Nie dla idiotów
27 marca 1959 r., dzień po śmierci pisarza, w „New York Timesie” ukazał się lakoniczny nekrolog: „Zmarł Raymond Chandler, lat 70. Pisał wybitne powieści detektywistyczne. Stworzył Philipa Marlowe’a, bohatera »Głębokiego snu« – zwrócił na siebie uwagę jajogłowych”.

W „Długim pożegnaniu", mniej więcej w połowie zawiłego śledztwa, które prowadzi Marlowe, nastaje wreszcie typowy, bezbarwny dzień w życiu detektywa. Najpierw więc w jego biurze pojawia się olbrzym o nazwisku Kuissenen („mógł mnie uderzyć w głowę moim własnym biurkiem" - konstatuje Marlowe) i domaga się, by prywatny śledczy pomógł rozprawić się z sąsiadką, która truje mu psa. Gdy zostaje odprawiony z kwitkiem, wkracza kobieta („mało rozgarnięta" - czytamy) i chce, by detektyw zaszantażował pewną dziewczynę.

Gdy i jej Marlowe odmawia, pojawia się niejaki Edelweiss, który pragnie, by główny bohater odnalazł jego żonę, która wypuściła się do Honolulu z pewnym fryzjerem. Sprawa okazuje się prosta, Marlowe namierza poszukiwaną, inkasuje śmieszne 20 dol., by w końcu stwierdzić: „Bóg jeden wie, dlaczego człowiek nie rzuca tego zawodu. Nie dochodzi się przecież do majątku i nieczęsto odczuwa jakąś większą satysfakcję. Czasami człowieka pobiją, czasami do niego strzelają, a czasami wpakują do kryminału. No i zdarza się, iż wbrew swojej woli jest się zmuszonym wąchać kwiatki od spodu. (...) Coś w tym jednak musi być".

Kłopoty to jego specjalność

„Długie pożegnanie", wydane w 1953 r., było ostatnią powieścią ukończoną przez Chandlera. Jej autor miał na swoim koncie kilka innych powieści z Marlowe'em, które cieszyły się, oględnie mówiąc, średnim wzięciem czytelniczym i jeszcze mniejszym zainteresowaniem krytyków amerykańskich. Miał za sobą też parę innych ciekawych epizodów: 13 lat przepracował u Dabneya, właściciela złóż ropy w Kalifornii, znaczną część tego okresu przeżywszy, jak na czasy prohibicji przystało, w alkoholowej pomroczności, pisywał opowiadania dla „Czarnej Maski" - taniego, papkowatego magazynu, bez którego trudno wyobrazić sobie amerykański czarny kryminał, wreszcie jako scenarzysta pracował za grube pieniądze dla Hollywood, które porzucił w 1948 r., by napisać ostatnią powieść z Marlowe'em.

I to właśnie stworzona przez Chandlera postać prywatnego detektywa sprawiła, że pisarz uznawany jest za autora, który najpełniej zawarł w swojej twórczości główne idee czarnego kryminału. Po pierwsze więc Chandler całkowicie zerwał z motywem łamigłówki typowej dla brytyjskiej powieści detektywistycznej, stąd też w jego listach wiele ironicznych uwag pod adresem królowej kryminału Agaty Christie, fabuł, które rozgrywają się w prowincjonalnej posiadłości, gdzie krąg podejrzanych jest ograniczony i gdzie do akcji wkracza genialny detektyw-amator w rodzaju panny Marple.

Dla Marlowe'a bycie detektywem jest pracą. A w zasadzie harówą. Chandlerowski czarny kryminał przemawia o wiele bardziej językiem ciała niż intelektu. Co i rusz więc Marlowe'a spotykają przykre historie: zostaje oblany whisky przez policjanta i aresztowany za jazdę po pijanemu („Tajemnica jeziora"), wielokrotnie bity jest przez gangsterów lub oprawców w mundurach: „Jeszcze nie zdążyłem stanąć dobrze na nogach, kiedy rąbnął mnie z lewej i poprawił z prawej. Zadzwoniło mi w uszach, ale nie był to dzwonek na kolację" („Długie pożegnanie"). W „Siostrzyczce" nasz bohater zostaje potraktowany środkiem odurzającym („Nie było nic. Nawet mnie samego tam nie było".), podobnie dzieje się w „Żegnaj, laleczko". W ostatniej z wymienionych powieści Marlowe odzyskuje przytomność w prywatnej klinice psychiatrycznej w Santa Monica, prowadzonej przez Julesa Amthora - wyjątkowo parszywą postać, lekarza zarabiającego na wstydliwych opowieściach z życia kalifornijskich bogaczy.

A jeśli już Marlowe'a nie spotykają takie przykrości, w roli głównej pojawia się alkohol: „Śmierdziałem ginem. Nie tak normalnie, jakbym wypił cztery czy pięć kieliszków jakiegoś zimowego ranka przed wyjściem z łóżka, ale tak, jakby Ocean Spokojny składał się z czystego ginu, a ja bym go przepłynął wpław. (...) Śmierdziałem jak zdechła ropucha" („Tajemnica jeziora").

Mimo wszystko - wbrew policjantom, mafiosom i własnym klientom, którzy chcą go oszukać - Marlowe trwa przy swoim nędznym zajęciu, jakby za każdym razem chodziło o to, że zmagania ze światem zbrodni są walką o zachowanie godności i niezależności. O to, mówiąc nieco górnolotnie, że życie ma sens.

Brud Miasta Aniołów

Charakteryzując czarny kryminał, zwykło się zwracać uwagę nie tylko na kreację bohatera, dla którego każda kolejna sprawa jest próbą charakteru, ale także na przestrzeń, w jakiej przyszło mu działać. Chandler uważany jest więc - po wtóre - za kronikarza Los Angeles oraz kalifornijskich przyległości.

Kronika ta wypełniona jest nieszczególnie krzepiącymi obrazami z Miasta Aniołów. W jednej z pierwszych scen „Głębokiego snu" spoglądamy na pole naftowe, widziane z okien posiadłości generała Sternwooda - milionera, który postanowił zatrudnić Marlowe'a w pewnej delikatnej sprawie. Nie przypadkiem też podobny obraz pojawia się w finale powieści: „Ropa i woda znaczą tyle samo co wiatr i powietrze. (...) Czułem się częścią tego całego brudu, który mnie otaczał". Dodajmy, że nafciarze z Kalifornii łagodniej niż inni doświadczyli skutków Wielkiego Kryzysu lat 30., a uwagi Chandlera o roponośnych polach mają (podobnie jak wtręty alkoholowe w powieściach) wyraźny rys autobiograficzny.

Między innymi ropa powodowała, że południowa Kalifornia jawiła się jako ziemia obiecana dla rozmaitych obieżyświatów. Na początku lat 30. spływali do Los Angeles tak masowo, że policja wprowadziła na drogach dojazdowych specjalne blokady, utrudniające włóczęgom wjazd do miasta. Ten żywioł miejski - wypełniony białymi krezusami, czarną tanią siłą roboczą, meksykańskimi sutenerami oraz innymi typami spod ciemnej gwiazdy - także zostaje sportretowany przez Chandlera. Choćby w drobnej scence w „Żegnaj, laleczko", gdy Marlowe wraz ze swoim klientem wchodzi do baru dla czarnych: „Z wolna obracały się głowy i rozbłyskiwały oczy wpatrzone we mnie w martwej, obcej ciszy odmiennej rasy". Zapuszczenie się do murzyńskiego baru było w latach 40. i 50. (a i później też) dla białego aktem odwagi, ale dla Marlowe'a życie jest przecież doświadczaniem kolejnych prób.

Próby takie stają się udziałem Chandlerowskiego detektywa - to kolejna z norm czarnego kryminału - głównie jednak na skutek obcowania z posiadaczami zasobnych kont bankowych. Przyjrzyjmy się tylko postaciom występującym w „Głębokim śnie": psychopatycznej córce Sternwooda i zarazem narkomance, jej pokręconej i nadużywającej alkoholu siostrze, która chce uwieść Marlowe'a, producentowi pornografii i szantażyście, gangsterowi (także szantażyście), skorumpowanym policjantom. Ci ostatni może nie mają wypchanych portfeli, ale mają władzę. Zastęp podobnych postaci zaludniał konsekwentnie każdą z kolejnych powieści mistrza kryminału.

Dowcipkować na siedząco

Od czasów Chandlera zadaniem kryminału stało się nie tyle tworzenie zagadki: kto zabił?, ile budowanie szczególnej atmosfery - lepkiej, dusznej i gęstej. Aby poruszać się w tym świecie, trzeba albo zaakceptować go takim, jaki jest, albo znaleźć nań jakieś antidotum. W przypadku Marlowe'a odtrutką jest ironia i celna puenta, pozwalająca bohaterowi patrzeć na świat z dystansem i bez obawy rozstroju nerwowego. Oto dwa przykłady (a można by z nich ułożyć całą antologię) pokazujące, jak Marlowe radzi sobie w kłopotliwych sytuacjach: „- Wie pan, co pan może zrobić z taką gadką? - odparłem. - To dobre w Wydziale dla Młodocianych. Ale nawet te chłoptasie, kiedy słyszą coś takiego, to dostają w ustach zajadów od śmiechu" („Długie pożegnanie"). I kolejna próbka: „- To pan jest Marlowe? Skinąłem głową. - Czuję się trochę rozczarowany. Spodziewałem się czegoś, co ma brud za paznokciami. - Proszę do środka - powiedziałem. - Tam będzie pan mógł dowcipkować w pozycji siedzącej" („Wysokie okno").

Trudno wyobrazić sobie współczesny kryminał (powieści Iana Rankina czy Michaela Connelly'ego niechaj będą ilustracją) bez tej lekcji pisania, którą zawdzięczamy Chandlerowi, chociaż trudno też znaleźć dziś takich, którzy kreowaliby na równi z nim postać samotnika występującego przeciw światu. Dość powiedzieć, że bodaj najgłośniej przeciwko Chandlerowi protestują ci, którzy do niego są porównywani: James Ellroy (autor „Tajemnic Los Angeles" i świetny kronikarz lat 50. i 60.) oraz Walter Mosley - jeden z najwybitniejszych twórców kryminału afroamerykańskiego (także osadzający akcję swych powieści w minionych dekadach w Mieście Aniołów). Każdy z policjantów w powieściach Ellroya ma być więc, z założenia, anty-Marlowe'em: „Chciałem - powiada Ellroy - stworzyć zaprzeczenie wzoru prywatnego detektywa (...), który roni łzy nad zaginionymi psami i zaginionymi małymi dziećmi, który nienawidzi autorytetów oraz dużych pieniędzy. W to miejsce chciałem stworzyć postać rzeczywistego, przekupnego, konserwatywnego, skorego do przemocy gliniarza z Los Angeles".

Z kolei Mosley tak widzi różnicę między Chandlerowskim bohaterem a własnym czarnoskórym detektywem Easy Rawlinsem: „Sam gatunek przechodzi ewolucję. Postaci typowe dla powieści noir działały w oderwaniu od naszego życia, z kolei dzisiejsi bohaterowie wywodzą się z tego świata, w którym sami żyjemy. Chciałem, by Easy był taki jak wszyscy, by był normalnym facetem, może odrobinę lepszym, być może odrobinę bardziej odpornym i nieco sprytniejszym, ale, ostatecznie, by był przeciętnym gościem. Easy ma dzieci, żonę, żyje jak każdy z nas. Nie jest moim zamiarem krytykowanie Rossa Macdonalda, Chandlera albo Hammetta, ponieważ ich projekt literacki różnił się od mojego, ale jednak stworzenie postaci, która nie ponosi żadnej odpowiedzialności za innych, z którymi żyje, i może podejmować wszelkie decyzje w sposób nieskrępowany, jest czystą fantazją".

Można powiedzieć: krytyka krytyką, ale trudno nie zauważyć, że Mosley nawiązuje do sławnych ostatnich akapitów „Skromnej sztuki pisania powieści kryminalnych", eseju, w którym Chandler tak scharakteryzował modelową postać prywatnego detektywa: „Musi być człowiekiem pełnym, człowiekiem przeciętnym, a jednak niezwykłym. (...) Musi być najlepszym człowiekiem w swoim świecie i dość dobrym dla każdego świata".

W powieściach puenta należała do Marlowe'a. Niechaj zatem i ostatnie zdanie artykułu należy do zmarłego 50 lat temu mistrza kryminału: „Pokażcie mi kogoś (bez względu na płeć), kto nie znosi kryminałów, a powiem wam, że to dureń, może nawet nie pozbawiony jakiejś tam inteligencji, ale dureń ponad wszelką wątpliwość".

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną