Kultura

Tomek na spalonej ziemi

„Tomek na Alasce”. Po latach wraca cykl Szklarskiego

Szkic powieści o przygodach młodego Wilmowskiego na Alasce znajdował się w pozostawionych przez pisarza notatkach. Szkic powieści o przygodach młodego Wilmowskiego na Alasce znajdował się w pozostawionych przez pisarza notatkach. Mirosław Gryń / Polityka
Premiera nowej powieści o Tomku Wilmowskim nie dziwi – w końcu kultura żywi się takimi reliktami przeszłości. Tylko czy ten cykl można dziś uznać za pożywny?
Dziś proza Szklarskiego coraz bardziej wydaje się pomnikiem postkolonialnej mentalności, marzeń o podboju świata i zaprowadzeniu ładu na wzór cywilizacji europejskiej.materiały prasowe Dziś proza Szklarskiego coraz bardziej wydaje się pomnikiem postkolonialnej mentalności, marzeń o podboju świata i zaprowadzeniu ładu na wzór cywilizacji europejskiej.
Bohaterowie „Tomka na Alasce” pióra Macieja Dudziaka zyskali nową świadomość. Częściej zdają sobie sprawę z krzywd, jakie europejscy kolonizatorzy wyrządzili ludziom i przyrodzie.materiały prasowe Bohaterowie „Tomka na Alasce” pióra Macieja Dudziaka zyskali nową świadomość. Częściej zdają sobie sprawę z krzywd, jakie europejscy kolonizatorzy wyrządzili ludziom i przyrodzie.

Tomek Wilmowski wraca, choć już chyba nikt na niego nie czekał. Wydawało się, że w historii polskiej kultury to zamknięty rozdział. Twórca postaci Alfred Szklarski zmarł w 1992 r., trzy lata później ukazał się jeszcze dziewiąty tom cyklu „Tomek w grobowcach faraonów”, napisany na podstawie notatek autora przez jego przyjaciela księdza Adama Zelgę. Tymczasem po ćwierćwieczu Tomek z przyjaciółmi wyruszają na kolejną wyprawę – tym razem na Alaskę.

Dla zagorzałych wielbicieli Szklarskiego ten kierunek podróży nie będzie zaskoczeniem: szkic powieści o przygodach młodego Wilmowskiego na Alasce znajdował się w pozostawionych przez pisarza notatkach. Na fabułę zamienił je Maciej J. Dudziak, antropolog, kulturoznawca, a także autor kryminału „Mesjasz. Rękopis zbrodni”. W „Tomku na Alasce” tytułowy bohater wraz ze swoją żoną Sally i przyjacielem kapitanem Tadeuszem Nowickim płyną na północ, by wziąć udział w wyprawie badawczej, lecz zamiast tego angażują się w poszukiwania zaginionej grupy naukowców, a serii zdarzeń, które staną się ich udziałem – od bliskiego spotkania z górą lodową po pożar na pokładzie sterowca – nie powstydziłby się porządny film katastroficzny. Powieść Dudziaka to zgrabna mimikra literackiego stylu Szklarskiego. Wielkiej przygodzie towarzyszy solidna dawka encyklopedycznej wiedzy i patriotycznych opowieści o dokonaniach polskich odkrywców, podobnie jak w oryginale podana zresztą w nieznośnie manieryczny sposób. Szybką akcję uzupełniają deklaratywne dialogi (Sally: „Przecież w mojej rodzinnej Australii są Góry Strzeleckiego, które odkrył i opisał Polak, Strzelecki”), przywodzące na myśl raczej nudne lekcje niż powieść przygodową.

Sam pomysł kontynuacji serii nie jest niespodzianką. Współczesna popkultura żywi się reliktami przeszłości, czego dowodem mogą być kolejne adaptacje przygód Kajka i Kokosza, żywotny mit Hansa Klossa czy cykl powieści o Panu Samochodziku, kontynuowany po śmierci Zbigniewa Nienackiego przez innych autorów (do dziś powstało ponad 150 tomów). Zresztą kultura masowa już wcześniej sięgnęła po stworzoną przez Szklarskiego postać. Wilmowski jako dobiegający pięćdziesiątki agent polskiego kontrwywiadu pojawia się w historycznym thrillerze Michała i Małgorzaty Kuźmińskich „Sekret Kroke”. Był również bohaterem parodystycznego „Tomka w poszukiwaniu Tomka na piętach Smugi”, napisanego przez związanego z Totartem Artura Kozdrowskiego. Ale powrót Wilmowskiego jako bohatera powieści dla młodzieży jest problematyczny, i to nie ze względu na dydaktyczną nudę ani nawet czarne karty w życiorysie autora, który przez niemal cały okres okupacji hitlerowskiej współpracował z gadzinówkami, publikując powieści sensacyjne w odcinkach (w 1949 r. został za to skazany na kilka lat więzienia, choć – gdy sprawa wyszła na jaw już po jego śmierci – rodzina utrzymywała, że Szklarski podjął pracę na zlecenie Armii Krajowej).

Rycerze w dżungli

W PRL Alfred Szklarski należał do najpoczytniejszych twórców literatury młodzieżowej. W połowie lat 80. nakład jego książek – serii o Tomku oraz indiańskiej trylogii „Złoto Gór Czarnych” – osiągnął blisko 6,5 mln egzemplarzy. W czasach, gdy codzienna rzeczywistość – zwłaszcza z miejskiej perspektywy – miała kolor błota i betonu, a egzotyczne kraje oglądało się na ekranie telewizora w czerni i bieli, te książki pobudzały wyobraźnię. O swojej młodzieńczej fascynacji przygodami Tomka mówili m.in. Jacek Podsiadło i Anna Nasiłowska. Podobno Włodzimierz Czarzasty zdobył dla wydawnictwa Muza (którego był wówczas prezesem) prawa do publikacji serii, odpowiadając na trzy zadane przez pisarza pytania dotyczące jego książek.

„Tomki” wznawiane są do dziś, choć nie budzą już emocji. Elżbieta Dutka z Uniwersytetu Śląskiego pisała w kontekście książek Szklarskiego o „egzotyzmie utraconym”. Gdy powieści o Wilmowskim ukazywały się po raz pierwszy (w latach 1957–67 wydano siedem części cyklu, ósma powstała dopiero w 1987 r.), dla większości czytelników nieosiągalna była wyprawa do Londynu, gdzie mieszkał młody bohater, nie mówiąc już o Australii, Afryce czy Dalekim Wschodzie. Warto zresztą przypomnieć, że Szklarski nie podróżował po dalekich krajach. Z własnego doświadczenia znał jedynie Stany Zjednoczone (urodził się w Chicago w 1912 r., do Polski przyjechał dopiero jako szesnastolatek), a wiedzę na temat geografii i przyrody czerpał ze sprowadzanych z Zachodu publikacji naukowych i czasopism. Z dzisiejszej perspektywy nawet odległe cele nie wydają się aż tak niedosiężne. „Turystyka, podobnie jak gwałtownie przyspieszony obieg informacji, skutecznie unicestwia egzotyzm wielu miejsc” – zauważała Elżbieta Dutka, sugerując jednocześnie, że dla współczesnych czytelników atrakcyjna może być wizja podróży retro – bez komórek, kart kredytowych i nowoczesnych udogodnień – dostępna wyłącznie w wyobraźni.

Jednak owa retrostylistyka jest jednocześnie największym problemem prozy Alfreda Szklarskiego, która czytana po latach coraz bardziej wydaje się pomnikiem postkolonialnej mentalności, marzeń o podboju świata i zaprowadzeniu ładu na wzór cywilizacji europejskiej. Szklarski był co prawda wyczulony na krzywdę ludów podbijanych przez białego człowieka, a niewolnictwo, handel ludźmi czy rezerwaty, w których umieszczano rdzennych Amerykanów, uważał za hańbę dla ludzkości, ale jednocześnie, opisując „innego”, często posługiwał się uproszczeniami i krzywdzącymi stereotypami. A Tomek Wilmowski i jego kompania jawią się zazwyczaj jako biali zbawcy, stający w obronie uciśnionych, niosący kaganiec oświaty i cywilizacji. Anna Nasiłowska dostrzegała w bohaterach powieści Szklarskiego wyobrażone wzorce rycerskie. „Polscy inteligenci, ludzie honoru. Wszyscy trzej [Tomek, jego ojciec oraz podróżnik Jan Smuga – przyp. red.] świetnie strzelają, nie łamią danego słowa, są solidni, odpowiedzialni i można na nich polegać w każdej sytuacji. (…) To ludzie traktujący z powagą krajowców we wszystkich stronach świata, starający się zrozumieć inne kultury” – pisała na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Tyle że ta próba zrozumienia często podszyta jest z trudem ukrywanym poczuciem wyższości.

Jak zabić krokodyla

„Sambo kocha dużego i małego buanę. Sambo kocha też psa, bardzo dobrego psa” – ekscytuje się młody Afrykańczyk, ocalony przez Tomka, bosmana Nowickiego i wiernego psa Dingo z rąk handlarza niewolników w powieści „Tomek na Czarnym Lądzie”. Chłopiec staje się maskotką wyprawy, a Szklarski opisuje go niczym bohatera slapstickowej komedii, który posługuje się łamaną angielszczyzną i obżera mięsem upolowanych zwierząt, a na polecenie Tomka niesie polską flagę na czele przemierzającej dżunglę karawany. Ów odpowiednik Sienkiewiczowskiego Kalego nie jest tu wyjątkiem. W świecie opisywanym przez Szklarskiego czarni Afrykanie to ludy, na których cywilizacyjne zapóźnienie patrzy się z mieszaniną rozbawienia i nieznośnego paternalizmu. Zdaniem białych podróżników „Murzyni nie potrafią trzymać języka za zębami”, Afryka zaś to „najbardziej plotkarski kontynent świata”. Zatrudnionych do pomocy tragarzy nieraz trzeba zmuszać do pracy groźbą fizycznej kary (choć ojciec Tomka zarzeka się: „Nie lubię używać siły w stosunku do krajowców”, łaskawy pan), w dodatku najmici często uciekają, zostawiając białych pracodawców na pastwę losu. Nawet Masajów, przez Szklarskiego traktowanych jako plemię elitarne, nakłania się do współpracy za pomocą tandetnych sztuczek, wykorzystując ich wiarę w to, co nadprzyrodzone.

Na tle wykształconych i roztropnych bohaterów wyróżnia się bosman (a później kapitan) Nowicki – postać z Tomkowego panteonu najciekawsza, najbarwniejsza i najbardziej ludzka. A jednocześnie najbardziej kontrowersyjna, bo część jego uwag mogłaby dziś pojawić się w postaci hejterskich komentarzy na Facebooku. „Bugandczyki zegarków nie mają (…) przecież takimi grubymi paluchami nie można złożyć drobnych części zegarka”. „Niczego sobie uczta, tylko dlaczego te baby są takie brzydkie? A głowy to golą do gołej skóry pewno dlatego, żeby mieć mniej kłopotu z myciem i czesaniem”. „Ten księżulo [buddyjski mnich w „Tajemniczej wyprawie Tomka” – przyp. red.], chociaż pachnie jak perfumeria, chyba rzadko się myje. Popatrz, jak mu gęba błyszczy”.

Nowicki – chłopak z warszawskiego Powiśla, co lubi podkreślać – jawi się jako człowiek, dla którego każdy tubylczy lud jest prymitywny, ludożerczy lub łasy na błyskotki, choć jednocześnie to on najczęściej staje do walki w obronie uciśnionych. Jego uprzedzenia mają w prozie Szklarskiego cel dydaktyczny: zadziwienie Nowickiego obcą kulturą zostaje wreszcie zastąpione uznaniem i szacunkiem dla niej. Trudno jednak uniknąć wrażenia, że gdyby bosman naprawdę komentował facebookowe posty, często zaczynałby od przeklętej mantry „Nie jestem rasistą, ale…”.

Problematyczny w powieściach Szklarskiego jest również stosunek bohaterów do przyrody. Poznajemy ich jako ludzi łowiących egzotyczne okazy na zlecenie Carla Hagenbecka, który sprzedawał je do europejskich ogrodów zoologicznych. Ale do dzikich zwierząt strzela się nie tylko po to, by zaspokoić głód lub ocalić życie, lecz dla trofeów: skór, ciosów i poroży, które można pokazywać spragnionej rozrywki gawiedzi w cywilizowanych krajach. Szklarski nie stronił przy tym od dość naturalistycznych opisów polowań. „Bosman nie spudłował, mierzył spokojnie w zad. Od razu też unieszkodliwił zwierzę. Trafiony w kręgosłup olbrzymi lew kręcił się teraz jak bąk”. Albo: „Krokodyl biegnący najbliżej łowców kłapnął szczękami, po czym zarył się paszczą w piach. Lekko poruszał jeszcze ogonem, potem znieruchomiał. (…) – Piękny strzał – pochwalił Hunter. – Kula przeszła przez dołek skroniowy i trafiła w mózg” (oba przykłady z „Tomka na Czarnym Lądzie”).

