Nowy d@rmowy świat
Pomysły, aby ściągającym odcinać dostęp do sieci, rozpętały debatę o tym, co ma być w Internecie za darmo.
Flickr CC by SA

Czy jak te dzieci Neostrady dorosną, będą chciały zapłacić za dostęp do ciekawych treści w sieci?
BEW

Czy jak te dzieci Neostrady dorosną, będą chciały zapłacić za dostęp do ciekawych treści w sieci?

Prawdziwy problem leży głębiej: Internet przeorał sposób myślenia całych pokoleń. Czeka nas rewolucja. Czy nam się to podoba, czy nie. Dokładnie dziesięć lat temu, jesienią 1999 r., w Internecie błyskawiczną karierę zrobił Napster – pierwszy serwis wymiany plików z muzyką w formacie mp3. Program napisał Shawn Fanning, licealista z Bostonu. Wynalazł sposób, jak miliony komputerów podłączonych do sieci mogą wzajemnie przesyłać sobie pliki z muzyką (tak zwana wymiana peer-to-peer – czyli P2P). Internauci bardzo szybko zauważyli, że P2P może też służyć do ściągania filmów, seriali, zeskanowanych komiksów i książek, całych kolekcji płyt DVD. Tak zaczęła się rewolucja. Dziś każde dobro kultury jest w Internecie na wyciągnięcie ręki. Internauci słuchają najnowszej światowej muzyki, oglądają filmy i seriale na kilka godzin po ich premierze w USA. Zapełniają swe strony internetowe wklejając (kradnąc?) informacje z innych. Nic za to nie płacą.

Dla wielu artystów i twórców taka sytuacja to dramat. Kilka tygodni temu do sieci wyciekła nowa płyta zespołu Kult. Wokalista Kazik Staszewski publicznie nie przebierał w słowach. Złodzieje – to jeden z łagodniejszych epitetów, które padły pod adresem internautów. W debacie, zorganizowanej przez dziennik „Metro”, awantura na linii artyści–ściągacze rozgorzała na nowo.

Ale w tym samym czasie po drugiej stronie Atlantyku wiele mówi się o najnowszej książce Chrisa Andersona „Free”. Anderson – redaktor naczelny „Wired”, wizjonerskiego miesięcznika o technologii – przewiduje w niej nadejście nowej ery cyfrowej kultury. Czasów, w których większość produktów medialnych rozdawanych będzie za darmo. „Co prawda nie wszystko będzie darmowe, ale wszystko będzie miało swą darmową wersję. Większość odbiorców wybierze właśnie ją, ale część dobrowolnie zapłaci za coś ekstra” – pisze Anderson. Na potwierdzenie swej teorii wypuścił na rynek kilka wersji książki „Free”. Można ją kupić w tradycyjnym wydaniu papierowym (w cenie 21,50 dol.), na czytniki elektroniczne i telefony (9,99 dol.), w formie audiobooka lub po prostu za darmo ściągnąć z sieci. Dlaczego autor dobrowolnie rozdaje owoc swej kilkuletniej pracy?

Bo ma nadzieję, że ostatecznie mu się to opłaci. Wpuszczenie książki do sieci, choć w ciągu kilku tygodni ściągnęło ją 300 tys. osób, nie przeszkodziło jej papierowemu wydaniu trafić na listę bestsellerów „New York Timesa”. Zaś Anderson liczy, że szum medialny wokół sprawy zwiększy sprzedaż jego poprzednich publikacji. Spływają też zaproszenia na dobrze płatne odczyty. Znów głośno o piśmie „Wired”, w którym przecież pobiera pensję. To są – zdaniem autora „Free” – podstawy nowej ekonomii: freekonomii, czyli ekonomii darmochy (nie mylić z freakonomią, wariacką ekonomią Stevena D. Levitta). Jej bazą ma być globalna sieć komputerowa, w której koszty produkcji oraz dystrybucji dóbr kultury błyskawicznie zmierzają do zera.

Ofiary kopiuj-wklej

Teoria Andersona natychmiast znalazła zwolenników w sieci. I wielu krytyków, wśród których dominują głosy producentów oprogramowania, gier i filmów, oraz twórców, artystów, telewizji, wydawców prasy. Dla nich inwazja internetowej darmochy jest śmiertelnym zagrożeniem. Obawiają się, że podzielą losy wielkich wytwórni płytowych, które jeszcze do niedawna trzęsły światowym rynkiem muzycznym. Rewolucja zapoczątkowana w 1999 r. przez Napstera dosłownie zmiotła je z powierzchni ziemi. Dziś ledwo wiążą koniec z końcem.

Strach jest głęboko uzasadniony. Komputery są już powszechne, a każdy film, książka, gra czy artykuł w formie cyfrowej to tak naprawdę tylko ciąg zer i jedynek, które można za pomocą kombinacji klawiszy ctrl-c (skopiuj) i ctrl-v (wklej) wysłać w świat. Nic dziwnego, że firmy z branży medialnej nie chcą być kolejnymi ofiarami. I nazywają sprawy po imieniu – to jest kradzież. Według Międzynarodowego Stowarzyszenia Przemysłu Fonograficznego (IFPI) w 2008 r. na całym świecie spiratowano 40 mld piosenek. Tylko 20 proc. całego rynku muzycznego stanowiła sprzedaż legalnych utworów przez sieć. Osiągnęła ona wartość 3,7 mld dol., co jest i tak olbrzymim wzrostem (patrz wykres). Legalny rynek cyfrowej muzyki tylko w USA daje realne przychody branży muzycznej (39 proc. wpływów pochodzi ze sprzedaży online). W pozostałych krajach jest to dużo mniej (Niemcy – 9 proc., Francja – 12, Wielka Brytania – 16 proc). W innych branżach również jest niewesoło. We Francji miesięczna liczba filmów nielegalnie wymienionych przez sieć przewyższa o kilka milionów liczbę biletów sprzedanych do kin.

Trudno o takie dane dla Polski. Zresztą skalę piractwa, jak każdego procederu, który zahacza o łamanie prawa, raczej szacuje się, niż precyzyjnie liczy. I tak producenci oprogramowania komputerowego twierdzą, że przez kopiowanie tracą rocznie na polskim rynku 580 mln dol. (dane organizacji BSA). Bardzo ciekawe badania przeprowadził wiosną portal Gazeta.pl wspólnie ze Szkołą Wyższą Psychologii Społecznej. Wynika z nich, że 39 proc. Polaków z grupy aktywnych użytkowników sieci regularnie ogląda nielegalnie ściągnięte z niej filmy i seriale. W grupie wiekowej do 24 lat odsetek ten wzrasta aż do 87 proc.

– Paradoksalnie do darmowości dóbr kultury przyzwyczaiły ludzi już wcześniej media masowe – radio i telewizja. Tyle że one potrafiły ze sprzedaży czasu reklamowego utrzymać całe przedsięwzięcie. A w Internecie związek treści, nawet legalnej, z wpływami wcale nie jest oczywisty – mówi dr Alek Tarkowski, socjolog. Im młodsze pokolenie, tym większe poczucie, że darmowość dostępu do dóbr jest normą. Z punktu widzenia socjologów najciekawsze będą dzisiejsze nastolatki, które już właściwie nie pamiętają muzyki innej niż z odtwarzaczy mp3. To pokolenie ma już nawet swoją nazwę – dzieci Neostrady.

Dzieci sieci

Urodziły się w latach 1990–1995. Dziś mają 14–19 lat, są więc w wieku gimnazjalno-licealnym, wybierają się na studia. Jeśli tylko nie pochodzą z biednego domu, właściwie od zawsze towarzyszył im komputer z dostępem do Internetu oraz komórka. A dlaczego „dzieci Neostrady”? Bo okres ich komputerowej edukacji zbiegł się z wprowadzeniem na masowy rynek przez Telekomunikację Polską pierwszych szerokopasmowych stałych łączy do Internetu (usługa Neostrada została uruchomiona przez TP w 2001 r.). Te dzieciaki „od zawsze” zaglądały na portale internetowe, używały Gadu-Gadu, wypłakiwały się na forach, spisywały zadania domowe z Wikipedii. Dziś blogują, blipują, siedzą na YouTube, Facebooku i innych serwisach społecznościowych. No i ciągną na potęgę filmy, seriale, muzykę, komiksy – wszystko.

– Większość z nich nie ma z tym żadnego problemu moralnego. Nie ściągają tylko ci, którzy mają własne zespoły albo marzy im się kariera muzyczna. Nie chcą rozwalać modelu biznesowego, z którego kiedyś sami zamierzają czerpać profity – mówi Mirosław Filiciak, medioznawca ze Szkoły Głównej Psychologii Społecznej, szef przygotowanego na zlecenie Ministerstwa Kultury projektu „Nowe media a uczestnictwo młodych Polaków w kulturze”. W jego ramach na przełomie sierpnia i września badacze spędzili dwa tygodnie, obserwując codzienne życie polskich 17–18-latków. – Łączność online to dla nich sprawa podstawowa – dlatego główne pozycje w ich budżecie to opłaty za dostęp do Internetu i komórkę. Z kultury, skoro jest darmowa, korzystają dzięki sieci – mówi Filiciak. Muzykę konsumują wręcz masowo, choć nie traktują jej nabożnie. Gdy w pokoleniu ich rodziców ktoś miał kilkaset płyt, wzbudzał respekt. Teraz kilkaset płyt zgrywa się w kilka minut. Co ciekawe – sprawność posługiwania się siecią wyznaczać może status w grupie. Kiedyś „okularnicy” byli odrzucani przez rówieśników, teraz budują sobie mocną pozycję jako ci, którzy wiele w sieci umieją. – Świadomość istnienia praw autorskich jest w tym pokoleniu nikła. Ale na przykład bardzo ostrożnie wybierają własne zdjęcia, które zamieszczają w Internecie. Mają poczucie, że wszystko, co raz trafia do sieci, staje się natychmiast własnością publiczną – mówi Filiciak.

Dla przedsiębiorstw, które żyją z produkcji i sprzedaży dóbr kulturalnych, takie dane brzmią jak wyrok. Korporacje medialne biją na alarm, wzywają do wojny z piractwem i żądają egzekwowania prawa autorskiego. Tymczasem nie jest to proste. Bo w starciu z siecią prawo autorskie właściwie przestało dziś działać.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną