Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Kultura

Choroba dwubiegunowa

Aleksandra Terpińska, laureatka Paszportu POLITYKI, o swoim filmie „Inni ludzie”

Aleksandra Terpińska Aleksandra Terpińska Leszek Zych / Polityka
Kino bywa formą społecznej terapii, choć nie na taką skalę, jakbym chciała – mówi Aleksandra Terpińska, laureatka Paszportu POLITYKI za film „Inni ludzie”.
„Inni ludzie”, reż. Aleksandra Terpińska.materiały prasowe „Inni ludzie”, reż. Aleksandra Terpińska.
Dziękujemy partnerowi kategorii Film.materiały prasowe Dziękujemy partnerowi kategorii Film.
Polityka
Polityka
Polityka

JANUSZ WRÓBLEWSKI: – Pięć lat temu w półgodzinnej etiudzie „Najpiękniejsze fajerwerki ever” przedstawiła pani swoją wizję wojny domowej w Polsce. Już wtedy miała pani przeczucie, że świat zmierza w stronę katastrofy?
ALEKSANDRA TERPIŃSKA: – Tamten film powstał w odpowiedzi na pacyfikację demonstracji na Majdanie. Mieliśmy wtedy wszyscy w sobie ogromny niepokój i nagle wojna stała się czymś bliskim i realnym. W nieporównywalnie większej skali doświadczamy tego teraz. Niepewność jutra, bezsensowna przemoc i niebywała postawa Ukraińców – to tematy, którymi żyjemy, od kiedy Putin zaatakował Ukrainę. Ten film był odbiciem moich lęków, które wróciły ze zdwojoną mocą.

„Inni ludzie” to też film o wojnie?
Bardziej o wojenkach międzyludzkich, ale też społecznych, klasowych. Bo raz zasiana nienawiść krąży. Nie rozmywa się, tylko przenosi na inne obiekty. Krzywda domaga się zemsty. Osoba zraniona chce się odegrać, choćby podświadomie, krzywdząc słabszych od siebie.

Kto tę nienawiść sieje?
Inni ludzie. Rachunek sumienia trzeba jednak zaczynać od siebie. Bo na siebie mamy największy wpływ. Po to m.in. robię filmy, żeby zadać takie pytania.

Wiadomo, że kino nie zmieni biegu historii, wierzy pani, że jest w stanie zmienić czyjeś myślenie?
Sztuka jest niezbędnym elementem rzeczywistości. Powinna przemawiać takim językiem, byśmy mogli tę rzeczywistość jakoś uporządkować, głębiej przeżywać świat, a nawet przetworzyć. Kino bywa formą społecznej terapii, choć nie na taką skalę, jakbym chciała. Dzięki filmom uświadamiamy sobie wyparte treści, rozumiemy więcej.

Pani kino działa terapeutycznie, ale nie przynosi pocieszenia. Dotyka mroku.
Mimo że moje filmy przynoszą depresyjną wizję rzeczywistości, nie są chyba aż tak strasznie dołujące. Z pewnością nie są pozbawione humoru. A to, że umożliwiają przeżycie czegoś mocnego i brutalnie konfrontują ze złem, prowadzi, mam nadzieję, do jakiegoś rodzaju katharsis.

W jednym z wywiadów Dorota Masłowska powiedziała, że Polska jest mężczyzną głupim, młodym i silnym. I że napisała „Innych ludzi” niemal w stanie depresji. Z przerażenia.
Myślę, że miała na myśli sytuację sprzed chwili, gdy władza napinała muskuły, aby odebrać kobietom podstawowe prawa człowieka. Jako kobiety czułyśmy się w tym kraju nieświetnie.

Pani też chorowała na Polskę, robiąc ten film?
Chyba wszyscy jesteśmy chorzy na Polskę. Tego się nie pozbędziemy. Ciężko żyć w kraju z tak trudną historią, gdzie rządzący forsują jednoznaczną wizję przeszłości, często wbrew logice i faktom, zapominając o jej ciemnych stronach. Czuję złość na to, co się tu dzieje i w jakim kierunku zmierzamy, z drugiej strony jest chęć pozostania, bycia i tworzenia, bo wyrośliśmy w tym miejscu i je kochamy. To choroba dwubiegunowa.

I nie jest to wyłącznie polska specyfika.
Problem polega na tym, czy jesteśmy w stanie przyznać się do błędów i za nie przeprosić. A Polacy z tym właśnie mają największy kłopot. Dlaczego? Nie wiem. Nie jestem specjalistką. To nigdy nie jest proste. Każdy naród ma swoje za uszami i musi coś przepracować, zmierzyć się z ciemnymi stronami własnej historii.

Jaką właściwie diagnozę stawia pani w „Innych ludziach”? Polska to kraj niedojrzałości, fałszywych wartości, złudnej wspólnoty?
Wolałabym nie mówić, że to jest film o Polsce. Bardziej o ludziach zapatrzonych w nie swoje marzenia, szukających miłości nie tam, gdzie trzeba. Oni chcą coraz więcej, a nie dają z siebie nic. Wszędzie można takich spotkać.

U Masłowskiej jest kpina z klasy średniej i nobilitacja dresiarzy. Korpo-Polska kontra Polska B.
Raczej chodzi o ból wywołany kontaktem z samym sobą. Jądrem „Innych ludzi” jest pragnienie posiadania więcej i lepiej. Pustka, której nie da się ukoić i niczym wypełnić. Ambicja połączona z brakiem wysiłku, by pójść wyżej niż tam, gdzie się jest. Takie dziobanie kur w kurniku. Nie dostrzega się innych, a widzi się tylko własne niezaspokojone potrzeby.

Czym jeszcze uwiódł panią tekst Masłowskiej?
Sprawnością języka, przywiązaniem do detalu. Skupiając się na drobiazgu, Dorota potrafi bardzo celnie oddawać i metaforyzować złożone sytuacje. No i jeszcze unikatową, niefilmowalną formą, która przysporzyła mi ogromnych kłopotów realizacyjnych. Ale lubię wyzwania.

Dlaczego Masłowska karkołomną misję sfilmowania niefilmowalnego tekstu powierzyła pani, debiutantce?
Gdy podesłała mi niewydany jeszcze tekst, przez myśl mi nie przeszło, że może się kryć za tym propozycja wyreżyserowania go. Sądziłam, że dała mi „Innych ludzi” do przeczytania dla czystej przyjemności. Ona jednak od początku wymyśliła sobie, że powinnam to być ja. Bardzo się jej podobały „Najpiękniejsze fajerwerki ever”. Okazało się, że pokoleniowo i ludzko też blisko nam do siebie. Urodziłyśmy się niemal tego samego dnia. Zadziałała jakaś intuicja. Potem było dużo rozmów. Jestem fanką Doroty. Wychowałam się na jej prozie. Nie chciałam niczego zepsuć. I choć od strony samego rzemiosła oraz doświadczenia reżyserskiego czułam się na to wyzwanie gotowa, miałam sporo obaw.

Jaką rolę wyznaczyła pani Masłowskiej przy realizacji „Innych ludzi”?
Ona nie chciała brać udziału w pracach nad scenariuszem. Gdy miałam wątpliwości, dopytywałam ją, co myśli o tym czy o tamtym. Ale już przy wyborze muzyki zależało mi, aby to była nasza wspólna decyzja. Ona słyszy najlepiej rap, który sama pisze. Tak że gdy do naszego zespołu dołączył kompozytor muzyki – Auer – wysyłaliśmy bity Dorocie i ona rapowała na próbę, i nagle okazywało się, że na styku tych naszych trzech wrażliwości powstawały niesamowite rzeczy.

Scenariusz był dopasowywany do ścieżki dźwiękowej czy na odwrót?
Piosenki były integralną częścią scenariusza. Dialog płynnie przechodził w partie wokalne, czasami z podziałem na role. Dopóki nie było muzyki, nie dało się sprawdzić, czy tekst „siada” na bicie. Ale już ją mając, Dorota robiła drobne korekty dopasowujące tekst do rytmu melodii – jeśli tylko była taka potrzeba.

Kto wpadł na pomysł, aby urealistycznić wizję Masłowskiej?
To był mój pomysł, który ewoluował w kierunku nadrealizmu. Nieoderwanego zbytnio od rzeczywistości. Nie chciałam, by film przypominał groteskowy komiks przeładowany skeczami. Zależało mi, aby znaleźć się bliżej poezji niż kampu.

Wyszedł hiphopowy poemat, rapowy musical – kompletna egzotyka jak na polskie warunki. Jak się pani czuła w roli pionierki nowego gatunku?
Podręcznika, jak zrobić ten film, nie było – śmieje się Dorota. Przed wejściem na plan musieliśmy wiele razy sprawdzać, co działa, a co nie. Aktorzy mają swój rytm grania, a dramaturgia „Innych ludzi” wymagała jednolicie szybkiego tempa, dlatego czasem moją uwagą do aktorów było „grajcie bez pauz”, co było nienaturalne, ale na ekranie dobrze się sprawdza. Ani na moment nie wypadamy z rytmu.

Skąd pani to wszystko wiedziała?
Z prób i błędów. Przed realizacją uczestniczyłam w Szkole Wajdy w programie Ekran Plus. Mogliśmy gruntownie przećwiczyć dwie sceny, zdołaliśmy wyłapać słabe punkty. Szybko się okazało, że śpiewać muszą zawodowcy, nie aktorzy, tylko ci, którzy zajmują się rapem. Stąd pomysł, aby rolę narratora powierzyć Sebastianowi Fabijańskiemu, który w tym samym czasie nagrywał płytę. Po kilku tygodniach, w połowie zdjęć, w marcu, zatrzymała nas pandemia. Przestój trwał dłużej niż pierwszy lockdown, bo osiem miesięcy. W tym czasie udało mi się zmontować „na brudno” cały film, posługując się też nagraniami z prób i z castingów. Jeśli czegoś nie miałam, wstawiałam plansze. Po obejrzeniu całości odetchnęłam, bo okazało się, że mamy film. Niepewność zniknęła. Gdy wróciliśmy na plan, właśnie zaczynał się szczyt drugiej fali. Liczyłam się z tym, że jak zachoruję, będę reżyserować z domu, a jeśli zachoruje operator Bartek Bieniek, to on pokieruje zdjęciami na Zoomie. Na szczęście poszło gładko.

Co skłoniło amerykańskie studio Warner Bros. do zaangażowania się w produkcję „Innych ludzi”?
Warner postanowił wrócić do produkowania filmów w Polsce. Sama jestem zaskoczona, że wybrali tak odważny tekst, przełamujący stereotypy. Bardzo im za to jestem wdzięczna. W końcu to korporacja, a „Inni ludzie” to eksperyment.

Polski rap kojarzy mi się z epatowaniem gniewem, nienawiścią, generalnie ze złymi emocjami. Odpowiadało pani, że taką energię przenosi pani do filmu?
Jest znacznie więcej odcieni polskiego rapu, ale ta frustracja przelana na ekran to mój i Doroty wyraz wściekłości na rzeczywistość, w której żyjemy. Na niepewność jutra. Czy będę miała gdzie pracować, czym zapłacić rachunki, czy znajdę się w świecie, w którym będę chciała wychować dziecko. To są sprawy, które nie dają mi poczucia bezpieczeństwa. Właściwy gatunek na taki przekaz, nie sądzi pan?

ROZMAWIAŁ JANUSZ WRÓBLEWSKI

***

Aleksandra Terpińska (rocznik 1983) – reżyserka, scenarzystka, dokumentalistka, współautorka seriali, reklam i teledysków. „Inni ludzie” na podstawie książki Doroty Masłowskiej to jej pełnometrażowy debiut fabularny nagrodzony FIPRESCI w Tallinie oraz na festiwalu w Gdyni, m.in. za montaż, główną rolę męską (dla Jacka Belera) oraz właśnie za debiut. Film, dostosowując hiphopową poetykę do polskiego kina, w przewrotny sposób mówi o wzajemnej niechęci, ale i przyciąganiu się klas. Terpińska ukończyła reżyserię na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach oraz psychologię we Wrocławiu. Zrealizowana przez nią etiuda „Najpiękniejsze fajerwerki ever”, inspirowana „Przypadkiem” Kieślowskiego, została uhonorowana m.in. dwoma wyróżnieniami w Cannes.

Partnerem kategorii jest Województwo Kujawsko-Pomorskie

Polityka 12.2022 (3355) z dnia 15.03.2022; Paszporty POLITYKI 2021; s. 83
Oryginalny tytuł tekstu: "Choroba dwubiegunowa"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Gerhard Schröder, towarzysz Putina. Toksyczny związek na dobre i złe

Były kanclerz Gerhard Schröder, który wciąż nie wyrzekł się przyjaźni z gospodarzem Kremla, jest symbolem wszystkich niemieckich problemów z Rosją. Ale wcale nie najgorszym.

Marek Orzechowski
19.05.2022
Reklama