Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Rynek

Awantura o 10H. Czemu nie wracamy do budowy wiatraków?

Faema wiatrowa firmy Ikea w Michowie na Lubelszczyźnie Faema wiatrowa firmy Ikea w Michowie na Lubelszczyźnie Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl
Wiatraki mogłyby nam pomóc w sytuacji kryzysu energetycznego wynikającego m.in. z wojny w Ukrainie. Rząd przyjął nawet liberalizację przepisów, ale w Sejmie projekt utknął na dobre. O co chodzi?

Październikowy poranek, wieś pod Bydgoszczą. Na niewielkiej konferencji o energii słonecznej dla rolników na mównicę wychodzi były wiceminister rolnictwa Ryszard Zarudzki. I... pokazuje slajdy z rodziną płaczącą na widok wiatraka, który postawiono na pobliskim polu. Cytuje raport NIK o błędach „deweloperki wiatrakowej” za rządów PO-PSL. Zarudzki powtarza, że farmy wiatrowe hałasują, a mieszkańcy okolicznych terenów nie czerpią żadnych korzyści z ich wybudowania. Kolejne slajdy mają udowodnić też, jak bardzo niszczą uprawy i psują krajobraz. Jego wystąpienie można podsumować krótko: nie dajmy się drugi raz oszukać.

Takie wypowiedzi nie muszą i zapewne nie odzwierciedlają pełni nastrojów panujących na polskiej wsi. Ich mieszkańcy są przerażeni rosnącymi cenami prądu, gazu oraz węgla i szukają podpowiedzi, jak się przed nimi uchronić. Wystąpienie Zarudzkiego dobitnie pokazuje jednak sposób myślenia części klasy politycznej i obawy rządu o reakcję elektoratu na powrót „Rzeczpospolitej wiatrakowej”.

Czytaj też: Kto ustala te szalone ceny i po co? Odpowiedź nie jest prosta

Zasada 10H. O co ten spór?

Do ułatwienia budowy wiatraków na lądzie rząd szykuje się od kilku lat, ale z powodów politycznych wciąż do tego nie doszło. W lipcu po miesiącach wewnętrznych perturbacji przyjął nawet projekt przepisów, które mają poluzować kluczową „zasadę 10H”. Obecne regulacje zabraniają stawiania wiatraków w odległości od budynków mieszkalnych mniejszej niż dziesięciokrotność wysokości turbiny. W praktyce wyłącza to spod inwestycji 99 proc. powierzchni Polski.

Po zmianach gminy mają zyskać prawo zmniejszenia tej odległości do 500 m. To oznacza, że wiatraki będzie można stawiać trzy–cztery razy bliżej budynków niż obecnie. Warunkiem będzie uwzględnienie inwestycji w planie zagospodarowania przestrzennego, który będzie musiał spełniać dodatkowe wymogi i odnosić się do obszaru prognozowanego oddziaływania wiatraków, a nie – jak obecnie – wyznaczonego zasadą 10H.

Zaraz po przyjęciu przez rząd projekt luzujący zasadę 10H wpłynął do Sejmu i wydawało się, że uchwalenie przepisów jest kwestią czasu. Ale projekt wciąż nie doczekał się pierwszego czytania. Ba, sejmowi legislatorzy nie nadali mu nawet numeru druku, mimo że zmiany miały wejść w życie do końca września. Byłby to i tak termin o trzy miesiące późniejszy niż wymagany przez Komisję Europejską – w Krajowym Planie Odbudowy rząd zobowiązał się do liberalizacji przepisów dotyczących farm wiatrowych do 30 czerwca.

Dziadul: PiS zrzuca węgiel na samorządy. Widzę ciemność

Kto nie lubi wiatraków

Zmiana stosunku PiS do wiatraków nie jest prosta, bo ograniczenie ich budowy było jedną z wyborczych obietnic w 2015 r. Wynikała ona z rzeczywistych problemów z rozwojem tej technologii – inwestycje w turbiny niejednokrotnie nosiły znamiona „patodeweloperki”, nie pytano o zgodę lokalnych społeczności. Zawodziły działania informacyjne i edukacyjne, a regulacje nie uwzględniały przesadnie głosu mieszkańców. Inna sprawa, że nikomu nie opłacało się ich prowadzić, przez co losem wiatraków – poza inwestorami i wąskim gronem ekspertów – nikt specjalnie się nie przejmował.

Sam 2015 r. był jeszcze okresem dominacji energetyki węglowej i silnej pozycji górniczych związków zawodowych. Głównym tematem były kolejne plany ratunkowe dla kopalń i inwestycje w nowe bloki na węgiel (np. w Jaworznie, Opolu czy Kozienicach). W tych warunkach prąd z wiatraków był tym, który zabiera miejsce dla energii z „czarnego złota”, którego przecież mamy pod dostatkiem. Oliwy do ognia dolewał fakt, że turbiny często stawiały firmy z udziałem kapitału zagranicznego, m.in. niemieckiego, co pozwalało PiS-owi budować opowieść o konieczności oddania rodzimej energetyki i ziemi w polskie ręce. Po zmianie władzy rządowi wystarczyło kilka miesięcy na wylanie dziecka z kąpielą i zakończenie ekspansji wiatraków przy pomocy ustawy 10H.

W obozie władzy wciąż nie brakuje przeciwników wiatraków, należą do nich marszałkini Sejmu Elżbieta Witek i europosłanka Anna Zalewska. Ta druga na sprzeciwie wobec tej technologii oparła swoje kolejne kampanie wyborcze, sama lobbowała za wprowadzeniem zasady 10H. Jej antywiatrakowym sojusznikiem jest minister infrastruktury Andrzej Adamczyk i szereg wpływowych posłów z dalszych rzędów sejmowych ław. Zwyczajnie obawiają się tego, co za kilka miesięcy usłyszeliby w swoich okręgach wyborczych w razie podniesienia ręki za liberalizacją zasad budowy turbin.

Czytaj też: Domy są niedocieplone, a rachunki rosną

Zbiera się masa krytyczna?

W czerwcu Kantar zbadał poparcie dla poluzowania zasad budowy farm wiatrowych. Z sondażu dla fundacji Avaaz i ClientEarth wynika, że chce tego aż 79 proc. respondentów, przeciw jest zaledwie 11 proc. Najbardziej przychylni zmianom w prawie są mieszkańcy woj. podkarpackiego (92 proc.), a najmniej osoby z woj. pomorskiego (63 proc.). Wiatraki popiera 89 proc. wyborców Koalicji Obywatelskiej i Lewicy, 88 proc. PSL, 87 proc. Polski 2050 i, co najważniejsze, aż 74 proc. osób głosujących na PiS (trzy czwarte!) i 64 proc. na Solidarną Polskę. Przeciwko jest jedynie co piąty wyborca PiS.

66 proc. ankietowanych uznało jednocześnie, że zwiększenie produkcji energii wiatrowej powinno być priorytetem rządu w najbliższych miesiącach. Ale tak się nie stało: PiS oficjalnie tłumaczy to koniecznością doprecyzowania regulacji i poddania ich kolejnym konsultacjom. Można też usłyszeć, że w ostatnich miesiącach były inne pilniejsze zadania, związane np. z drogim prądem, gazem, węglem oraz ryzykiem, że zabraknie ich zimą. Żaden z polityków pod nazwiskiem nie chce jednak przyznać, że ekspansja wiatraków (sensowna, zaplanowana i szanująca prawa mieszkańców) może w długim terminie być odpowiedzą na przynajmniej dwa z tych problemów.

Czytaj też: Dopłaty do węgla, którego nie ma. PiS walczy o stołki

Co by to wszystko dało

Wiatraki na lądzie nie rozwiążą problemów polskiej energetyki, ale mogą je znacząco zmniejszyć. Jako zależne od pogody i praktycznie niesterowalne źródło energii nie zastąpią węgla. To istotne tym bardziej, że niezależnie od obowiązujących regulacji rozwój tej technologii utrudnia fatalny stan sieci dystrybucyjnej. W gronie ekspertów nierzadkie są nawet głosy, że w najbliższych latach wiatr i węgiel powinny się uzupełniać i wspólnie zapewniać stabilną podaż prądu w kraju.

Kluczowa jest jednak prosta prawidłowość – im więcej mamy energii z wiatru, tym mniej potrzebujemy z węgla. To z kolei oznacza, że mniej musimy go spalać, mniej wydobyć i kupić za granicą, a w konsekwencji mniej za surowiec płacić. Są szacunki, z których wynika, że gdyby w 2016 r. w Polsce nie wprowadzono zasady 10H, obecny popyt na węgiel byłby nawet o 7 mln ton niższy.

W dłuższym terminie wzrost wytwarzania energii elektrycznej z wiatru ma pozytywny wpływ na ograniczenie jej cen na rynkach. Lądowa energetyka wiatrowa to bowiem zdecydowanie najtańsze źródło energii, realnie obniżające jej hurtowe ceny – Instytut Jagielloński szacuje nawet, że prąd z wiatraków jest dziś od trzy do pięciu razy tańszy niż ten pochodzący z elektrowni konwencjonalnych. Siłownie wykorzystujące węgiel czy gaz muszą bowiem spełniać dużo surowsze wymogi regulacyjne oraz kupować uprawnienia do emisji CO2 i same surowce, których ceny wywindowane są do nienotowanych nigdy wcześniej poziomów.

Widać to, kiedy mocno wieje i generacja z farm wiatrowych pokrywa nawet 40–50 proc. chwilowego zapotrzebowania na prąd – wtedy jego średnie hurtowe ceny w Polsce i innych krajach dynamicznie spadają.

Czytaj też: Węglowa wrzutka bankowa. PiS szuka lądowisk dla kolegów

Płacimy wszyscy

Przyzwyczailiśmy się, że jeśli kolejne rządy robią coś, co przynosi społeczeństwu realne korzyści, to głównie dlatego, że im samym się to politycznie opłaca. Gdyby prawidłowość tę zastosować do wiatraków, to zasada 10H powinna być już tylko mglistym wspomnieniem. Wiatraki przynoszą wprawdzie oszczędności, potencjalni inwestorzy (także państwowe spółki) wręcz rwą się do ich budowy, a korzyści w oczywisty sposób przewyższają ryzyka. W tym przypadku problem wydaje się jednak bardziej skomplikowany i związany z zakorzenionymi przekonaniami oraz interesami koterii obozu władzy. Rolę wiatraków zbyt często sprowadza się też do ich bezpośredniego wpływu na krajobraz czy jakość życia w ich pobliżu, a zbyt rzadko wspomina o potencjalnych korzyściach, także dla lokalnych społeczności.

Zbliżające się wybory do Sejmu i Senatu nigdy nie służą odważnym i kontrowersyjnym decyzjom rządu. Obawa przed reakcją wyborców może zniechęcić do zmian w prawie, które przyspieszyłyby budowę farm wiatrowych. Wszystko wskazuje bowiem, że PiS-owi bardziej opłaca się nadal denerwować brakiem wiatraków część potencjalnych wyborców, niż podejmować (choćby wymyślone) ryzyko pogorszenia relacji z już posiadanym elektoratem. W efekcie bardzo możliwe, że na powrót wiatraków przyjdzie nam poczekać co najmniej do wyłonienia nowego gabinetu.

Czytaj też: Węgiel z Indonezji. Warto znać jego prawdziwą cenę

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną