Kultura

Eurowizja 2024: triumf Szwajcarii, karnawał i zgrzyty. Polska ma lekcję do odrobienia

Nemo wygrywa tegoroczny konkurs Eurowizji, 11 maja 2024 r. Nemo wygrywa tegoroczny konkurs Eurowizji, 11 maja 2024 r. Leonhard Foeger / Forum
W Eurowizji Polacy uczestniczyli jako widzowie, a wygrała piosenka Nemo z nieistniejącego Bonda. Od zeszłego roku przewodnim hasłem finału jest „United by Music”, które w tym roku wybrzmiewało dość głucho z powodu napięć między zwolennikami Palestyny i Izraela.

Dzięki wyjątkowemu (i, nie ukrywajmy, podejrzanemu!) zbiegowi okoliczności finał Eurowizji odbył się w szwedzkim Malmö, akurat pół wieku po historycznym zwycięstwie Abby z jej przebojem „Waterloo” w 1974. Ludzie są pamiętliwi – Wielka Brytania dała wtedy szwedzkiej propozycji okrągłe 0 pkt, ale czasy się zmieniają – oto pozdrowienia z Londynu przesłał wiecznie młody zespół odziany w swoje wirtualne Abbatary, a wspominkowe „Waterloo” z archiwalnym nagraniem wykonały trzy divy: Szwedki Carola (zwyciężczyni z 1991) i Charlotte Perrelli (laureatka z 1999) oraz pochodząca z Austrii drag queen Conchita Wurst, która wygrała w 2014 (wykonaną na jej podobieństwo lalkę Barbie można zobaczyć w Muzeum Abby w Sztokholmie).

Muzyka jednoczy?

Od zeszłego roku przewodnim hasłem finału jest „United by Music”, które w tym roku wybrzmiewało dość głucho z powodu napięć między zwolennikami Palestyny i Izraela. Czy muzyka faktycznie może być – jak chcieli tego The Smiths – głośniejsza od bomb? „I don’t care, I love it” duetu Icona Pop („wali mnie to, kocham to”), odegrana w czasie przemarszu reprezentantów z flagami, miała dwuznaczny wydźwięk.

Nieprzyjemnym zgrzytem (z braku dokładnego wyjaśnienia incydentu widzom pozostawały domysły) była dyskwalifikacja kandydata Holandii – w finale zamiast 26 znalazło się 25 piosenek. To i tak dużo, kto nie słuchał ich wcześniej, żeby wysłać głos na swojego kandydata (widzowie mogli głosować w trakcie całej imprezy), na sam koniec mógł mieć niezły mętlik w głowie. Można było odnieść wrażenie, że w tym roku finał był wyjątkowo, cóż, eurowizyjny; zabrakło w tym karnawale jakiegoś większego złamania reguł, nawet niebinarna czarownica z Irlandii, która na TikToku odprawiała czary z naszą Luną, a na scenie rysowała pentagramy, za drugim razem wydawała się zupełnie oswojona. Może dlatego, że komentatorzy podkreślali, że to tylko teatr.

Symbolem finału mogłaby być Francja, która przysłała szansonistę Slimane – zaśpiewał piosenkę o miłości. Panadel Kloszard z książki dla dzieci „Dziki koń spod kaflowego pieca” uważał, że do porozumiewania się po francusku wystarczą trzy zwroty – mon ami, merci i merde. Do napisania hitowej piosenki najwyraźniej wystarczy zaś mon amour i je t’aime i każdy zrozumie, o co chodzi. To przewaga francuskiego nad innymi językami, które się tak nie umościły w zbiorowej świadomości. W ojczystych językach śpiewały m.in. przedstawicielki Ukrainy, Grecji (oprawa nawiązywała do internetowych transmisji), Hiszpanii czy Włoch. Zresztą – nie trzeba rozumieć słów, żeby zrozumieć piosenkę.

Do Europy tak, ale z naszymi niebinarnymi

Okrągła rocznica zwycięstwa „Waterloo” inspirowała do sięgania po archiwalne nagrania. Co za niewinne czasy, można by pomyśleć, patrząc na hopsających wykonawców w kolorach prosto z Legolandu; dzisiaj konkurs jest znacznie bardziej rozbisurmaniony.

Energicznemu występowi duetu z Hiszpanii towarzyszyły wypięte męskie pupy w stringach i kabaretkach, a Finlandia rozegrała klasyczny skecz, w którym wykonawca (rzekomo bez majtek) jest zasłaniany przez strategicznie umieszczone przedmioty. Olly Alexander z Wielkiej Brytanii, piosenkarz i aktor („Bo to grzech” nawiązujący tytułem do piosenki Pet Shop Boys serial o epidemii AIDS), do fantastycznego homoerotycznego pokazu zaprzągł figury bokserów. Sięgając po brzmienie z lat 80., pokazał, jak daleko zaszliśmy od czasów „Small Town Boy” Bronsky Beat. Powrotów do przeszłości było więcej – młodziutka przedstawicielka Cypru nawiązywała do stylu wczesnej Britney Spears (nie było jej wtedy jeszcze na świecie!).

Przeciwieństwem Bambie Thug, niebinarnej czarownicy z Irlandii, okazała się osoba niebinarna reprezentująca Szwajcarię. Nemo Mettler ma 25 lat, śpiewa, rapuje i gra na instrumentach. Zamiast mroku, krzyku, krwi i pentagramów – kurteczka z pastelowych kwiatów i krótka spódniczka jak z internetowej estetyki „soft”. Sama piosenka „The Code” (mam obowiązki polskie, więc wspomnę, że współprodukowali ją Polacy Wojciech Kostrzewa i Nikodem Milewski) okazała się eklektycznym połączeniem opery, rapu i piosenki z nieistniejącego filmu o Jamesie Bondzie. Dodać do tego imponujący występ na pochylonej, obracającej się platformie i nietrudno zrozumieć, dlaczego przyniosła zwycięstwo (i koronę sprezentowaną przez Bambie Thug).

Nóżka tupie, dusza śpiewa

Blisko podium byli też przedstawiciele Chorwacji, łączący muzykę industrialną w stylu Rammsteina z bliską sercu każdego wschodniego Europejczyka estetyką serwetek i koronek; pewnie jeszcze o nich usłyszymy, bo naśladujący gitarowy riff „RIm Tim Tagi Dim” zostaje w pamięci. To powinna być nauczka dla Polski – ułóżmy najpierw memiczny refren, a potem szukajmy reszty piosenki. Eurowizja to profesjonalne widowisko, dzięki multimedialnym ekranom i dekoracjom występy robiły wrażenie, ale ile z tego zostanie na dłużej? W zalewie bombastycznych pomysłów nawet najlepsza oprawa sceniczna nie robi już wrażenia; reprezentant Niemiec śpiewał w otoczeniu ognia, ale to nie pomogło rozpalić publiczności.

W najnowszym odcinku „Doktora Who”, który widzowie BBC mogli obejrzeć chwilę przed finałem konkursu Eurowizji (w Polsce dostępny jest na platformie „Disney+”), przez chwilę zaglądamy na alternatywną Ziemię, z której skradziono całą muzykę – to postapokaliptyczne pustkowie. Gdy zabrakło melodii, nie było co zrobić ze wszystkimi złamanymi sercami, zupełnie jak w piosence Abby – kto może bez niej żyć, czym jesteśmy bez piosenki i tańca? Nie wiem, czy tegorocznej Eurowizji udało się to przekonująco pokazać, ale przynajmniej okazało się, że do Malmö – jak Nemo – można dotrzeć ze Szwajcarii autostopem.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Seks bez zobowiązań: tylko dla dorosłych. Czy skłonność do „znajomości na raz” będzie rosnąć?

Do Polek i Polaków dociera, że można chodzić ze sobą do łóżka bez zobowiązań, bez stresu, dla chwili przyjemności. Zdaniem specjalistów takie podejście bywa niezwykle korzystne. Pod warunkiem że jest autentyczne (i pod kilkoma innymi).

Joanna Cieśla
19.07.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną