Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Rynek

Kaczyński: Służbę zdrowia zepsuli źli i pazerni lekarze. A powinni być jak księża!

Jarosław Kaczyński podczas przedwyborczego tournée po Polsce. Zielona Góra, 3 listopada 2022 r. Jarosław Kaczyński podczas przedwyborczego tournée po Polsce. Zielona Góra, 3 listopada 2022 r. Tomasz Gawałkiewicz / Forum
Zdaniem prezesa PiS publiczna służba zdrowia działa fatalnie z winy lekarzy, którzy są pazerni i – w przeciwieństwie do księży – nie mają poczucia misji. A chorobą szczególnie nękającą lecznictwo jest tzw. wielozatrudnienie, z którym trzeba „coś zrobić”.

W programie swojego tournée po kraju do powtarzanego wątku o Zosi i Władysławie, którzy rano chcą być mężczyznami, a wieczorem odwrotnie, Jarosław Kaczyński dorzucił kolejny zgrany wątek – lekarzy. Otóż zdaniem prezesa publiczna służba zdrowia działa fatalnie właśnie z winy lekarzy, ponieważ są zbyt pazerni i nie mają poczucia misji, w przeciwieństwie do księży. Wyraźnie wskazał winnych, do których pacjenci byli, przyszli i obecni powinni kierować pretensje o brak lub niedostateczną pomoc w chorobie.

Czytaj także: Kaczyński ruszył w Polskę, reporter „Polityki” pojechał za nim. Co usłyszał?

Winni lekarze, którzy nie czują misji

Premier Mateusz Morawiecki, który za zły stan lecznictwa odpowiada, w pełni ze słowami swego zwierzchnika się zgadza. Wtóruje mu minister zdrowia Adam Niedzielski. Gdyby nie źli lekarze, przychodnie i szpitale ratowałyby nam zdrowie o wiele skuteczniej. To lekarze nie czują misji, a „pogoń za pieniędzmi w tym środowisku jest powszechna i coś trzeba z tym zrobić”. To jedyny wniosek, jaki prezes, premier i minister ze złej sytuacji wyciągają.

Dla pacjentów jest to wiadomość fatalna. Politykom rządzącej partii chodzi bowiem o wybory, w czasie których lekarze ani pielęgniarki raczej swoich głosów na PiS nie oddadzą, a nam chodzi o zdrowie, a coraz częściej życie. Nasze i naszych bliskich.

Gdyby 72-letni znajomy prezesa Jarosława Kaczyńskiego nie umarł po dwudziestoparogodzinnym oczekiwaniu na pomoc na oddziale ratunkowym, bezskutecznie czekając na pomoc mimo 40-stopniowej gorączki, prezes nie dowiedziałby się, że polska publiczna ochrona zdrowia funkcjonuje fatalnie. Jemu przecież kule przywoził do domu osobiście dyrektor szpitala przy Szaserów. Zwany popularnie szpitalem władzy, bo tam politycy leczą się najchętniej. Albo w klinice MSWiA przy Wołoskiej, która teraz zostanie instytutem z dotacją roczną w wysokości 1,3 mld zł.

Kilka liczb dla porównania: na ratownictwo medyczne wydajemy rocznie 2 mld zł. Trzeba więc liczyć się z tym, że wśród znajomych prominentnych polityków znajdą się nie tylko tacy, którzy umrą na SOR, nie doczekawszy pomocy, ale i tacy, po których pogotowie w ogóle nie przyjedzie. Wtedy znów będą mówić, jak jest źle. My to wiemy. Roczna dotacja dla TVP wyniesie tymczasem już nie 2 mld, ale 2,7 mld zł.

Czytaj także: Rząd chce oskubać NFZ. Lecz się, kto może

Problem niskich płac w służbie zdrowia rozwiązany

Kaczyński na spotkaniu z wybranymi wyborcami stwierdził, że chorobą nękającą lecznictwo w naszym kraju jest tzw. wielozatrudnienie. Lekarze i pielęgniarki, zamiast pracować w szpitalu od rana do popołudnia, a jak trzeba, to i dłużej, biegają od szpitala do przychodni albo prywatnej kliniki. Robią to z pazerności, chcą bowiem zarabiać jak najwięcej, nie licząc się z chorymi.

Tymczasem, jak stwierdził prezes w Zielonej Górze, „problem niskich płac w służbie zdrowia to jest już dzisiaj problem rozwiązany”. Po czym sypnął liczbami. Otóż lekarze z dwiema specjalizacjami i dziesięcioletnim stażem zarabiają już 75 tys. zł miesięcznie! Czyli aż 900 tys. zł rocznie! Widać, że ciągle im mało. Prezes, niestety, nie powiedział, kto to wyliczył.

Może są to najświeższe dane rządowego Polskiego Instytutu Ekonomicznego? Te starsze, jakie podał wcześniej, za 2019 r., też przecież były bulwersujące. Wynikało z nich, że średnie miesięczne zarobki lekarzy wynoszą aż 25 tys. zł miesięcznie brutto. PIE zapomniał dodać, że wyliczył nie tylko zarobki z jednego miejsca pracy medyka, ale łącznie ze wszystkimi pracami dodatkowymi. Zgoda, też dużo. Warto jednak byłoby też znać kolejne dane – za ile godzin pracy na dobę? Bo przecież nie za osiem.

PiS nie chce wielozatrudnienia

I słusznie, że nie chce. To prawda, że wielu lekarzy wcześniej, niż powinni, wychodzi ze szpitala, żeby zdążyć do dodatkowej pracy w prywatnej klinice czy na dobrze płatny dyżur w kolejnym szpitalu. Dzieje się to kosztem pacjentów we wszystkich tych placówkach. Najwyraźniej jednak ani prezes, ani premier Morawiecki, który generalnie się ze słowami szefa zgadza, a od siebie dodaje tylko, że w przypadku lekarzy najważniejsza jest przysięga Hipokratesa, ani nawet minister Niedzielski nie mówi wyborcom PiS, co by się stało, gdyby lekarze i pielęgniarki rzeczywiście pracowali tylko w jednym miejscu. Po prostu wiele szpitali i przychodni trzeba by zamknąć – z braku białego personelu.

Czytaj także: Felczer plus. PiS nerwowo szuka lekarzy. Byle jak i byle gdzie

To, że to wszystko jeszcze się nie zawaliło, jest zasługą pazernych lekarzy emerytów, którzy nie porzucają pacjentów, mimo że dawno przekroczyli ustawowy wiek emerytalny. I ciągle leczą. Oraz rezydentów, którzy muszą o wiele więcej godzin, niż przewiduje norma, spędzać w szpitalach, bo inaczej nie zaliczą im rezydentury, nie zostaną specjalistami. Bo w Polsce lekarzy jest za mało, a ci, którzy jeszcze zostali, uciekają do praktyki prywatnej.

Politycy z nich wszystkich zakpili w lipcu, gdy weszła w życie ustawa o płacach minimalnych dla zawodów medycznych przewidująca spore podwyżki dla środowiska. Problem w tym, że nie poszły za tym pieniądze. Dyrektorzy wielu placówek nie mogą więc dać przewidzianych w ustawie podwyżek, gdyż nie dostali na nie wystarczających środków. Widocznie jednak żaden znajomy jeszcze tego prezesowi nie powiedział.

Politycy nie potrafią zorganizować sprawnego systemu

Płacimy coraz wyższą składkę na zdrowie, ale stan usług publicznych, na czele z ochroną zdrowia, jest coraz gorszy. Politycy wolą pieniądze kierować na transfery społeczne, niech się potem Polacy leczą za swoje, prywatnie. Ale 500 zł na dziecko czy dodatkowa tzw. emerytura na prywatne leczenie nie wystarcza. Jest totalną kompromitacją rządu, że ostatnio pojawiły się reklamy zachęcające do wykupienia prywatnej polisy umożliwiającej leczenie raka za granicą. W Polsce chorzy na nowotwór mają bowiem coraz mniejsze szanse na wyleczenie.

Raport „The Lancet”: Nadciąga epidemia nowotworów

Cały system publicznej ochrony zdrowia jest nie tylko niedofinansowany, ale przede wszystkim źle zorganizowany. Trudno winić za to lekarzy, to wina polityków. Powinni się bić we własne piersi, zamiast nieustannie wyśpiewywać refren: „pokaż lekarzu, co masz w garażu” albo straszyć, że wezmą lekarzy w kamasze. Lekarze, zwłaszcza młodzi, a także pielęgniarki, dadzą sobie radę, agencje rekrutujące ich do pracy za granicą znów uaktywniły się po pandemii. Młodzi, owszem, chcą dobrze zarabiać, ale chcą też pracować w dobrze zorganizowanym systemie, w którym mają duże szanse na przywrócenie pacjentom zdrowia. W Polsce są one coraz mniejsze. A premier, który poucza ich, że „w przypadku lekarzy najważniejsza jest przysięga Hipokratesa, służenie ludziom i misja”, już nawet nie śmieszy. On też przysięgał służyć ojczyźnie, ale poczucie misji ma bezobjawowe.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Świat kolekcjonerów zabawek. Ludzie bez pasji ich nie zrozumieją

Świat kolekcjonerów zabawek niewiele ma wspólnego z zabawami.

Juliusz Ćwieluch
28.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną