Biennale poza polityką. Tu wciąż liczy się sztuka. Co warto zobaczyć, czego unikać?
Przyjęło się, że każde Biennale ma swoje hasło przewodnie, zaproponowane przez kuratora imprezy. Na tyle pojemne, by dopuszczało różne poetyki i artystyczne wizje, ale jednak jakoś spajające sposób patrzenia na świat. Na przykład cztery lata temu było poetyckie „Mleko snów”, zaś dwa lata temu – społeczne „Cudzoziemcy są wszędzie”. Tym razem kuratorka Koyo Kouoh zaproponowała „W tonacji molowej”, czyli sztukę wyciszoną, kontemplacyjną, ale też pochodzącą z obrzeży lub wręcz spoza granic światowego artystycznego mainstreamu. W czasach galopady internetowych komunikatów, obrazów, treści chciała zwrócić uwagę na to, co ginie, bo nie potrafi się przystosować do tempa współczesności. Kouoh niestety zmarła w trakcie przygotowań do Biennale, ale jej refleksyjny duch w wielu miejscach się ostał. A tych miejsc, czy może raczej formuł obecności sztuki, podczas imprezy jest wiele. Przyjrzyjmy się im.
Czytaj też: Cień nad laguną. Rosjanie namieszali na Biennale, Izrael dodał swoje. Sztuka przegrała z polityką?
Narodowcy
To dla zwiedzających spore wyzwanie, ponieważ narodowych pawilonów (ciągle odżywa dyskusja, czy w dzisiejszych czasach mają one jeszcze sens) jest na Biennale 99. Dwadzieścia dziewięć spośród nich znajduje się na terenie Giardini – najstarszego obszaru dedykowanego Biennale. To – przynajmniej teoretycznie – serce imprezy, bo umościli się tu jej najstarsi uczestnicy, jak Wielka Brytania, Francja, Niemcy, USA, ale też Polska. Kolejnych 28 pawilonów rozłożyło się w monumentalnych przestrzeniach Arsenału, a reszta rozrzucona jest po całej Wenecji. Szaleństwem byłoby odwiedzanie wszystkich, ale dość szybko po otwarciu pojawiają się przeróżne rankingi must see. W tym roku zdecydowanie królował w nich pawilon austriacki z prowokacyjnymi, a nawet szokującymi performansami (np. naga kobieta podwieszona głową w dół jako tzw. serce dzwonu), wymyślonymi i zrealizowanymi przez znaną z takich niekonwencjonalnych pomysłów reżyserkę i artystkę wizualną Florentinę Holzinger. Zabawa miesza się tu z dystopijnym niepokojem. Publika kocha skandal i goliznę, zatem by zobaczyć owo szaleństwo, trzeba odstać w kolejce co najmniej 1,5 godz.
Dobrze oceniono także pawilon Niemiec (rozliczenie z estetyką NRD i opowieść o tym, jak ideologia przenika się z codziennym życiem), i Wielkiej Brytanii z pochodzącą z Zanzibaru Lubainą Himid, laureatką prestiżowej Turner Prize, i jej przenikliwym drążeniem problemów kolonializmu. Furorę wywołał pawilon Japonii, w którym artystka Ei Arakawa-Nash (matka bliźniaków, co nie jest bez znaczenia) zaprasza zwiedzających, by na czas pobytu w pawilonie zaopiekowali się jedną z 208 lalek-niemowląt, ubranych, co wygląda dość osobliwie, by nie rzec upiornie, w identyczne przeciwsłoneczne okulary. Można, a nawet trzeba je nosić na rękach, a nawet przewijać. Sporo przy tym zabawy, ale też w tle widoczne są całkiem poważne refleksje o problemach współczesnej demografii, o prawach człowieka i LGBTQ.
Spore zainteresowanie, choć z zupełnie innych względów, wzbudziła ekspozycja watykańska o poetyckim tytule „Ucho jest okiem duszy”, która rozłożyła się w dwóch, znajdujących się na przeciwnych krańcach miasta, lokalizacjach. Szczególnie intrygująca okazała się część przygotowana w Giardino Mistico (ogrodzie mistycznym) zakonu Karmelitów Bosych. Właściwie trudno mówić tu o wystawie sensu stricto. Oto bowiem zwiedzający otrzymują przy wejściu słuchawki i – przechadzając się po pięknych i właśnie nieco mistycznych ogrodach – słuchają refleksyjnej muzyki inspirowanej osobą średniowiecznej mistyczki Hildegardy z Bingen, a napisanej i wykonywanej przez 24 artystów. I to nie byle jakich, bo w projekcie zgodzili się wziąć udział m.in. Patti Smith, Jim Jarmusch, FKA Twigs, Meredith Monk, Terry Riley czy Kali Malone. Metafizyczne doświadczenie mające świadczyć, że droga do oświecenia, prawdy, Boga, uniwersum wiedzie „przez uszy”. Jak na nasz wizerunek skostniałego ideologicznie Kościoła katolickiego to projekt zdecydowanie niekonwencjonalny.
I z zupełnie innej „beczki” – intrygująca, konceptualna realizacja hiszpańska. Otóż artysta Oriol Vilanova pokazał starannie wypełniającą całą przestrzeń pawilonu, od podłogi po wysoki sufit, gromadzoną przez niego przez 20 lat kolekcję… pocztówek. Jest ich 50 tys.! Nie chodzi jednak o jakiś tematyczny, bibliofilski zbiór, ale o – jakże osobliwe – świadectwo naszego postrzegania świata i tego, co pragniemy z niego zapamiętać jako wartościowe, a czego starannie unikamy.
W obfitości pawilonów ekscytujących, takich sobie i nudnawych jeden szybko zdobył sobie sławę najsłabszego. Co ciekawe, to reprezentant kraju uważanego za największą w świecie potęgę w dziedzinie sztuki i kreatora mód wszelakich, czyli USA. Rzeźby artysty Almy Allena powszechnie uznano za błahe, a nawet treściowo puste. Faktycznie, nadają się co najwyżej do dekoracji recepcji kliniki dentystycznej lub do gabinetu prezesa niedużej firmy w środkowych Stanach. Okazuje się, że pod czujnym okiem Trumpa spsiała nawet sztuka.
Czytaj też: Rewolucja Brâncușiego. Namieszał w rzeźbie jak nikt
Naczelni
Mowa o tzw. wystawie głównej. To przedsięwzięcie autorskie z wybieranym co dwa lata nowym kuratorem, który do dyspozycji otrzymuje duży (5 tys. m. kw.) pawilon główny w Giardini oraz gigantyczne przestrzenie dawnego Arsenału. W tonacji molowej wypowiadają się w tym roku głównie artyści z rejonów świata na co dzień słabo kojarzonych ze współczesną sztuką, jak Afryka czy Ameryka Środkowa. I trzeba przyznać, że jest to wystawa zaskakująco ciekawa, odświeżająca, pozwalająca przywrócić wiarę w sztukę rzadko obecną w tzw. zachodnim świecie. Nie ma tu skomplikowanych artystycznych konceptów, zawiłych narracji, oryginalnych za wszelką cenę środków wyrazu. W zamian otrzymujemy proste w wyrazie i szczere w emocjach opowieści o życiu codziennym, o zachwycie nad pięknem otaczającego nas świata, o najważniejszych uczuciach i troskach. Często pojawia się wątek kolonialnej spuścizny i postkolonialnych bolączek, ale raczej w konwencji prostolinijnej wizualnej ballady, a nie filozoficznego traktatu.
To także dzieła przypominające o walorach sztuki, które często odchodzą już w zapomnienie, jak precyzja wykonania i wysiłek włożony w powstanie pracy. Mnóstwo z nich wywołuje efekt „wow”, bo na pierwszy rzut oka widać, że powstawały w benedyktyńskim trudzie miesiącami, a może i latami. Nie ma tu pośpiechu i kalejdoskopu bodźców doby internetu, za to jest wiele pokory, wręcz medytacyjnego twórczego rzemiosła czy kontemplacyjnej multiplikacji części składowych. Zawstydzająca lekcja pokory dla malarzy szczycących się tym, że potrafią namalować obraz w kilka godzin czy dla twórców artystycznych instalacji zrobionych byle jak i z byle czego. Z zaproszonej do udziału w wystawie setki artystów trudno kogoś wybrać, bo wielu zasługuje na uwagę.
Stowarzyszeni
Czyli tzw. colaterale. To ekspozycje, które formalnie nie są częścią Biennale, ale po długim procesie weryfikacyjnym zostały namaszczone tytułem oficjalnych partnerów. Jest ich około trzydziestki i znalazła się wśród nich jedna ekspozycja z Polski, jak zwykle przygotowana przez Fundację Staraków, o której nieco później.
Szczególną uwagę chciałbym zwrócić na dwie stowarzyszone wystawy o silnym politycznym kontekście. Pierwszą przygotowało amerykańskie Palestine Musem z Connecticut w USA. Zatytułowana „Gaza – No Words – See the Exhibit” prezentuje 100 tradycyjnych tkanin haftowanych techniką tatreez (palestyński haft krzyżykowy), wykonanych przez 60 kobiet z obozów dla uchodźców w Libanie, Jordanii i na Zachodnim Brzegu. Prace przedstawiają wydarzenia w Strefie Gazy z lat 2023–25, w tym pozbawione domów, osierocone dzieci, zbombardowane szpitale i uciekających przed atakami mieszkańców. Mocny, antywojenny, ale też antyizraelski przekaz artystyczny.
Druga z wystaw sygnowana jest przez Wolny Teatr Białoruski. Nosi tytuł „Oficial. Unoficial. Belarus” i jest rozpisaną na różne środki artystycznego wyrazu opowieścią o społeczeństwie zniewolonym przez totalitarny reżim. Narracją o oporze, potrzebie wolności, ale też o terrorze, inwigilacji, kontroli i rządzeniu poprzez strach. Przy okazji warto dodać, że ciekawie zaprezentowane wątki polityczne można odnaleźć także w niektórych pawilonach narodowych. Na przykład Arabia Saudyjska przygotowała instalację mówiącą o zniszczeniach zabytków dziedzictwa kulturalnego w wyniku konfliktów zbrojnych.
Z kolei Ukraińcy zaprezentowali wideoopowieść o losach stworzonego w estetyce origami pomnika jelenia, który w 2019 r. stanął w Pokrowsku, na cokole po zdemontowanym radzieckim samolocie. Wywieziony z miasta w 2024 r., tuż przed zajęciem go przez Rosjan, przewędrował całą Europę (jest i epizod polski, z Białegostoku), by ostatecznie na czas Biennale trafić do Wenecji, w bezpośrednie sąsiedztwo pawilonu Rosji – jako jej wyrzut sumienia. Stał się symbolem zagrożeń, jakie niesie wojna, ale i hartu ducha oraz determinacji tych, którzy się bronią.
Czytaj też: Skandalista, milioner, kolekcjoner. Korwin-Milewski i jego szalone przygody ze sztuką
Autonomiczni
Niezależnych wystaw jest sporo, rozrzuconych po całym mieście, a nawet na pobliskich wyspach. To rodzaj przedsięwzięć niejako podpinających się pod Biennale i żerujących na jego popularności. Ich treści nie są konsultowane czy koordynowane z Biennale, po prostu egzystują równolegle, przyciągając do siebie publiczność imprezy głównej. Ale i Biennale na nich korzysta, bo z reguły są to spektakularne ekspozycje słynnych artystów przygotowywane przez bogate muzea, największych światowych prywatnych kolekcjonerów czy galerzystów i stanowią dodatkowy magnes dla miłośników sztuki.
W tym roku kusi wiele gwiazd: mistrzyni performansu Marina Abramovic, mistrz sztuki konceptualnej Amerykanin Joseph Kosuth, mistrz rzeźby i przestrzennych instalacji Anish Kapoor, mistrzyni wideoartu i fotografii Iranka Shirin Neshat czy mistrzowie malarstwa – zmarły niedawno Niemiec Georg Baselitz oraz Brytyjka Jenny Saville. A obok nich kilku czterdziestoparolatków, już znanych, ale z nadzieją na jeszcze większą światową karierę, jak Brytyjczyk pochodzenia kenijskiego Michael Armitage, Amerykanin pochodzenia rosyjskiego Sanya Kantorovsky oraz Ghańczyk Amoake Boafo. To na te wystawy gwiazd sztuki ustawiają się z reguły najdłuższe kolejki.
Nasi
Tu bywa różnie. Zdarzają się edycje, gdy na rodzimych artystów natknąć się można zarówno na wystawie wiodącej, jak i towarzyszących. Tym razem daremnie ich wypatrywać. Muszą nam wystarczyć zatem dwa akcenty kuratoryjne: pawilon Albanii przedstawiający bardzo ciekawy projekt Genty Korini, którego głównym bohaterem jest… nieistniejący język „zaum”, kuratorowała Małgorzata Ludwisiak. Oraz pawilon Estonii przygotowany przez Natalię Sielewicz.
W tej sytuacji pozostają opoki. Pierwszą jest oczywiście pawilon narodowy, tym razem z projektem „Języki z wody” autorstwa duetu artystycznego Bogna Burska i Daniel Kotowski. To osobliwe połączenie języka migowego oraz języka wielorybów dało zaskakujące i wielokontekstowe rezultaty. „Art Newspaper” określił tę instalację jako „wizualnie porywającą”, ale chwalono ją również za istotny przekaz dotyczący potrzeby komunikowania się wszystkich ze wszystkimi, także w wymiarze międzygatunkowym. Co ciekawe, motyw wody, tak istotny w polskim pawilonie (dzięki podwieszanym wielkim ekranom widz czuje się jakby był pod wodą) był centralny także na wielu innych wystawach narodowych, m.in. w pawilonach Rumunii (sąsiaduje z polskim), Austrii, Kanady, Izraela, Filipin czy Uzbekistanu.
Naszym drugim od kilku edycji tradycyjnie mocnym punktem na artystycznej mapie Wenecji pozostaje wystawa Fundacji Rodziny Staraków. Mocnym dosłownie, logistycznie, bo po raz drugi gości w miejscu, które jest absolutnym sercem miasta – na Placu Świętego Marka. Ale nie tylko za sprawą lokalizacji, ale przede wszystkim merytorycznych wyborów. Wcześniej był to Andrzej Wróblewski, a teraz przyszedł czas na parę naszych wybitnych awangardowych artystów: Tadeusza Kantora oraz Marię Jaremę. Na tej ekspozycji on pozostaje nieco ważniejszy, ona towarzyszy mu dyskretnie jako pewien punkt odniesienia, partnerka artystycznych zmagań ze sztuką.
Biennale w Wenecji rzadko zagląda w przeszłość, żyje głównie rytmem dnia dzisiejszego. Tymczasem wystawa Fundacji Staraków, bardzo zgrabnie poprowadzona narracyjnie przez kuratorkę Annę Muszyńską, zmusza do spojrzenia za siebie, jest opowieścią o tym, co przed pół wiekiem i wcześniej kształtowało świat sztuki. Pokazuje artystów, którzy w tych procesach awangardowych przemian pełnili ważną rolę, a dziś, być może w wymiarze międzynarodowym nieco zapomniani, zasługują, by się nimi pochwalić, by ich podziwiać, by ich mocno włączać w główny nurt dorobku kulturowego XX w.