Recenzja serialu: „Wirus”

Obcy – 211 pasażer
40 minut mija niepostrzeżenie i chcemy więcej.
materiały prasowe

Świetnie zrobiony horror w odcinkach, który pojawia się w czasie, gdy świat wciąż pamięta o zaginionym samolocie malezyjskich linii lotniczych i drży przed epidemią eboli. Zaczyna się od lądowania na nowojorskim lotnisku samolotu, w którym ktoś lub coś zamordowało (niemal) bez śladów 206 pasażerów i członków załogi. Czwórka, która przeżyła, niczego nie pamięta. Wkrótce ciała żywych i umarłych przejdą metamorfozę, a epidemiolog Ephraim Goodweather (Corey Stoll, czyli kongresmen Peter Russo z „House of Cards”, tu z włosami) będzie musiał stanąć do walki ze Złem. Twórcy „Wirusa”, Guillermo Del Toro („Labirynt Fauna”, dwie części „Hellboya”) i Chuck Hogan oparli serial na cyklu książkowym własnego autorstwa. Horrorowa klisza goni tu kliszę, większość scen jakby już gdzieś widzieliśmy, te wszystkie strzelające jęzory, zbliżenia na dłoń trupa, która nagle drga, trupy żerujące w kostnicy (w tle wesoły przebój z radia) czy szczury opuszczające miasto. A jednak kolejne 40 minut mija niepostrzeżenie i chcemy więcej.

 

Wirus (The Strain), FOX, od 2 września, godz. 22.00

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną