Moje miasto

Szkoła wysiadywania

Skąd nagle w polskich miastach tylu studentów z Ukrainy?

Załoga firmy Mason’s. Od lewej: Rusłan Khlopetskyi, Oleksii Taran, Maksym Vydyborets oraz Walentyn Podiias. Załoga firmy Mason’s. Od lewej: Rusłan Khlopetskyi, Oleksii Taran, Maksym Vydyborets oraz Walentyn Podiias. Tadeusz Późniak / Polityka
Ukraińcy stanowią ponad połowę studentów zagranicznych w Polsce. Mieli być lekiem na polski niż demograficzny. Także i ten lek ma skutki uboczne.
Politechnika Lubelska stworzyła specjalny dział zajmujący się rekrutacją i pomocą Ukraińcom już na miejscu.Jakub Szabelski/Wikipedia Politechnika Lubelska stworzyła specjalny dział zajmujący się rekrutacją i pomocą Ukraińcom już na miejscu.

Artykuł w wersji audio

Andriej, studiujący w Polsce od trzech lat, to realista. – Na mojej szkolie najbardziej prawdziwy jest numer konta. Nie zapłacisz i bystra dzwonią. Na zajęcia nie przyjdziesz, nikto nie poteliefonuje – mówi zza kierownicy podpicowanego focusa. Na uberku wylądował, bo to najłatwiejsza praca dla takich jak on. Elastyczna. Niewymagająca. Mało formalności. A o Polsce więcej się możesz dowiedzieć niż ze wszystkich książek razem wziętych. Gdyby jeszcze ten polski jako tako znał. Formalnie zna w stopniu pozwalającym mu na podjęcie nauki w szkole wyższej w języku polskim. Ale to papier robiony na Ukrainie Wschodniej. Pisany na habarze, znaczy się łapówce.

Polskę Andriej sobie chwali. Wojny nie ma. Ceny przyjazne. W dwa dni potrafi tyle zarobić, co jego siostra w miesiąc. A dziewczyna ma studia i to ekonomiczne. To i on się z tym studiowaniem nie spina. – Nikt jeszcze w ławce pieniędzy nie wysiedział – opowiada i szeroko się uśmiecha, że tak dobrze mu po polsku poszło. W Polsce studiuje obecnie 37 683 studentów z Ukrainy. W ciągu pięciu lat ich liczba niemal się podwoiła. Na kolejnym podwajaniu tej liczby kończą się ambicje wielu szkół wyższych w Polsce.

Płacę i nie wymagam

Według POL, zintegrowanego systemu informacji o nauce i szkolnictwie wyższym, w czasie boomu edukacyjnego w Polsce, zarejestrowanych było ponad 400 uczelni. – W pewnym momencie mówiło się powszechnie, że łatwiej było otworzyć wyższą uczelnię niż przedszkole – mówi prof. Stanisław Mocek, rektor Collegium Civitas. Swoje miejsce na naukowej mapie odnalazły takie ośrodki akademickie, jak: Pabianice, Chrzanów, Kęty, Świecie, Żyrardów, Falenty oraz Mińsk Mazowiecki. A następnie przyszedł niż demograficzny i uczelniom śmierć zaczęła zaglądać w oczy. Upadło prawie 40 szkół wyższych. Kolejne 22 są właśnie w trakcie likwidacji. Lekarstwem na brak studentów miało być umiędzynarodowienie. Tylko jak umiędzynarodowić studiowanie w kraju, którego uczelni nie ma w pierwszej dwusetce żadnego światowego rankingu edukacyjnego?

Okazało się, że idealnym towarem importowym może być student z Ukrainy. Fizycznie nie do odróżnienia. Językowo zbliżony. Gotowy płacić czesne, które coraz mniej odbiegało wysokością od tego, co musiałby wydać na Ukrainie. Pod względem opłat za studia po angielsku polskie uczelnie biły wszelkie europejskie rekordy dumpingu. – Przy takiej konkurencji nie można było za bardzo odstawać cenowo, ale studia tańsze niż dobra prywatna podstawówka to jednak aberracja – dodaje prof. Mocek. Były uczelnie, które sprawę widziały inaczej. W 2015 r. najtańszym kierunkiem studiów była teologia. Za 1050 zł czesnego można było przez rok zapewnić sobie status studenta.

Cena mogła być z sufitu, bo nie wszystkie uczelnie skupiały się na procesie edukacji. Na początku wieku okazało się, że pod przykrywką jednej ze szkół sprowadzano do Polski nie studentki, ale prostytutki. Inna uczelnia była rezerwuarem taniej siły roboczej dla kilku lokalnych firm. Straż Graniczna stopniowo eliminowała patologię. Ale w jakość procesu edukacji trudno było ingerować. Odkąd szkolnictwem wyższym zaczęła rządzić niewidzialna ręka rynku, nie można było zamykać szkoły tylko dlatego, że miała niski poziom kształcenia.

– Problem parauczelni, bo tak trzeba je nazwać, to było pokłosie decyzji z początku lat 90. Ja mogłam tylko wzmóc kontrole, co zrobiłam, i liczyć, że studenci zrozumieją, że bylejakość nie jest przepustką do przyszłości – mówi prof. Lena Kolarska-Bobińska, była minister szkolnictwa wyższego. Dla wielu studentów z zagranicy Polska stała się przepustką do UE. Trudno się dziwić, że chcieli wydać na nią jak najmniej.

Rekrutacja na bazarze

Boom na studentów z Ukrainy zaczął się jakieś osiem lat temu. Ściąganie Ukraińców do studiowania w Polsce przyśpieszyło po 1 maja 2015 r., kiedy zmieniły się przepisy i zagraniczni słuchacze studiów dziennych mogli zacząć legalnie pracować. Wtedy biznes sam się kręcił. Student przyjeżdżał. Znajdował pracę, płacił czesne. Jak starczało czasu, to przychodził na zajęcia. Jeśli nie przychodził, to z dobrej uczelni wylatywał. Na złej dostawał drugą, a czasem od razu dziesiątą szansę, żeby jednak z listy studentów nie zniknął. – Na naszej uczelni nie dopuszczaliśmy od początku do takich patologii, uczciwie w momencie rekrutowania sprawdzając poziom wiedzy i kompetencje językowe kandydata, do czego zobowiązuje nas ustawa. Nie jest żadną tajemnicą, że nie wszyscy dbali i dbają o takie drobiazgi – opowiada rektor Collegium Civitas.

Na Ukrainie rozwinęła się sieć pośredników, którzy rekrutowali na studia w Polsce. Za głowę rekrutujący dostawał od 200 do 500 euro. Trudno się dziwić, że biznes przyciągał szerokie spektrum osobowości. – Były i takie uczelnie, które reklamowały się na bazarach. Idziesz po mięso, a tu bach sprzedawczyni łapie za rękę i namawia do studiowania w Polsce – mówi dr Yuriy Karyagin (przyjął angielską pisownię nazwiska), Ukrainiec wykładający na polskich uczelniach. Dobre uczelnie studentów poszukiwały własnymi kanałami. Tłumaczyły strony internetowe na ukraiński, wrzucały filmiki z krótkimi instrukcjami, jak załatwić formalności. Albo stawiały na działania bezpośrednie.

– U nas odbywa się to tak, że przedstawiciele miasta i kilku uczelni wynajmują autokar i jadą w trasę, jak jakaś grupa rockowa. Od miasta do miasta, gdzie od rana do wieczora trwają spotkania z potencjalnymi studentami – opowiada Mariusz Sagan, dyrektor Wydziału Strategii i Obsługi Inwestorów z Urzędu Miasta w Lublinie. Politechnika Lubelska stworzyła specjalny dział zajmujący się rekrutacją i pomocą Ukraińcom już na miejscu.

Jednym z zatrudnionych tam pracowników jest Anton Błażejew. Anton studiował w Polsce historię. Po studiach posłuchał serca, a nie portfela i wrócił na Ukrainę. Zarządzał sklepem mięsnym. Organizował handel obwoźny. Każdego dnia wysyłał w teren osiem ciężarówek z mięsem i wędlinami. Dużo pracy i jeszcze więcej odpowiedzialności. A z pieniędzmi tak, że po roku przyjechał do Polski, żeby sobie dorobić w wakacje u znajomych. Przemyślał, przeliczył i został. – Jest sporo argumentów, żeby studiować w Polsce. Przede wszystkim europejski dyplom, wyższy poziom kształcenia – wylicza Anton. – Z drugiej strony studia są płatne, ale jak policzysz, ile na Ukrainie musisz wydać na łapówki dla wykładowców, to wychodzi, że w Polsce jest nawet taniej.

Gruszek w popiele nie zasypiał również Wrocław. Miasto chwali się, że jako jedno z pierwszych zaczęło jeździć na Ukrainę ze swoją ofertą edukacyjną. Dziś Wrocław wprowadza ukraiński do menu biletomatów i tłumaczy wszystkie strony miejskie na ten język. A Ryanair dokłada kolejne połączenia z Wrocławia do Kijowa.

Według danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w 2014 r. na polskich uczelniach studia rozpoczęło 22 511 studentów z Ukrainy. Rok później było ich już o ponad 7 tys. więcej. W 2017 r. zajmowali już prawie 39 tys. miejsc, bo niektórzy wybierali więcej niż jeden kierunek.

Młodzież za Unię

W Lublinie umiędzynarodowienie uczelni wpisano w strategię miasta już w 2012 r. Pomysł był nieco machiaweliczny. Chodziło o to, żeby formalnie niezależne i samorządne uczelnie niejako oddolnie zmusić do szybszego zreformowania kadry i podnoszenia standardów kształcenia, np. poprzez wprowadzenie wykładów w języku angielskim. Lublin chciał również stawiać na wielokulturowość, bo z badań wynikało, że za nią idzie twórczy ferment. Lepem dla szkół było czesne. – Z naszych danych wynika, że na zagranicznych studentach lubelskie uczelnie zarabiają niemal 53 mln zł rocznie. Kolejne 80 mln zł zarabia gospodarka miasta, bo przecież ci ludzie płacą czynsz, robią zakupy, chodzą do restauracji – mówi Mariusz Sagan, jeden z autorów strategii miasta.

Strategia się sprawdziła, bo przed jej wdrożeniem na lubelskich uczelniach zaledwie cztery kierunki miały angielski jako język wykładowy. Dziś jest ich już 50. Miasto jest również zadowolone ze swoich zagranicznych studentów. Zwłaszcza tych na kierunkach informatycznych, bo takich specjalistów najbardziej poszukują teraz pracodawcy i potencjalni inwestorzy. – Do Polski przyjeżdżają najlepsi, najbardziej zdeterminowani. Słabi się szybko wykruszają. Studia za granicą to szkoła życia. Po takiej lekcji przetrwania ludzie są zahartowani i zaradni. Idealny materiał na pracowników – mówi dr Karyagin. On sam dumny jest ze swoich studentów. – Oczy mają czerwone ze zmęczenia, ale na moich wykładach nie śpią. Uczą się, pracują, zakładają firmy. Nikt tu po zasiłek nie przyjechał – dodaje.

Rusłan Khlopetskyi to jeden ze studentów dr. Karyagina. Razem z kolegami z Ukrainy założył firmę. Przedstawiają się z dużą pewnością siebie. Rusłan – prezes zarządu. Oleksii – członek zarządu. Walentyn – sale manager. Firmę nazwali Mason’s, bo tak jak masoni chcieliby mieć wielkie wpływy i dużo pieniędzy. Oleksii w Polsce mieszka już osiem lat, ale dziwi się, że nazwa firmy nie wszystkim może się tutaj dobrze kojarzyć. – Może dlatego trudniej nam zdobyć polskich niż ukraińskich klientów? – zastanawia się.

Firma składa się z jednego pokoju, dwóch biurek, czterech krzeseł i sofy. Ale ambicje ma międzynarodowe, m.in. międzynarodową turystykę. Projektują również strony internetowe i załatwiają formalności w polskich urzędach. Ostatnio hitem jest wyrabianie numeru PESEL, bo od stycznia zmieniły się przepisy i Ukraińcy studiujący w Polsce też mogą go mieć. Ale otwarci są na propozycje, choć nie wszystkie. – Była i taka sytuacja, że zadzwoniła do nas szkoła i mówią: dajcie nam 200 Ukraińców, to my przetrwamy, a wy na tym dobrze zarobicie… Ale w szkolnictwo nie wchodzimy – mówi Walentyn. W Polsce czują się dobrze, choć nie tak dobrze jak wcześniej. – Zamiast o konkretnych ludziach dużo się teraz mówi o historii. Historia to jest historia. Najlepiej ją zostawić w książkach – dodaje Oleksii. On sam ma Kartę Polaka. Ale dla niektórych to się nie liczy.

Nie planują wracać na Ukrainę. Ale więzi z krajem nie zrywają. Walentyn wysłał tam ostatnio żonę z dzieckiem, bo on zajęty jest biznesem, a tam ma chociaż pomoc od rodziców. – Dziecko do przedszkola na Ukrainie posłałem. Chcesz miejsce, płać w przeliczeniu tysiąc złotych miesięcznie. Oficjalnie przedszkole za darmo, to komu i za co ja płacę? – pytam. A dyrektorka: nie chcesz miejsca, nie płać. I taka to jest rozmowa – opowiada Walentyn. W Polsce łapówki jeszcze nikomu nie dał. I dla niego to jest najlepsza reklama życia tutaj. Doktor Karyagin sprawę widzi podobnie. – Ukraina daje Polsce to, co ma najlepsze, swoją młodzież. A w zamian wywozimy na Ukrainę to, co najlepsze w Polsce – Unię Europejską – dodaje Karyagin.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Kobiety u władzy w Bizancjum

Zostanie cesarską małżonką, wejście w rolę bazylisy, było zapewne największym marzeniem przynajmniej niektórych mieszkanek Bizancjum, a w pewnych okresach łakomym kąskiem dla wielu dobrze urodzonych niewiast spoza niego.

Mirosław J. Leszka
12.03.2019
Reklama