Tomek pisze co prawda w liście do Sally, że nie odczuwa „wielkiego zadowolenia, strzelając do dzikich zwierząt”. Jego wyrzuty sumienia towarzysze podróży kwitują jednak wzruszeniem ramion. Dopiero z czasem ich stosunek do żywych istot się zmienia: w „Tomku na tropach Yeti” Wilmowski senior wprost opowiada się przeciwko polowaniom „bez uzasadnionej przyczyny”, dodając: „My po prostu kochamy zwierzęta”.

Bandycka Ameryka

Pisząc „Tomka na Alasce”, Maciej Dudziak musiał wziąć na swoje barki cały ten ciężar, a zarazem spróbował dostosować opowieść w stylu retro do wrażliwości i potrzeb współczesnych czytelników. Nie udało się wprawdzie wprowadzić wątków feministycznych, bo kobiety w książkach Szklarskiego odgrywały niemal wyłącznie ozdobno-motywacyjną rolę (kogoś trzeba ratować i komuś imponować), ale i tak wydaje się, że bohaterowie „Tomka na Alasce” zyskali nową świadomość. Częściej zdają sobie sprawę z krzywd, jakie europejscy kolonizatorzy wyrządzili ludziom i przyrodzie.

Wilmowski żałuje pracy dla Hagenbecka, bo ten sprowadzał do Europy nie tylko zwierzęta, ale i ludzi, zmuszonych do występów w cyrku lub pokazywanych w ogrodach zoologicznych. „Przyjeżdżamy do jakiegoś dalekiego kraju, łowimy dzikie zwierzęta, nazywamy miejscowych egzotycznymi, a przecież to my jesteśmy… egzotyczni dla tych miejsc i ludności tubylczej. Nie szanujemy ich praw, odbieramy ziemię, zamykamy w rezerwatach, zakazujemy wiary we własnych bogów, a w najlepszym razie obwozimy po Europie, pokazując, jak jakieś dziwolągi ku uciesze publiki. A wszystko to w imię tego, że wymyśliliśmy sobie, że jesteśmy od wszystkich lepsi, a po sobie zostawiamy (…) tylko spaloną ziemię” – mówi z goryczą młody bohater.

Zniknęły opisy krwawych polowań, nawet Nowicki z odrazą wspomina rzeź wielorybów, której kiedyś był świadkiem. Ulatnia się poczucie europejskiej wyższości wobec innych kultur. „Ameryka Północna w kształcie, w jakim ją znamy, wyrosła z bandyckiego podboju ziem należących do tubylców, przyniesionych tu chorób oraz niewolników z Afryki” – mówi jeden z drugoplanowych bohaterów. Na pełną oburzenia sugestię: „Pan, zdaje się, podważa cały dotychczasowy porządek świata”, odpowiada z przekonaniem: „Nic podobnego! Stwierdzam fakty”.

Finał powieści otwiera przed bohaterami drogę do dalszych podróży. Jeśli Maciej Dudziak zdecyduje się na napisanie kolejnego „Tomka”, być może będzie mógł odejść jeszcze dalej od wypracowanego przez Szklarskiego wzorca. W końcu akcja toczy się w 1913 r., nadciągają już wielkie wydarzenia, które naruszą imperialne status quo i przyniosą kres kolonializmu, choć z jego długofalowymi skutkami świat będzie się borykać jeszcze z górą sto lat później.

***

Maciej J. Dudziak, Alfred Szklarski, Tomek na Alasce, wyd. Muza, Warszawa 2021

Polityka 19.2021 (3311) z dnia 04.05.2021; Kultura; s. 83
Oryginalny tytuł tekstu: "Tomek na spalonej ziemi"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Skąd się wzięła niemiecka dokładność

Z dziejów niemieckiej dokładności. Czyli skąd się wzięła? Jest faktem czy trochę mitem?

Tomasz Targański
25.09.2021
Reklama