę. Lekarze uznali, że już nigdy nie powinien wskakiwać na siodło, bo byłoby to samobójstwo. Jak to określiła Zhao: „Widziałam w tym dramat superbohatera, który utracił swoje moce”. Parę miesięcy później Jandreau dosiadł konia.

Czytaj też: Teatr i film przeniosły się na platformy

„Jeździec” (2017) skupia się na Bradym, kiedy trenuje zwierzęta, których nikt inny nie umie poskromić. To jego dar. Ale co mu po takim życiu? Gdy kończy mu się kasa, zatrudnia się w spożywczaku, gdzie co rusz zaczepiają go fani, prosząc o wspólne zdjęcie. Powód do dumy i wstydu jednocześnie. Dlaczego? To proste – skoro nie może szaleć na rodeo, to nie jest już ani jeźdźcem, ani mężczyzną. W tej patriarchalnej, konserwatywnej społeczności reżyserka zastanawia się nad współczesną definicją męskości. Trudno o lepszy przykład niż amerykański kowboj ucieleśniany tu przez prawdziwych maczo.

Zhao nie ukrywa, że to nie był łatwy proces. W jej bohaterów wcielali się naturszczycy, twardzi faceci, którym wcześniej żadna kobieta nie mówiła, co mają robić. To wymagało zaufania, rozluźnienia napięcia i wzajemnego zrozumienia. Po premierze filmu Jandreau powiedział: „Może i jestem zaklinaczem koni, ale ona jest zaklinaczką aktorów. Otworzyła się na nasz świat, a my postanowiliśmy się jej odwdzięczyć”.

„Jeździec” narobił sporo szumu. Okazał się sensacją w Cannes i spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem widzów i krytyki. Barack Obama umieścił go na liście ulubionych tytułów roku (kolejny film Zhao powtórzył tę sztukę). Reżyserka spłaciła kredyt studencki, została włączona do Amerykańskiej Gildii Reżyserów Filmowych, a to z kolei – po raz pierwszy – pozwoliło jej zdobyć ubezpieczenie zdrowotne. Wraz z Richardsem przeprowadziła się z Denver w stanie Kolorado, skąd niedaleko do Pine Ridge, do Ojai w Kalifornii, bliżej Hollywood. Wędrówka trwała, podobnie jak Sen.

„Nomadland”. Bezmiejscowi

Pod wrażeniem „Jeźdźca” była Frances McDormand, promująca wtedy „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” (reż. Martin McDonagh). Aktorka, stawiająca pierwsze kroki jako producentka, zabezpieczyła właśnie prawa do ekranizacji książki Jessiki Bruder „Nomadland. W drodze za pracą”, portret amerykańskiego marginesu, na który składają się ludzie w wieku emerytalnym, wciąż szukający dla siebie zajęcia – z zasiłków by się nie utrzymali – jeżdżąc od stanu do stanu w mieszkaniach na kółkach, byle przetrwać. Nie są bezdomni (homeless), są raczej bezmiejscowi (houseless).

Trudno sobie wyobrazić, by komuś innemu powierzyć reżyserię filmu na jej podstawie. W „Nomadland” (2020) Zhao znów skupia się na tych, którzy dla głównego nurtu są niewidzialni. Jako popleczniczka Joego Bidena nawiązuje do tego, że Donald Trump porzucił najsłabszych. W postaci granej przez McDormand odbijają się bolączki dotykające Amerykę od lat, ale i nadzieje na lepsze jutro, przez reżyserkę, choć nie wprost, utożsamiane z nowym otwarciem w Białym Domu. Jej największy dotychczasowy sukces – nagrodzony Złotym Lwem na festiwalu w Wenecji, Złotym Globem i dający szansę na Oscara – jest odtrutką na to, co jeszcze do niedawna było w USA codziennością.

Czytaj też: Co teraz będzie z kinem?

Podróż nigdy się nie kończy

Co znamienne i dotyczy właściwie całej twórczości Zhao, mimo dotykania kwestii wrażliwych i nacechowanych politycznie pozostaje neutralna niczym dokumentalistka i reportażystka, nie wychyla się zza dzieła. Nie interesują jej sympatie wyborcze bohaterów. Słuchanie nie ma barw – ani błękitu demokratów, ani czerwieni republikanów. Jej celem nie jest przekonywanie innych do własnych poglądów, a oddanie czasu ekranowego tym, którzy mają coś wartościowego do powiedzenia. Liczą się ludzie i ich historie.

Znaczenie ma też sama droga. Niektórzy podróżują, by uzbierawszy odpowiednią kwotę, wrócić do swoich czterech ścian. Inni nigdy nie zbaczają z trasy, stale pędzą przed siebie. Są jak kowboje z klasycznych westernów. Nie przez przypadek Zhao trawestuje w finale słynną scenę z „Poszukiwaczy” (reż. John Ford, 1956), w których grany przez Johna Wayne’a kowboj nie wchodzi do domu, ale odchodzi w stronę zachodzącego słońca, by kontynuować wędrówkę.

Czytaj też: Telewizja przetrwania

Mityczny Zachód – Południowa Dakota, Nebraska, Nevada, Arizona i Kalifornia – już dawno nie zniewalał tak bardzo. Fotografując tę część Ameryki, upodobaną przez pionierów, Zhao nawiązuje do długiej tradycji filmowców z zewnątrz mierzących się z najbardziej hollywoodzkim gatunkiem: od Charliego Chaplina przez Wima Wendersa po Anga Lee i Alejandro Gonzáleza Iñárritu, twórcę „Zjawy” (2015), który stwierdził, że „bycie outsiderem daje niezbędny dystans do jasnego i obiektywnego obserwowania rzeczywistości”.

Zhao przybywa z daleka; tak daleka, że ma prawo czuć się nieskrępowana ani przez dzieje kolonializmu, ani przez winę, jaka się z tym wiąże. To, że jest spoza USA, daje jej wolność, co oznacza tyle mniej więcej, że jej westerny nie muszą być kanoniczne. Reżyserka może sobie pozwolić na odchodzenie od schematów, a tym samym na kolejną w historii kina rewizję konwencji.

Czytaj też: Pekin zmiękcza Hollywood

Zhao teraz u Marvela

Chloé Zhao jest nie tylko ucieleśnieniem Amerykańskiego Snu, ale i dowodem na to, że Hollywood odczuwa głód poszukiwania nowych talentów, i to z dala od kręgu białych młodych facetów. Zatrudnienie reżyserki, która tylko raz pracowała z profesjonalną aktorką (dwukrotną zdobywczynią Oscara!) i nie ma doświadczenia przy wysokobudżetowych realizacjach, pokazuje, że może w Fabryce Snów wciąż liczą się przede wszystkim historie. Na ile głos Zhao będzie słyszalny spod potężnego dźwięku w systemie Dolby Atmos, a jej wrażliwość przebije się przez imponujące z pewnością efekty specjalne? Artystka mówi, że dostała od Marvela wolność i autonomię, o której nawet nie mogła marzyć, ale czy tak rzeczywiście było? Jedno jest pewne: potrzeba nie lada odwagi, by wprowadzić na ekrany nowych bohaterów, nie tak rozpoznawalnych jak choćby Spider-Man. Reżyserka na szczęście zdaje sobie sprawę z ironii, że wszak do tej pory pracowała nad rzeczami, które starały się otworzyć widowni oczy, podczas gdy „Eternals” powstają dla bodaj najbardziej rozpoznawalnej globalnie marki, czyli Disneya.

Niezależnie od efektów Zhao wciąż nosi się z zamiarem zrobienia filmu o Bassie Reevesie, niewolniku, który został szeryfem, pierwszym czarnoskórym stróżu prawa na zachód od Missisipi. Niewykluczone, że kiedyś spełni to marzenie, tak jak ziściły się jej dotychczasowe sny o Ameryce.

Czytaj też: 10 najlepszych polskich filmów 2020

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Antyk nad Adriatykiem

Murowana pogoda, szmaragdowe morze, pyszne jedzenie i perły rzymskiej architektury. Na dodatek, jeśli przestrzegamy reguł, wakacje w Chorwacji będą po prostu bezpieczne.

Prezentacja
24.03.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną