Paszporty POLITYKI

Najbardziej się boję, że zaczniemy się bać

Jagoda Szelc o tym, jak robi swoje filmy i czego się boi

Jagoda Szelc Jagoda Szelc Polityka
Rozmowa z Jagodą Szelc, laureatką Paszportu POLITYKI w kategorii Film za debiut reżyserski „Wieża. Jasny dzień”.
Polityka
Polityka

Janusz Wróblewski: – Dzieląc się na antenie TOK FM emocjami po otrzymaniu Paszportu POLITYKI, wyznałaś, że był to najpiękniejszy dzień twojego życia. Zaproszenie do sekcji Forum berlińskiego festiwalu nie robi już na tobie takiego wrażenia?
Jagoda Szelc: – Trochę mnie poniosło... Generalnie od półtora roku jestem w stanie euforii. Mam małe potrzeby życiowe, więc jestem prawie cały czas zadowolona. Było mi miło, że mogłam dedykować tę nagrodę stowarzyszeniu Otwarte Klatki, które zajmuje się m.in. walką na rzecz zwierząt, które hodowane są na ozdoby, czyli na futra. Kolejnym krokiem w ewolucji człowieka jest upodmiotowienie zwierząt. Zwierzęta potwornie cierpią. Bardzo mi zależy, żeby im pomóc.

W Berlinie będziemy mieli silną reprezentację kobiecą, bo w konkursie głównym znajdzie się „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej. Polskie reżyserki coraz częściej osiągają sukces w tym zawodzie. Dlaczego?
Po prostu dlatego, że coraz częściej go wykonują. Weźmy pod uwagę, że 100 lat temu nie mogłyśmy wykonywać większości zawodów. W dalszym ciągu jest bardzo ciężko przez mentalność kobiet i mężczyzn. Dlatego nie lubię za bardzo słowa „reżyserka”. Bo to jest określenie w żargonie filmowym – takie pomieszczenie, gdzie siedzi reżyser, i zdrobniała forma od męskiego zawodu. A – jak wiemy – język determinuje wszystko. Ma siłę wywoływania wojen.

Również w sferze publicznej kobiety coraz silniej zaznaczają swoją obecność, co szczególnie u nas niekoniecznie spotyka się ze zrozumieniem. Mamy problem z feminizmem?
Kobiety są narażone na mikroagresję każdego dnia: „ojojoj, może pani pomogę wyjechać”, „trudne dni” itd. Jak byście się panowie czuli, gdyby ciągle ktoś wam dawał do zrozumienia, że nie dacie rady? Wiecie, jak bardzo trzeba wtedy pracować na swoją siłę? Wiecie, że małe dziewczynki to truje? Język wyrażający pobłażliwość i oceniający kobiety wpełza niepostrzeżenie w nasze mózgi i później nasze córki zaczynają same o sobie mówić z pogardą. Np. nie zgadzam się, żeby ktoś do mnie mówił, że robię „kobiece kino”, bo nie wiem, co to jest. Chcę, żeby mówiono o „kinie kobiet”. Czyli takim, które tworzą kobiety. Więcej różnic nie widzę.

Kim jesteś: artystką wizualną, reżyserką, awangardzistką?
Chwilowo reżyseruję filmy. Jestem Jagoda. Dla kogoś jestem artystką, dla kogoś nie. Tiziano Terzani pod koniec życia miał spory problem, żeby pozbyć się swojej dziennikarskiej tożsamości. Był w tym świetny, ale widział siebie tylko przez pryzmat swojej pracy. Ja wolałabym budzić się rano i mówić sobie: jestem człowiekiem i idę na spotkanie z ludźmi.

Czyli reżyseria to tylko kaprys?
Nie. Tak dużo się mówi o karierze. Ja postrzegam karierę w kategoriach samorozwoju, tylko i wyłącznie. Jeśli jakieś zajęcie pozwala mi się rozwijać, to będę je wykonywać. Uważam na jakimś poziomie za zboczone wykonywanie tego samego zawodu całe życie. Są wyjątki oczywiście, ale jednak wierzę, że powinniśmy się konfrontować z nowym całe życie.

Jakie stawiasz sobie cele jako artystka?
Postawa artystyczna jest dla mnie bardzo ważna. Najważniejsza. Oprócz, powiedzmy, „prymitywnego” eksperymentowania formą. Tak, bo jest to w istocie swojej dość prymitywne zajęcie. Chciałabym na razie, żeby moje filmy zwracały uwagę na to, że jesteśmy istotami, które są tu tymczasowo i nie można nam nic odebrać, bo nic nie mamy. Interesują mnie tematy takie, jak problem nadprodukcji, kryzys ekologiczny (który się zbliża, szanowni państwo, dużymi krokami – zapraszam do słuchania m.in. Noama Chomskiego), i generalnie zastanawia mnie, jak szybko ludzie – w wymiarze politycznym i religijnym – oddają swoją wolność. Jak ja oddaję swoją. Jak nie uczymy dzieci podawania rzeczywistości w wątpliwość. A to najpiękniejsza lekcja.

Masz na myśli ideologię, sprowadzanie wszystkiego do prostych pojęć?
Mam na myśli, że wolna wola to wolność myślenia, która jest trudniejszą drogą. O tym jest „Wielki Inkwizytor” Dostojewskiego. Jest nam trudno stwierdzić, co sami myślimy, a co podchwyciliśmy od innych. Mnie też. Większość czasu siedzę i weryfikuję sama siebie. Mój nauczyciel z PWSFTviT mówił zawsze tak: „pomyśl jedno, a chwilę później pomyśl na odwrót”. Wybitni naukowcy często w ten oto sposób dochodzą do wielkich odkryć. Czemu każdy z nas tak nie robi? Czemu, pytam, tak szybko jesteśmy gotowi oddać naszą wolność? I zabrać innym. Ty i ja, i każdy inny człowiek na Ziemi, wiemy dobrze, jakie są nasze uczucia. Czemu zatem ciągle ktoś nam mówi, jakie są? Do dzieci mówi się: „nic ci nie jest”. To błąd. Polecam „W głębi kontinuum”, antropologiczną książkę Jeana Liedloffa, która tłumaczy, czemu nie jesteśmy szczęśliwi, a Indianie z Amazonii są.

„Wieża. Jasny dzień” podejmuje temat odbudowywania siostrzanych relacji, a później stopniowo zamienia się w rozsadzającą ramy metaforę filozoficzno-religijną. To historia o utracie (kryzysie) wiary?
Nie. Duchowość jest własnym doświadczeniem. A religijność to cudze doświadczenie. Ja jestem za tym, żeby każdy miał swoją religię i żył w poszanowaniu cudzej.

Jak definiujesz swoją duchowość? Jest w niej miejsce na wolność?
Uważam, że każdy człowiek powinien ją architektonicznie wybudować sam dla siebie. To trudne, ale miejmy odpowiedzialność za swoją wiarę. Wybierajmy świadomie. Jest tak wiele mądrych religii, filozofii, ludzi, których można posłuchać. Nawet jeśli zdecydujesz się, że będziesz chrześcijaninem. Decydujmy się na religie. Ja jestem za wszystkimi religiami, ale nie będę żadnej wyznawać. Jak mówił Sabała: Ja pośredników między mną a Bogiem nie potrzebuję. Uważam też, że wdzięczność jest formą modlitwy. Więc modlę się do Wszechświata. Denerwuje mnie np., że Różaniec do Granic stoi w sprzeczności do religii Chrystusa i nikt na to nie reaguje.

Kim jest i jaką pełni funkcję tajemniczy narrator, który na początku i pod koniec filmu przemawia twoim głosem?
Dziękuję za to pytanie. To ja i mój głos. Ja odpalam i kończę film słowami „Teraz” i „Już”. Lubię te słowa. Np. nigdy nie mówię „akcja”. Wolę „teraz”, bo przywołuję aktorów w tę konkretną chwilę. Moje słowa się zmieniają, więc film zmienia tytuł. Każdy z nas zawsze zmienia się po filmie, dlatego na początku filmu widzimy tytuł „Wieża”, a na końcu – „Jasny dzień”. Jeden symbolizuje jedną siostrę – Mulę – świat materialny, a drugi Kaję – zjawisko. Zadania „tych zmian” są trzy. Po pierwsze, przypominam w ten sposób, że film to tylko taka maszynka. A po drugie, że bohater się zmienił – z jednej siostry na drugą, z jednej filozofii na inną. Po trzecie – ty, jako widz, też jesteś „już” inny. Nie interesuje mnie, o czym filmy są. Interesuje mnie, co filmy wykonują na nas.

Co przy realizacji tego filmu było dla ciebie najtrudniejsze? Jak definiowałaś widza i gatunek tego filmu?
Na samym początku miałam jedno marzenie. Chciałam zrobić film, który wykonuje woltę gatunkową. Przynajmniej raz. I chciałam, żeby mój film na końcu się rozpadał. Chciałam przypomnieć widzowi, że ma prawo myśleć, co chce. Sztuka powinna przypominać ludziom, że są wolni. Widza nie definiuję. Chcę robić takie filmy, żeby ludzie mi mówili, co oni myślą. To, co ja myślę, już wiem. Nie chcę też robić filmów „pan zabił pana”. Bo spędzasz z filmem trzy lata i zanudziłabym się na śmierć tymi samymi interpretacjami. Wolę słuchać, jak ludzie, opowiadając o moim filmie, mówią mi o sobie. To taki papierek lakmusowy.

Najtrudniejsze było, żeby nie startować z pozycji lęku.

Czujesz się buntowniczką? Co cię drażni, irytuje najmocniej? W tobie, twoim pokoleniu, w sztuce?
Bardzo mnie boli konformizm. Żyjemy na wyparciu, że możemy dalej produkować śmieci i harować dla śmieci. Nie irytuje mnie w ludziach nic. Chciałabym ich wszystkich przytulić i powiedzieć: Nie mamy nic. W trumnach nie ma bagażników. Mamy tylko siebie. Przyroda jest piękna. Jesteśmy wolni. Jest takie piękne powiedzenie, że jesteśmy duszami z ciałem, a nie ciałami z duszą.

Podkreślasz w wywiadach, że przy pisaniu scenariusza i na planie filmowym miałaś pełną swobodę twórczą. Czy stawiając pierwsze kroki w szkole filmowej, też byłaś tak bezkompromisowa i chciałaś „niszczyć” filmy, które realizujesz?
Tak, i się rozkręcam. Mariusz Grzegorzek powiedział nam kiedyś ważną rzecz: żebyśmy w szkole nie napinali się na tzw. dobre filmy. Ważne jest, by filmy wychodziły z autentycznego korzenia. Autorskiego. Ja nie mam prawie żadnych ambicji życiowych. Generalnie uważam, że wszystko, co psuje świat, pochodzi właśnie z ambicji (można by długo dyskutować... widzę teraz krzywy uśmiech paru osób), ale interesuję się tylko autorskim kinem. Śmieszy mnie, jak ktoś mi radził po Gdyni, żebym teraz zrobiła coś takiego, żeby mieć 300 tys. widzów, albo reklamę. To jest nieporozumienie proponować mi coś takiego. Ja się urodziłam w szarej strefie i chcę tam zostać. Wybaczcie, ale interesuje mnie tylko sztuka, nie mainstream.

O czym chciałabyś kręcić filmy w przyszłości?
Teraz realizuję film „Monument”, dyplom wydziału aktorskiego PWSFTviT. Mam jeszcze dwa scenariusze. „Delikatny balast terroru”, który opowiada o szeroko pojętym kryzysie i o głodzie, który w mojej ocenie jest naszą przyszłością. Chcę (pierwszy raz się przyznam publicznie) zrobić remake „Chłopów”. Marzę o tym. Ale bardzo inaczej, jednak nie powiem jak i nie powiem dlaczego, póki nie znajdę finansowania. I te filmy chcę zrobić na pewno. Nie mam awaryjnych scenariuszy. Potem może już nie będę chciała robić filmów. Nie chodzi mi o to, żeby reżyserować. Będę to robić tak długo, jak długo będę mieć konkretne historie do powiedzenia i będę czuła, że mogę się czegoś nauczyć. Potem pewnie zamieszkam w jurcie w Bieszczadach i będę wyrywać sobie zęby cęgami.

A czego boisz się najbardziej? Czy polskiemu kinu grozi cenzura albo zamknięcie na tematykę współczesną?
Najbardziej się boję, że zaczniemy się bać.

***

Jagoda Szelc – reżyserka filmowa (choć nie lubi tego sformułowania, co wyjaśnia w rozmowie). Urodziła się we Wrocławiu w 1984 r., gdzie ukończyła Wydział Grafiki Akademii Sztuk Pięknych. Jest też absolwentką łódzkiej Filmówki i laureatką Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za wybitne osiągnięcia dla studentów uczelni artystycznych. „Wieża. Jasny dzień” to jej pierwszy pełnometrażowy film (premiera kinowa 23 marca), za który otrzymała, oprócz Paszportu POLITYKI, m.in. nagrodę za najlepszy debiut i scenariusz na festiwalu w Gdyni.

Polityka 7.2018 (3148) z dnia 13.02.2018; Kultura; s. 86
Oryginalny tytuł tekstu: "Najbardziej się boję, że zaczniemy się bać"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama