Fragment książki „Tropiciel złych historii. Rozmowa z Martinem Pollackiem”
Przecież tutaj każdy był ofiarą, każdy bohaterem. Austriacy w ogóle byli pierwszymi ofiarami.
Okładka książki „Tropiciel złych historii. Rozmowa z Martinem Pollackiem”
mat. pr.

Okładka książki „Tropiciel złych historii. Rozmowa z Martinem Pollackiem”

Czy w Austrii uchodzisz za takiego, co własne gniazdo kala?
Nigdy mnie to nie obchodziło, zresztą mało dostaję listów z zarzutami tego typu, a jeśli już jakieś przychodzą, ktoś wyzywa mnie od świń, wyrzucam je. Ale znam ten problem z kontaktów z własną rodziną, na przykład napisałem list do wujka, syna najmłodszego brata mojego dziadka, tego z nim skłóconego, a on w ogóle mi nie odpisał. A przecież znaliśmy się. On zresztą już umarł, był starszy ode mnie. Straszny nazista, jeszcze gorszy niż jego ojciec – to ciekawe, że często młodsze pokolenie jest jeszcze radykalniejsze od starszego. Więc od tego wujka dostałem ciekawe materiały, różne papiery, fotografie, listy, to znaczy nie dostałem, tylko kupiłem w antykwariacie.

Rodzinne listy w antykwariacie?
Miałem fart, że w ogóle do mnie trafiły, właściwie przez szczęśliwy zbieg okoliczności, bo antykwariat należał do brata mojego przyjaciela. To znane miejsce w Wiedniu, czasem tam coś kupuję, właściciel ma również lewicowe wydawnictwo. Syn brata mojego dziadka miał dwoje dzieci, jego syn umarł, a adresu córki nie udało mi się ustalić. Domyślałem się, że w jej domu muszą być ważne dla mnie materiały, znajomi z Amstetten starali się pomóc, ale też nic nie zdziałali. I nagle zadzwonił przyjaciel. Okazało się, że jego brat, ten właściciel antykwariatu, był w Amstetten u jednej pani, w bardzo zaniedbanym, prawie pustym domu i kupił od niej bibliotekę, a przy okazji dostał kartony po bananach pełne zdjęć i listów.

Wiedział, że ma to związek z tobą?
Na początku nie, ale zaczął przeglądać, pojawiało się nazwisko Bast, a on znał moją książkę. Amstetten, Bast, naziści… pomyślał: O cholera! Może to rodzina tego Pollacka. Mój przyjaciel był właśnie u niego w sklepie, więc natychmiast do mnie zadzwonił: „Wiesz, co mój brat dzisiaj kupił?! To cię na pewno zainteresuje”. Od razu się domyśliłem: To jest to! Popędziłem tam, zapytałem: „Ile chcesz?”. „Dwa tysiące”. „Dobra, masz”, nawet nie dyskutowałem.

Dwa tysiące euro to w tym wypadku dużo?
To zależy, dużo, jeśli te listy, zdjęcia nie mają dla kogoś znaczenia. Po co ktoś obcy miałby je kupować? Ale nie tak dużo, jeśli jesteś związany z tą rodziną tak jak ja. Dla mnie były arcyciekawe, to z nich dowiedziałem się na przykład szczegółów na temat kobiety, która pracowała w kancelarii młodszego brata mojego dziadka, Ernsta. I w przeciwieństwie do dziadka, poszła siedzieć za znieważanie amerykańskich lotników w Amstetten. Ją zadenuncjowali, jego oczywiście nie. Ona też zaprzeczała udziałowi w tych wydarzeniach, ale jej, w przeciwieństwie do dziadka, ważnej osoby w mieście, nie uwierzono.

Czyje to były listy?
Ernsta do niej, bo jako dobry prawnik robił zawsze kopie, i jej do niego, z więzienia. On wysłał jej na przykład siedem upieczonych kartofli, które mu zwrócili, bo można było wysyłać tylko surowe. Widać, jakie biedne to były czasy. Dziś nie mieści się w głowie, żeby komuś wysłać siedem kartofli, dwa jabłka albo jedną gruszkę. Omawiają też sprawy prawne, oboje utrzymują oczywiście, że jest niewinna, on informuje ją, kogo jeszcze zamk nęli w Amstetten, kogo złapali Rosjanie, dowiadujemy się, że dokwaterowali mu rosyjskiego oficera. Są ostrożni, ona pisze o Rosjanach „nasi goście ze Wschodu”.

Wróćmy do kalania gniazda.
Tutaj, w Bocksdorfie, na pewno też znajdzie się ktoś, kto tak o mnie myśli, ale jeszcze nikt mi tego w oczy nie powiedział, co nie znaczy, że wszyscy są mną zachwyceni. Pisałem na przykład reportaż na temat Romów w Burgenlandzie, że w wielu miejscach nie ma nawet tablicy upamiętniającej Romów deportowanych w latach czterdziestych do obozów koncentracyjnych i tam zamordowanych. Nie spotkało się to z entuzjazmem choćby burmistrza naszego miasteczka Stegersbach.

To ten, który nie powinien się u ciebie zjawiać bez zapowiedzi?
Nie, to burmistrz z Bocksdorfu, gdzie mieszkam. Ten ze Stegersbach za żadną cenę by się u mnie nie pojawił, nie miałby też powodu. Przeznaczył duże pieniądze na idiotyczny nowy plac, cały z betonu. Nie ma tam żadnego trawnika, nic. W Stegersbach do tej pory mieszka dużo Romów, choć prawie ich nie widać. Przed wojną społeczność romska liczyła co najmniej dwieście pięćdziesiąt osób, wszystkich wysłano do Auschwitz, gdzie zostali zamordowani.

Zapytałem tego czterdziestopięcioletniego burmistrza, socjaldemokraty, czy Romowie mają u nas jakiś pomnik lub chociaż tablicę pamiątkową. Spojrzał na mnie zdziwiony, powiedział, że nie domagali się żadnej tablicy. Wyjaśniłem, że skoro zostali zamordowani, to nie mogą sami się domagać. On wcześniej nie zdawał sobie sprawy z tego, co się z nimi stało. Opublikowałem reportaż, przytoczyłem naszą rozmowę, od tej pory nie bardzo mnie lubi.

To tu normalne. Niedaleko, jakieś dziesięć, może piętnaście kilometrów stąd jest mniejsza miejscowość, Kemeten, a w niej tablica poświęcona „naszym bohaterom” z lat 1914–1918 oraz 1939–1945. Oczywiście żadnych Romów w Kemeten nie upamiętniono, mimo że było tam duże osiedle cygańskie. W latach czterdziestych wywieziono stamtąd dwieście, dwieście pięćdziesiąt osób, ich chałupy rozkradziono, a to, co zostało, spalono. Podobno po wojnie do Kemeten wróciło pięć osób. Tam akurat Romowie domagali się tablicy lub kamienia upamiętniającego ofiary narodowego socjalizmu.

I co?
I nic, odmówiono im. A teraz Romowie już nie chcą, bo mają dość krętactw i upokorzeń. Zawsze na posiedzeniu rady gminy ich wniosek przegłosowywano na nie, raz zresztą w obecności szefa Austriackiego Stowarzyszenia Romów. Burmistrz, socjaldemokrata, powiedział mi, że nie może występować przeciw woli większości. Raz byli już blisko celu, miała powstać tablica zbiorcza na temat całej Europy, w tym Austrii i Kemeten, na której uwzględniono by też Romów. Podobno powstała, ale jakoś jej nie widać, burmistrz obawiał się, że ktoś mógłby ją zniszczyć.

Ale tablice innych ofiar są?
Oczywiście, przecież tutaj każdy był ofiarą, każdy bohaterem. Austriacy w ogóle byli pierwszymi ofiarami. W szkole, do której chodził mój ojciec, też wisi tablica z nazwiskami „naszych ofiar wojny”. Oczywiście jest na niej wymieniony również mój ojciec, który, za przeproszeniem, zginął w roku 1947, a wojna, o ile wiem, skończyła się w 1945 roku. Zginął tragicznie, ale data i okoliczności jego śmierci są znane.

Do szkoły ojca chodzili też austriaccy Żydzi, oczywiście na tych tablicach nie ma ich nazwisk. Nie dano im ukończyć nauki, poginęli w obozach, niewątpliwie byli ofiarami wojny. W latach pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych ta szkoła wydała też o swojej historii książkę, w której wymienia dawnych uczniów, ofiary wojny, i jest to samo. Nie ma ofiar żydowskich. Można oczywiście machnąć na to ręką, ale jednak o czymś to świadczy.

Rozumiem, że na takich tablicach gejów też nie ma.
Nie… no nie… świadków Jehowy na pewno też nie ma.

Wszędzie w Austrii jest tak samo, w Amstetten pomnik ofiar, Austriaków, stoi nawet w pobliżu pomnika poległych bohaterów radzieckich.

Wracając do Romów. Po moim tekście dostałem list od pewnego pana, też z tych okolic, którego nie znałem. Był to list poparcia. Opisał podobną sytuację z głosowaniem w swojej miejscowości, uważał to za żenujące. I było postscriptum: „Moje nazwisko jest tylko do pana wiadomości”. Denerwujące, nie wiem, czego facet się boi. Że podpalą mu chałupę?

Przecież jeśli zacznę się bać, równie dobrze mogę się od razu powiesić. Poza tym nie przesadzajmy, tak strasznie znowu w Austrii nie jest.

Miałem za to problemy z Austrią w Słowenii, ściślej z Instytutem Austriackim w Lublanie. Oczywiście nikt mi nigdy nie powiedział niczego wprost.

Co się stało?
Po ukazaniu się w Austrii Skażonych krajobrazów dostałem zaproszenie ze Słoweńskiej Akademii Nauk w Lublanie do wzięcia udziału w dyskusji na temat książki, a szczególnie nieznanych grobów masowych, których w Słowenii jest wiele. Co zrobić z tymi grobami – to teraz palący problem polityczny w tym kraju. Zgodziłem się. Poprosiłem moje austriackie wydawnictwo, żeby powiadomiło o wydarzeniu Instytut Austriacki w Lublanie. Tam najpierw byli zachwyceni, powiedzieli, że się przyłączą i tak dalej, potem zapadła cisza. Kiedy zbliżał się termin dyskusji, wydawnictwo zwróciło się ponownie do Instytutu Austriackiego z prośbą, żeby przynajmniej zamieścili informację o dyskusji na swojej stronie internetowej. Cisza. Żadnej odpowiedzi. A na tej swojej stronie ogłaszają wszystkie eventy, od degustacji austriackich win po spotkanie z hodowcą austriackich królików.

Dyskusja się odbyła, ale nikt z ich strony się nie pojawił, to znaczy, potem się dowiedziałem, że jednak ktoś był, tylko się nie ujawnił.

Czego się tak wystraszyli, że wycofali się z dyskusji ze Słoweńcami?
Tematu grobów. Zawsze mówiło się, że winni są naziści, hitlerowcy. I nagle się okazuje, że w Słowenii jest sześćset masowych grobów, a wiele z nich to groby partyzanckie, za przeproszeniem, nie hitlerowskie. Zostali tam zamordowani i pochowani też nasi ludzie.

Te tereny przed rokiem 1918 należały do Austrii, żyła tam obok Słoweńców spora mniejszość niemiecka, ale nie wszyscy byli hitlerowcami. Tuż po wojnie, w 1945 roku, partyzanci jugosłowiańscy wysiedlali i zabijali winnych i niewinnych.

Nie można dalej milczeć, trzeba z tym coś zrobić.

To, że ciotka Pauline umarła niewinnie w obozie tylko dlatego, że była Niemką, nie zmniejsza zbrodni ani niemieckich, ani tym bardziej mojego ojca, zupełnie nie. Ale jesteśmy dorośli, trzeba o tym ze Słoweńcami rozmawiać. Z punktu widzenia jednej i drugiej strony. Chowanie głowy w piasek i udawanie, że jesteśmy tylko od pięknej muzyki i od turystyki, to głupie zachowania.

Potem znajomy z Ministerstwa Spraw Zagranicznych zapytał mnie, jak wypadła impreza w Lublanie. Powiedziałem, że bardzo ciekawie, z tym że ludzie z Instytutu Austriackiego nie przyszli, nawet nie dali informacji na swojej stronie. „Ach, to niemożliwe! To na pewno jakieś nieporozumienie, pomyłka”.

Często mówi się, że Austria się nie rozliczyła, a jednocześnie wymienia się artystów takich jak Elfriede Jelinek czy Thomas Bernhard, którzy mierzą się z przeszłością. Co konkretnie powinno się zdarzyć?
Austria nie zakończyła sprawy procesów, a powinna to zrobić. W pierwszych latach po wojnie zaczęto rozliczać oprawców, odbywały się procesy, ale to trwało krótko, bo okazało się, że naziści, choćby tysiące urzędników, byli niezbędni do funkcjonowania państwa. Dlatego wstrzymano rozliczenia i nigdy już do nich nie wrócono. Największy kat miał szansę na uniewinnienie. Problem moralny pozostał.

Niemcy zrobili inaczej: osądzili tylko prawdziwych zbrodniarzy, którzy mieli krew na rękach.

W Niemczech oczywiście naziści znaleźli się w polityce, z tym że Niemcy gruntowniej to przerobili. Nie przypadkiem wielkie procesy odbyły się u nich. Norymbergę zrobili alianci, ale drugi proces oświęcimski zorganizowali we Frankfurcie, w latach 1963–1965, sami Niemcy.

Procesy takie jak ten oświęcimski są ważne przede wszystkim dlatego, że dają szansę przerobienia tego wszystkiego, powiedzenia dokładnie, co się wydarzyło; zbiera się ogromny materiał, przesłuchuje świadków, cały świat na to patrzy. Ważne jest, że to my sami robimy, nie ktoś za nas, z zewnątrz. Kara nie jest najważniejsza.

Jakie są konsekwencje zaniechania?
Ludzie w Austrii myślą: To nie nasza sprawa, to nas nie dotyczy. Jeśli Niemcy chcą, niech to robią, my nie musimy, bo nasz kraj był pierwszą ofiarą Hitlera. Ten pogląd jest zresztą wcześniejszy – już w czasie wojny alianci głosili tę tezę. Mieli swoje powody, chcieli odbudować Austrię jako samodzielne państwo.

Austria oczywiście była ofiarą, anszlus przecież był przymusowy, armia niemiecka po prostu wkroczyła do Austrii. Inna sprawa, że ponad osiemdziesiąt procent ludności przyjęło to z zadowoleniem.

Tu można przywołać sprawę zdjęcia na okładce mojej ostatniej książki „Topografia pamięci”, na której widać hajlujące dzieci. Zdjęcie zrobiono wcześnie, już w 1932 roku, to nie są dzieci mojej rodziny, tylko jej bliskich przyjaciół. Dałem wydawcom dwa podobne zdjęcia, które są też w książce, jest tekst o nich. Co ciekawe, na okładkę wydania austriackiego wybrano to, na którym rękę w górze trzyma tylko jeden chłopiec, w wydaniu polskim hajluje cała trójka. Może grafik austriacki przypadkowo wybrał to, na którym hajluje tylko jedno dziecko, w Polsce zaś wybrano całą trójkę, sto procent. Dla mnie jednak jest to symboliczne.

***

Katarzyna Bielas, Tropiciel złych historii. Rozmowa z Martinem Pollackiem, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 320

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj