Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Książki

Pokazywanie gwiazdki

Recenzja książki: Ryszard Przybylski, "Homilie na Ewangelię Dzieciństwa"

Pozwolić przemówić Tekstom.

Kiedy czytamy w „Kwiatkach", że święty Franciszek popadł razu pewnego „w wielką troskę i wątpliwość, co czynić: czy oddawać się jeno modlitwie, czy niekiedy też kazać", nie powinniśmy posądzać go o skłonności przywódcze - staropolski czasownik kazać znaczył bowiem także tyle, co „głosić kazania" Znamienne to pokrewieństwo i być może ono właśnie leży u podstaw wyraźnej niechęci wielu z nas do wsłuchiwania się w łatwo rozpoznawalną, bo niemiłosiernie przeciągającą się część mszy, następującą między ewangelią a credo. Niektórzy sądzą wręcz, iż tradycja wspólnego odmawiania „Wierzę" akurat po homilii wprowadzona została właśnie z powodu kaznodziejskiej nieudolności - miała ona służyć przede wszystkim wybudzeniu i poderwaniu na równe nogi mniej wytrzymałych parafian.

Bywają jednak i inne kazania, trzymające w napięciu i spędzające sen z powiek. Nad „Homiliami na ewangelię dzieciństwa" Ryszarda Przybylskiego nikt, jak się zdaje, raczej nie zasnął i nie zaśnie - z pewnością za to mogą one postawić niejednego czytelnika na nogi. Odkąd jednak zostały wydane - w 1986 roku w Paryżu, w niewielkim nakładzie - minęło sporo czasu i ich oddziaływanie stało się bardzo ograniczone. Dlatego wznowienie „Homilii", będące równocześnie ich pierwszym wydaniem krajowym, określić można mianem wydarzenia (odnoszącego się nie do medialnego szumu wokół książki, lecz do zawartych w niej prawd).

Na pozór Przybylski nie robi nic nadzwyczajnego: bierze teksty siedmiu ewangelii przeznaczonych na liturgiczny okres Bożego Narodzenia i zaczyna je czytać. Zwyczajnie, nawet nie na głos. Nie głosi kazań. Nie straszy i nie mówi o karze, a także - niczego nie każe. Zamiast rozgłaszać Dobrą Nowinę - woli wsłuchiwać się w jej milczenie. Nie przedstawia jej przy tym jako nieskazitelnej - wie, że tym właśnie najłatwiej mógłby ją skazić. Jak powiada we wstępie, „proponuje przede wszystkim wspólną lekturę Pisma". Wie, co mówi - także to, że greckie słowo homīlía oznacza nie tylko „zebranie, zgromadzenie", ale i „wspólne użytkowanie", „rozmowę", a także „zbliżenie seksualne". Oto właściwy sens homiletyki Przybylskiego: zebrać, co rozdzielone i uczynić jednym. Nie sposób zrobić to w pojedynkę, stąd do „wspólnej lektury" zaproszeni zostajemy już na wstępie.

Nie my jedyni, zresztą. Do poszczególnych homilii trafiają porozrzucane tu i ówdzie, a zebrane przez Przybylskiego, odłamki Słowa - wcześniejsze interpretacje dotyczące analizowanych ewangelii. Autor „Homilii" unika przy tym, jak może, uczonych komentarzy homiletów, sięga natomiast po pogardzane przez teologów dzieła malarskie i poetyckie. Dzięki temu do tajemnic Zwiastowania i Bożego Narodzenia wznosimy się nie na skrzydłach egzegetyki Wielkich Świętych Kościoła Katolickiego - na przykład Grzegorza czy Leona (choć i oni wtrącają swoje trzy grosze) - ale przedzierając się przez tropy tekstów Szekspira, Miltona i Mickiewicza oraz zawiłości kompozycyjne obrazów Fra Angelica i Botticelliego.

Jeśli ktoś miałby narzekać, iż jest to droga okrężna, powinien przeczytać chociażby „Dwie homilie na Pokłon Trzech Mędrców" i dowiedzieć się, dlaczego na obrazie Mantegni „jakiś sługa, stanąwszy na brzegu drogi, robi siusiu" albo skąd w wierszu T.S. Eliota wzięło się „sześciu brutali grających w karty nocą". A jeśliby korzyści osiągnięte w ten sposób nie były dla niego dość przekonujące, proponowałbym zmienić taktykę lektury. Radziłbym przypatrzeć się temu co zdaje być się znane i oczywiste. Bo pod piórem Przybylskiego traci swą oczywistość i przypominać zaczyna labirynty z obrazu „La Nuit de Noël" Gustave'a Singera (przedrukowanego na okładce książki). I tak w przypadku Trzech Magów labiryntem staje się gwiazda - pozostawiająca za sobą długi ogon interpretacji. Przybylski nie rozwiązuje jej tajemnicy. Ale kiedy próbujemy w jakiś sposób uporać się z niewiedzą, on powiada ze spokojem: „narodowi wybranemu Pan powiedział, że narodził się Zbawiciel świata, poganom zaś objawił Znak, który wprawił ich w niepokój (...), pozostał dla nich Znakiem tajemnym i nie w pełni zrozumiałym".

Baczmy, by wpatrując się w ciemny horyzont niezrozumiałości, nie stracić z oczu obecnych w „Homiliach na ewangelię dzieciństwa" rozbłysków światła. Ich autor, który - czas wreszcie to powiedzieć - nie rozjaśnia nam żadnej z tajemnic wiary, sytuuje się po stronie wątpiących i poszukujących. Tym samym jednak wygłasza swoje najlepsze kazanie. Słowo kazanie, nieszczęśliwie skoligacone z „polecaniem", ma swoje źródła w staroindyjskim kắśate, oznaczającym „zjawiać się, błyszczeć, świecić". Oto cała robota kaznodziei: ukazać blask, uczynić błyszczenie dostrzegalnym, po-kazać gwiazdę. Reszta jest dokazywaniem, kadzeniem, kaźnią.

Najlepsi kaznodzieje to Trzej Magowie. Co prawda, nie pozostawili po sobie ani słowa, ale wyruszając w podróż, zrobili miejsce dla bijącej w oczy pustki, a tym samym pokazali swym rodakom Gwiazdę. Podobna sztuka udaje się Przybylskiemu, kiedy taktownie usuwa się na bok, by pozwolić przemówić czytanym przez siebie Tekstom. Warto wybrać się w podróż, w którą zaprasza. 

Piotr Bogalecki, FA-art 

 
Ryszard Przybylski, Homilie na Ewangelię Dzieciństwa, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2007, s. 282.

 

  
 

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pierwsza matura po deformie. Żeby zdać, trzeba szczęścia albo wielkich pieniędzy

Żeby przejść przez maturę, trzeba mieć dużo zdrowia albo spore pieniądze. A najlepiej jedno i drugie – mówią rodzice i nastolatki z pierwszego rocznika wykształconego w szkołach zreformowanych przez Annę Zalewską. Za sto dni podchodzą do trudniejszych niż dotąd egzaminów.

Joanna Cieśla
31.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną