Recenzja książki: Katarzyna Wiśniewska, „Tłuczki”

Ofermy i foremki
„Tłuczkami” nazywał kobiety w swojej rodzinie dziadek Wincenty, w chwilach łaskawości używał określenia „foremki” – zdrobniale od ofermy.
materiały prasowe

Debiut Katarzyny Wiśniewskiej, filozofki i dziennikarki, która długo pisała o Kościele, nie jest typową powieścią o koszmarnej rodzinie. Choć niemal każda scena rodzinna wieje koszmarem. Nie jest to też obraz groteskowo przerysowany. Strasznych rzeczy niemal do końca nie widzimy ani tego, co tu się działo między Łucją a jej ojczymem, ani tego, jak Wincenty wprowadzał wśród córek dryl. Jest za to chodzenie po górach, zdobywanie odznak, zakaz strachu, pogarda dla wszystkiego, co „babskie”, i bezwzględne wymaganie niebycia tłuczkiem/ofermą/foremką. Dopiero na starość jego żona była w stanie się przyznać, że wspólne życie okazało się porażką. Te słowa były zresztą nie do przyjęcia dla rodziny. Najlepsze zresztą u Wiśniewskiej jest to, że to przede wszystkim powieść o języku, którym opowiada się o cielesności. O języku kościelnym: co to znaczy zjadać ciało Pana Jezusa? I dlaczego Łucja wymiotuje, kiedy to słyszy? Dosłowność tych wyobrażeń kontrastuje z brakiem języka, który potrafiłby nazwać to, co się dzieje między ludźmi. To jest powieść o języku, który oszukuje. Języku baśni: rycerz i księżniczka uwięziona na szklanej górze okazują się historią wykorzystywania. Wiśniewska napisała książkę o łatwości nadużywania władzy i języka. O tym, że język oprawcy wszystko dobrze ukrywa, a ofiary tego języka nie mają. Symboliczna wydaje się scena badania kolonoskopowego, gdzie język opisu przylega wreszcie do rzeczywistości, widać całą nędzę cielesności, bez bajek i upiększeń.

Katarzyna Wiśniewska, Tłuczki, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2018, s. 240

Książka do kupienia w sklepie internetowym Polityki.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną