Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Fragmenty książek

„Jeśli przecięto cię na pół”. Fragment nowej powieści Łukasza Barysa

Babcia posłała nas na pogrzeb. Sama nie chciała iść, bo za dużo ludzi. Milena szlochała tak głośno, że nikt nie miał wątpliwości, że cierpi najbardziej ze wszystkich.

Przednówek

Wiesz, co oznacza na wsi przednówek?

Dziś na pewno nic, ale zdarza się, że ktoś mówi właśnie słowo „przednówek” i kąśliwie się uśmiecha. Jakaś babcia albo dziadek, albo duch dziadka, trup wsi. Na przednówku chłopa (i babę!) dopadał głód, musiał karmić resztkami siebie i zwierzęta, i dzieci, te ptasie dzióbki, które są zawsze otwarte, zawsze głodne. Musiał karmić te dzieci perzem, wsadzał im do ust, co tam miał pod ręką – kłosek zboża, kuleczkę chleba, starą gruszkę. Bo panowała bieda, prawie wszędzie bieda, również u nas. Babcia nie bardzo chce mówić o biedzie.

 – A chodziło się do dziedzica na kartofle!
 – Kto?
 – Ja nie!

Wspominałem, że dobra komuna podarowała chłopom (i babom) ziemię dziedzica. Sprawiedliwości stało się zadość.

 – Gdzie?
 – Nie pamiętam!

Babcia próbowała pokazać mi ziemię dziedzica, ale w sumie niewiele pamiętała.

 – Jakoś tam mieli ziemię. I dwór. – Wskazała palcem nieokreś­lone pole za stodołą, las i staw za lasem, i autostradę, która układa się w oddali, podobna do mieniącej się w słońcu rzeki, szumiącej i wartkiej, pełnej ryb o twardych łuskach.
 – Dwór?
 – Boże! Co cię to może interesować!
 – Nic.
 – Idź, idź.
 – I co teraz z dworem?
 – Szkoła? Albo spółdzielnia?

To właśnie przednówek. Zima schowała się z kretami do ziemi, ale nie nadeszła wcale wiosna i wszędzie wokół widziałem właśnie ziemię – pustą, gołą, szarpaną wiatrem. I pole, i resztki po uprawach, poszarpaną kukurydzę, i w oddali stado saren. Miałem wrażenie, że złapałem babcię za stopę pośrodku bezczasu. A ten bezczas babcię bardzo umordował.

mat. pr.Okładka książki „Jeśli przecięto cię na pół”

Obtarła spocone czoło i zaczęła huśtać stopą. Babci nie podobała się komuna, bo atakowała kościół i utopiła Popiełuszkę w rzece (zła suka, zła suka), ale uważa, że teraz zrobiło się gorzej. Teraz rządzi pieniądz, wszędzie kładą asfalt, potworna autostrada przecięła nam ziemię i postawiła w zamian zaledwie wiadukt. Liczą się Polski A, Polski Be są za barierami, za zieloną, kurwa, osłoną.

– Przepraszam za bluźnienie.

Uśmiechnąłem się do babci. Jak bluźniła, to mi się zdawała strasznie ludzka, kochana, bliższa. A nie taka stara, obca.

 – W dupie nas mieli – skwitowała sprawę babcia.

Czasami chodzę z Mileną na wiadukt i spluwam na pędzące dołem auta. Są drogie i lśniące, a moja ślina jest tania i lśniąca. Rozciąga się i pędzi prosto w dół. Staram się pluć tak, żeby nie trafić ludziom w samochód. Bo tak naprawdę nie odczuwam nienawiści do nich, że nie wiedzą, co to przednówek, i że zawsze mogą sobie zafundować lato. Wzdłuż autostrad są billboardy z reklamami: Dominikana, Zanzibar, Egipt, każda rzecz potwornie all inclusive. Jeśli polecę kiedyś na all inclusive, to i tak będę się bał, że dostanę za to karę: że mnie trafią kulą talibowie albo że wpadnę do morza i się utopię. I pasażerowie samolotu zaczną szeptać między sobą, że sprowadziłem na nich przekleństwo, w ostatniej chwili otworzą okienko i pozwolą ciśnieniu mnie zassać. Będę sobie leciał, a potem się rozwalę na autostradzie. Albo wkręcę się w turbinę. Albo zostanę wroną. Ale oni będą mogli się cieszyć wczasami. Tę karę można dostać za ucieczkę ze Sromutki. Nad wsią wisi ciężka ręka, która potrafi sprawdzać też historie przeglądarek i zagląda do stodół na siano i do samochodów, i nawet pod kołdrę potrafi rzucić okiem.

*

Wiesz, co oznacza na wsi przednówek?

Jest problem, bo na Sromutkę i Mierzączkę spadła okropna śmierć. Śmierć wzięła sobie Dawida. Dawida Grzesika, debila i śmierdziela, wzięła mi prosto z ławki, utopiła w ziemi. Ten Dawid, co zaraził mnie wszawicą, umarł. Ten śmierdziel i debil, i chodząca masakra, odszedł. Choć tak naprawdę odleciał, a nie odszedł, bo urwało mu nogi. Przez pięć dni nie potrafiłem się otrząsnąć, a w szkole zarządzono żałobę i zakaz omawiania lektur. Szeptano sobie o stracie, która spadła na nas tak nagle i zabrała nam resztki dzieciństwa.

Bo u nas w Sromutce śmierć idzie do biedaków, spogląda na ich dom złośliwie i wylicza, podobna do inspektora budowlanego: zdezelowana ściana, wadliwa instalacja elektryczna, dach przepuszczający wodę. A potem zaczyna śmierć na spółkę z Bogiem przeprowadzać wyliczankę: biedaki, chłopaki, pożar, miska, wódka, butla, śmierć twa blis­ka. Akurat stanęło na butli. Super! Śmierć kazała matce Dawida nie zakręcić gazu i dom poszedł w pizdu. Dach poszedł w pizdu, ściana północna, wschodnia, południowa i zachodnia poszły w pizdu, drzwi w pizdu, a kuchnię to całkiem rozpierdoliło na amen. „Jarosław Grzesik (1969–2019), alkoholik i przemocowiec” poszedł w pizdu, „Renata Grzesik (1975–2019), pracownica mleczarni” poszła w pizdu, „Jasiu Grzesik (2010–2019), miłośnik Minecrafta” poszedł w pizdu, „Tomuś Grzesik (2012–2019), bawił się autkami” poszedł w pizdu, „Ania Grzesik (2015–2019), lubiła śpiewać” poszła w pizdu, „Danutka Grzesik (2008–2019), kochała pies­ki” poszła w pizdu i wreszcie „Dawid Grzesik (2006–2019), debil i śmierdziel” poszedł w pizdu. „Mruczek (2018–2019), polował na wróble”, „Betka (2015–2019), kąpała się w słońcu” oraz „Azor (2000–2019), szczekał na cienie” – poszli wraz z nimi. Śmierć zapaliła papierosa, a cała wieś zastanawiała się, dlaczego tak się stało.

 – Może Grzesikowa się zaczęła wreszcie zabezpieczać? – zastanawiała się Aśka.
 – Przestań! – wrzasnęła przerażona bluźnierstwem Milena.

Śmierć trafiła idealnie. Bo przecież akurat złapał mróz i schronili się w domu. Choć na co dzień unikali domu, bo Jarosław pił i nic nie robił, ale lubił się awanturować, to z powodu zimna się schowali w domu, wzięli do środka Mruczka, Betkę i nawet Azora, co właściwie już podawał śmierci przednią łapę, bo miał dziewiętnaście lat. Naprawdę, śmierć trafiła idealnie.

*

Babcia posłała nas na pogrzeb. Sama nie chciała iść, bo za dużo ludzi. Milena szlochała tak głośno, że nikt nie miał wątpliwości, że cierpi najbardziej ze wszystkich. Choć na ceremonii pogrzebu powinien panować smutek, to właściwie nic się za bardzo nie czuło. Wiatr powiewał nam kurtki, ci, co wpadli, spoglądali tępo na księdza, a on tępo próbował nas pocieszać obietnicą nieba i aniołków. Panowała zimna przednówkowa wilgoć, drętwiała mi ręka i dlatego czułem się ciałem. Skórę miałem śliską, słońce wisiało nad nami szare, mętne. Spoglądało zza chmur, ale zaraz znowu się chowało. Nie za bardzo interesowało się tą śmiercią wielkie, smutnawe na przednówku słońce. Wiał za to wiatr, co kilka minut padał deszcz i przechodziły mnie dreszcze, ale nie wiedziałem, skąd ten deszcz – z nieba, z liści?

Uczniowie trochę płakali, trochę się śmiali, trochę odsuwali od siebie otępienie i sen, trochę się zastanawiali, co będzie na obiad. Przeciskał się wśród nas sen. Taki sen szarego ciemnego dnia. Taki sen, co nie odpuszcza od rana do wieczora i ma się wrażenie, że się wciąż śpi, robi się duszno, powieki lepią się do siebie, a wróbel na płocie strząsa sobie krople z piór.

Potem orszak powiódł się do otworu w ziemi i wrzucono tam siedem trumien. Dwie malutkie, dwie średnie i trzy standardowe. Wraz z opuszczaniem trumien ludzie zaczęli naprawdę płakać. Kilka osób rozwrzeszczało się z żalu. Bo takie siedzenie w kaplicy, takie słuchanie księdza to jedna sprawa. A siedem trumien, które spuszcza się w ziemię na linach, to druga, zupełnie inna. Też się popłakałem. Siedziałem z Dawidem w ławce. On mnie napoczął wszawicą. On mnie oznakował ­wszawicą. On mi czoło oznakował wszawicą! Dotknąłem jego włosów.

Aśka próbowała mnie pocieszać:
 – Przecież i tak nie miałby szczęśliwego życia…

Milena zaszlochała okropnie. Ludzie szli do domu. Postanowiliśmy się trochę powałęsać po cmentarzu, odwiedzić rodzinę, zapalić im po zniczu. Nie chciało nam się wracać do domu, a szkołę odwołano. Bo w domu babcia poda zupę, potem usiądziemy przed telewizorem i znowu będzie normalnie, wrócimy do codzienności. I będzie tak, jakby Dawid w ogóle nie umarł, jakby mu dom nie wyleciał w powietrze, jakby nic się nie stało, jakby w ogóle się nie narodził. Jutro w szkole będę siedział sam, ale po trzech, czterech dniach będzie tak, jakbym zawsze siedział sam. Nie chciało nam się wracać, stawiać na śmierci stempla. Zastanawiałem się nad losem Dawida i poczułem duszność. Poczułem zapach, coś normalnego na cmentarzu, bo ludzie znoszą tu kwiaty i rosną tu drzewa, ale ta woń nie miała w sobie nic ani z woni kwiatów, ani drzew, ani przednówka. Stanowiła osobliwą nienazwaną mieszankę zapachów: miała w sobie ziemię, róże, sosnę i gęstą złocistą żywicę. Ktoś obok nas stanął. Jakaś wyperfumowana dama. Ale nie, nie. To trup wsi numer dwa.

 – Ja akurat chciałem zostać lekarzem – rzekł Dawid. – I kosić siano.

Stał obok nas i przestępował z nogi na nogę. Taki trochę niebieski, trochę zieloniutki. Bardzo trupi i równo­cześnie zupełnie nie trupi. Stał obok, naprawdę. Choć zaledwie chwilę temu poszedł do ziemi w trumience i zniknął razem z rodzeństwem, tatą chlejusem i mamą pracowniczką mleczarni, jedyną z nich normalną, to teraz tu stał, w poważaniu mając własne ciało i wiążące się z tą kwestią ograniczenia i niedogodności.

 – Miałeś pałę z biolki – fuknęła Aśka.
 – No i?
 – No i to, że człowiek składa się z atomów, kwarców, elektronów, słowem z cząsteczek.
 – No i?
 – No i to właśnie, debilu!
 – Mnie to nie obchodzi.
 – A nie trafiłeś do nieba? – zagadnąłem, bo chciałem wiedzieć.
 – Jeszcze muszę zdać maturę.
 – Serio?
 – Kto nie zdał matury, ten nie trafi do nieba, ale do dziury. To taka stara ludowa śpiewka.

Aśka próbowała przemówić Dawidowi do ducha, ale nie potrafiła przekonać ducha, że człowiek to kupka kwarców, elektronów, atomów, słowem – cząsteczek. Szedł za nami ten Dawid na rodzinną trupiarnię i opowiadał o osobliwościach ducha, ale nie świętego. Szedł za nami, w poważaniu mając chemiczne i biologiczne ograniczenia ciała. Szedł za nami, w poważaniu mając religijne ograniczenia ducha. Akurat stanęliśmy obok naszego rodzinnego grobu. Pod spodem leżeli rodzice babci oraz Leokadia Be. Babcia kazała zapalić im znicze, bo na cmentarzu trzeba swoim zapalić. Jeszcze miałem iść odwiedzić mamę i rodzeństwo dziadka. Te cmentarne obowiązki. Dawid kucnął obok grobu dziadków. Widziałem, że skupił się na ich nazwis­kach. Odwrócił się do mnie i uśmiechnął tak promiennie, że rozbudził mdłe dotąd słońce.

 – Leokadia Be! – zawołał Dawid. – Znam!
 – Znasz? No więc kto to?
 – A nie wiem, nie mogę powiedzieć!
 – Skąd znasz?
 – A nie wiem, nie mogę powiedzieć!
 – A kto was w ogóle pochował?
 – A gmina.
 – I co?
 – I nic. Pierwsze dni na cmentarzu. Ogarniam się!

Milena rzewnie zaszlochała. Dawid lampił się na nią i miałem ochotę powiedzieć kuzynce, żeby przestała się tak rozkładać na podobieństwo ciała, bo to wstyd przed Dawidem, osobą będącą w stanie uduchowienia, w stanie tu i tu, po prostu w połowie. Milena szlochała i szlochała, i Dawid podszedł, złapał ją za ramię i uścisnął. Wzdrygnęła się, podniosła i otrzepała z drobinek ziemi, które on zostawił jej na rękawach.

 – Boże! Idź sobie!

Dawid posłusznie się cofnął.

– Ale idiotka – szepnął.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama