Kultura

Obudziliśmy się z ręką w nocniku

„Świat bez kobiet” „Świat bez kobiet” mat. pr.
„Z feminizmu tłumaczyć się już nie musimy, ale czas na przełom” – przyznaje Agnieszka Graff, której książka „Świat bez kobiet” po 20 latach doczekała się właśnie ponownego wydania w rozszerzonej wersji.

Anna Dobrowolska: Kim jest współczesna polska feministka?
Agnieszka Graff: Kobietą, która ma świadomość, że żyje w patriarchacie i się przeciw niemu buntuje.

A ten patriarchat to konkretnie kto?
Porządek społeczny, w którym aspiracje i interesy kobiet są nieistotne, bo naszym zadaniem jest obsługa mężczyzn. Obyczaje i prawa. Organizacje, takie jak partie polityczne czy instytucje religijne, które mają w nosie prawa kobiet.

Stereotyp feministki – kobiety niezadbanej i nienawidzącej mężczyzn wciąż pokutuje?
Nie jesteśmy już na etapie, kiedy z feminizmu trzeba się tłumaczyć. Feministki nie są już traktowane jak „baby, które nie golą nóg”, chociaż mogą tego nie robić i podobno w social mediach jest to całkiem trendy.

20 lat temu te stereotypy były wszechobecne.
Tak, ale dyskusja pod hasłem „Dlaczego nikt nie lubi feministek?” już się zestarzała. Teraz to pytanie może przyjść do głowy jedynie prawicowym dziennikarzom. Liberalni często sami deklarują feminizm.

Kto powinien przeczytać Pani książkę?
Moją wymarzoną odbiorczynią jest przedstawicielka tych 40 proc. młodych kobiet, które w badaniach deklarują, że będą głosowały na lewicę. Chcę tym dziewczynom dać amunicję i samoświadomość. Ta książka ma służyć feministycznemu przebudzeniu.

„Świat bez kobiet”mat. pr.„Świat bez kobiet”

Zadziałało 20 lat temu. Znów się uda?
Nie wiem. Niewykluczone, że młode kobiety dzisiaj stawiają pewne kwestie na ostrzu noża znacznie bardziej niż ja wtedy.

Wydawałoby się, że w ciągu ostatnich 20 lat szklane sufity zaczęły pękać, a wielu Polaków w kwestii praw kobiet przyjęło światopogląd liberalny – uznaje ich pełnoprawną obecność na rynku pracy, walkę o równe wynagrodzenia, itp.
Myślę, że przeceniamy skalę przemian światopoglądowych i obyczajowych, które dotyczą głównie wielkomiejskiej klasy średniej. Wyleczyłam się z mniemania, że żyjemy w tej światłej części świata, w której prawa kobiet nieuchronnie idą do przodu. Jesteśmy raczej w trakcie konserwatywnego zwrotu, który bardzo głęboko podzielił polskie społeczeństwo. Istnieje zupełnie inna, ultrakonserwatywna opowieść.

O czym?
O katastrofie cywilizacyjnej, która nastąpiła w latach 60., kiedy to w chrześcijańskim świecie rozgościła się rewolucja seksualna. Ultrakonserwatyści twierdzą, że to był upadek Zachodu – a ich walka z „ideologią gender” to misja ratownicza. Mam tu na myśli duże międzynarodowe ruchy, których Ordo Iuris jest zaledwie małą wypustką. Nigdzie nie jest powiedziane, że to my – feministki i feminiści – mamy rację w sensie historycznym. Oni mogą wygrać, bo są zwyczajnie skuteczni.

Nie brzmi to dobrze.
Europa Wschodnia jest teraz pod ogromnym obstrzałem ultrakonserwatystów, którzy są w ewidentnym sojuszu z putinowską Rosją. W Polsce możemy na bardzo długo znaleźć się w orbicie ich wpływów. Wtedy o żadnym postępie nie będzie już mowy. Za jakiś czas może się okazać, że ruchy kobiece, emancypacyjne czy walczące o prawa osób LGBTQ były tylko krótkim epizodem w historii patriarchatu, przynajmniej w tej części świata.

Przejdźmy do samej książki. Po latach niezwykle interesujący wydał mi się esej dotyczy kampanii prezydenckiej Hanny Gronkiewicz Waltz – tak niespójnej i momentami absurdalnej, że chyba nie powinno dziwić to, że zakończonej spektakularną klęską.
Jestem przywiązana do tego tekstu i myślę, że jest on trafnym świadectwem minionej epoki, choć to w niego najostrzej próbowała ingerować korekta.

Dlaczego?
Używam w nim sformułowania „pani prezes”, bo tak do Hanny Gronkiewicz-Waltz zwracano się w czasie kampanii wyborczej. Korekta chciała to przeprawić na „prezeskę”. Dla mnie sednem sprawy było jednak to pęknięcie, także w warstwie językowej – tu prezes, tu prezydent, a tu pani Hania. Wyszła z tego pokraczna hybryda, stąd tytuł: „Żelazna mama”. To nie jest tekst wymierzony przeciwko Hannie Gronkiewicz-Waltz, to raczej satyra na ówczesną polityczność, która z jednej strony otwiera się na kobiety, a z drugiej, kompletnie sobie z ich kobiecością nie radzi.

Czy przez te 20 lat to się zmieniło?
Tak, dopracowaliśmy się wzorca kobiecości w polityce, a także zrozumienia słowa seksizm.

Tzn.?
20 lat temu rubaszność, paternalizm, wyśmiewanie znaczenia kobiet, zbywanie wszelkich ich wypowiedzi dotyczących równości przaśnymi żartami – to była norma. Nie nazywano tego seksizmem. Co najwyżej pojawiało się słowo chamstwo. Kwestia płci się przez te dwie dekady upolityczniła.

Kiedy dokładnie?
Prawdopodobnie podczas pierwszych rządów PiS-u. Wtedy nacjonaliści upolitycznili homofobię i zapragnęli wpisać zakaz aborcji do Konstytucji. Stało się jasne, że stosunek do kwestii płci i seksualności jest linią podziału w wojnach kulturowych. To był przedsmak tego, co dzisiaj nazywa się wojną z gender.

Nikt tak jeszcze tego nie nazywał…
Nieśmiało to słowo pojawiało się jako demon. Dla konserwatystów było ono jednoznacznie połączone ze zgniłym liberalizmem, Zachodem, Unią Europejską, do której dopiero co weszliśmy, a już prawica zaczęła się zastanawiać, jak nas z niej wypisać. Prawa kobiet i środowisk LGBTQ były kluczowe w tej rozgrywce.

Agnieszka GraffFot. Emilia OksentowiczAgnieszka Graff

W międzyczasie pojawiła się inicjatywa Kongresu Kobiet…
To był przełom, jeśli chodzi o kreowanie wizerunku kobiet w polityce. Kongres wprowadził kwoty, przekonał do nich znaczną część społeczeństwa. Tam się dużo o tym dyskutowało. Były też szkolenia.

Partie polityczne zwróciły uwagę, że kobiety mogą być świetnym elementem gry politycznej i zaczęły to wykorzystywać. Koalicja obywatelska w ostatnich wyborach prezydenckich wystawiła Małgorzatę Kidawę-Błońską, ale znów coś poszło nie tak. Dlaczego?
To była niewłaściwa osoba i niewłaściwy model kobiecości.

Dlaczego?
Bo była panią z dworku, dystyngowaną damą, która miała wspaniałych przodków i w tej targanej wojnami kulturowymi Polsce miała zaprowadzić spokój. To brzmiało fałszywie, irytowało, a nie przyciągało wyborców. Inny problem, na który zwracają uwagę socjolożki – kobietom najczęściej brakuje politycznego zaplecza. Mężczyźni działają zespołowo, a kobiety są dość osamotnione.

Pani już 20 lat temu zwracała uwagę, że dla prawicy kobiety też były elementem politycznej gry - w retoryce dotyczącej prawa aborcyjnego wcale nie chodziło ani o nie, ani o płody, ale o to, aby pokazać, że nie utożsamiamy się z wartościami Unii i zgniłego Zachodu. Czy wyrok Trybunału Julii Przyłębskiej to kolejny jej etap?
Prawica cały czas gra w to samo. Tworzy sytuację, w której polska tożsamość narodowa ma się automatycznie kojarzyć z obyczajowym konserwatyzmem i oporem wobec równości płci i osób LGBTQ. Przez ostatnie 20 lat niewiele osób potrafiło ten mechanizm nazwać i mu się przeciwstawić. Wszystkie formacje polityczne do czasu Wiosny i Razem ulegały Kościołowi. Uznano, że świeckie państwo tu się nie może udać. Tymczasem Kościół skręcił na prawo, stał się sojusznikiem nacjonalistycznej prawicy.

A co z liberalną lewica?
Strona liberalno-lewicowa zbyt długo była ślepa na kwestie płci. W epoce schyłkowej komuny w ogóle nie było namysłu nad tym, że połowę społeczeństwa stanowią kobiety i że ich prawa są częścią procesu demokratyzacji. Wręcz przeciwnie – ludzie opozycji, którzy mieli osobiście lewicujące poglądy, byli gotowi całą tę sferę oddać Kościołowi w zamian za poparcie dla transformacji. Ten zaprojektowany przez Michnika „dialog” lewicy z Kościołem oznaczał oddanie mu walkowerem praw kobiet. I tak było przez cały okres transformacji.

Co teraz?
Teraz wszyscy obudziliśmy się z przysłowiową ręką w nocniku, czyli pod rządami prawicowych populistów w sojuszu z Kościołem zdominowanym przez ludzi pokroju biskupa Jędraszewskiego i ojca Rydzyka. I zastanawiamy się, co tu się wydarzyło. Moja książka jest próbą opowiedzenia tej historii z kobiecej perspektywy – ówczesnej i późniejszej. Liczę się z tym, że część elit transformacyjnych nigdy tej opowieści nie uzna. Nie przyznają, że popełnili błąd, oddając Kościołowi nie tylko prawa kobiet, ale i edukację moralną społeczeństwa. Chciałabym, by moja opowieść trafiła przynajmniej do młodej polskiej lewicy.

A ona jeszcze istnieje? Sondaże raczej jej nie służą.
Lewica rozumiana jako partie polityczne jest w permanentnym kryzysie. Natomiast lewicowość jako pewien typ wrażliwości, sposób rozumienia świata, zestaw priorytetów i opowieść o przemianach historycznych jest dużo bardziej częścią debaty publicznej niż była przez ostatnie 20-30 lat. Młoda polska inteligencja 20 lat temu była z automatu neoliberalna, wolnorynkowa i jeśli nie „kościółkowa” to przekonana, że kwestie związane z religią nie mają większego znaczenia, bo najważniejsza jest budowa polskiego kapitalizmu. Dzisiaj ludzie z tych samych środowisk mają zupełnie inaczej poukładane w głowie. I jeśli PiS nie pogrąży nas w polskiej wersji „orbanizmu” na najbliższe dziesięciolecia, to stworzą jakąś formację polityczną. Póki co, są aktywni nie tylko w partiach, ale też w ruchach społecznych.

Nie obawia się Pani, że ich energia szybko się wypali? W latach 90. kompromis aborcyjny się kobietom nie podobał, ale w pewnym momencie poczuły się już tym zmęczone i ustąpiły. Teraz po pierwszej fali ogromnych protestów w całej Polsce znów wszystko przycichło. Dodatkowo ludzie są zmęczeni pandemią, mają wiele osobistych problemów.
Żadna rewolucja nie trwa wiecznie, a teraz jesteśmy w fazie postrewolucyjnej, której towarzyszy smutek, wypalenie i ostre wewnętrzne konflikty. Jednak to, co się wydarzyło w listopadzie i grudniu będzie miało trwały wpływ na świadomość młodych ludzi. To jest doświadczenie formacyjne tego pokolenia. Młodzi z jednej strony żyją w Unii, podróżują, a z drugiej strony maja na głowie panów z Ordo Iuris. Przełom, który nastąpił, trochę na wyrost nazywano „rewolucją”, ale z tego gwałtownego buntu coś wynika. Nieodwracalnie zmienił się stosunek młodych do Kościoła Katolickiego - przestał on być niekwestionowanym źródłem autorytetu moralnego.

A co ze Strajkiem Kobiet?
Wierzę, że jest już trwałym bytem na polskiej scenie politycznej i społecznej. Masowe wyjście ludzi jesienią na ulice było pewną efemerydą, później były kolejne akcje protestacyjne, na które przychodziło już po kilkaset osób. Ale Strajk Kobiet to jest już instytucja, te kobiety wiedzą, co robią.

Co by doradziła Pani młodej Agnieszce Graff, która zasiadała do pisania „Świata bez kobiet”?
Urok tej książki w dużej mierze wynika z mojej ówczesnej niewiedzy. Została napisana przez bardzo młodą osobę, która głęboko wierzy w polską demokrację. Taką na modłę zachodnią, tylko sympatyczniejszą, cieplejszą. Po długiej nieobecności bardzo świadomie wróciłam do Polski, by tu budować ten nowy, lepszy porządek. Gdybym teraz z całym swym pesymizmem zaczęła udzielać porad ówczesnej sobie, to wszystko bym popsuła.

Rozmawiała Anna Dobrowolska.

***

Agnieszka Graff – profesorka w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego, badaczka feminizmu i ruchów anti-gender. Członkini rady programowej stowarzyszenia Kongres Kobiet. Publicystka, felietonistka i pisarka. Nowe, poszerzone wydanie książki „Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym” z 2001 r. ukazało się nakładem wyd. Marginesy.

Książka „Świat bez kobiet” jest dostępna pod tym adresem.

Reklama

Czytaj także

Kraj

Fundusz Odbudowy. Po co lewicy romans z PiS?

Inicjatywa i sprawczość. Na dźwięk tych słów politycy polskiej opozycji tracą rozum. Nie tylko lewicy zresztą.

Łukasz Lipiński
27.04.2021
Reklama