Rynek

Krótkie miejskie wakacje

„Wieża Babel” Breughla w Kunsthistorisches Museum w Wiedniu. „Wieża Babel” Breughla w Kunsthistorisches Museum w Wiedniu. KHM
Kilkudniowe wyjazdy do miast, tzw. city breaks, przerysowują turystyczną mapę Polski i Europy.

Tego lata europejski ruch turystyczny może wrócić do przedpandemicznych poziomów. Rekordy biją m.in. linie lotnicze operujące na kontynencie. Między kwietniem i październikiem w swoich fotelach planują usadzić nawet 817,5 mln pasażerów. Branża lotnicza zaciera ręce i to mimo braku oznak jakiegoś spektakularnego ożywienia gospodarczego i mimo opóźnień w dostawach nowych maszyn przez koncern Boeing i uziemienia niektórych samolotów Airbusa, wymuszonych przeglądami silników. Zainteresowanie lataniem utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie także mimo wyższych kosztów życia i mimo cen samych biletów – w 2024 r. są nawet o jedną trzecią droższe niż w roku poprzednim. Tajemnicę tych sprzeczności zdradza dziennikowi „Financial Times” József Váradi, dyrektor generalny taniej linii Wizz Air: „Europejczycy są głodni podróży i wyjazdom turystycznym nadają bardzo wysoki priorytet”.

Dawniej na wakacje jeździło się przeważnie raz w roku, na wczasach spędzało się z reguły dwa lub trzy tygodnie. Obecny model jest inny, dominują wyjazdy krótsze. Coraz częściej główny urlop trwa raptem tydzień, a resztę urlopu wykorzystuje się na krótkie wypady po kilka dni, zazwyczaj do miast. Kierunki i długość pobytów warunkuje zazwyczaj oferta tanich linii. Bo nadal, przynajmniej na zagraniczny tzw. city break, przede wszystkim się leci. W wiele miejsc linie niskokosztowe nie latają codziennie, raczej co drugi lub trzeci dzień. W ten sposób, pod dyktando rytmu rozkładu, wytworzył się pretekst do pozostania na kilka nocy. – Zazwyczaj to pobyty czysto rekreacyjne, o niskiej intensywności. Chcemy spędzić miło czas w innej miejscowości, coś obejrzeć, coś zjeść i cieszyć się tym, że nie musimy sami sobie gotować – mówi Jan Mazurczak, prezes Poznańskiej Lokalnej Organizacji Turystycznej, odpowiedzialnej za promocję i rozwój turystyki w stolicy Wielkopolski.

Skoro idzie o ucieczkę od codziennego kieratu, to podróżnicy najczęściej nie mają ochoty na niekonieczne niewygody. Stąd potrzeba szybkiego dojazdu. W przypadku krótszych dystansów także autem lub lądowym transportem publicznym. – W niektórych regionach, np. nad Morzem Bałtyckim, znaczenie mają także połączenia promowe – stwierdza dr Grzegorz Iwanicki, badacz turystyki miejskiej z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. – Przełom w rozwoju city break nastąpił po 2004 r., kiedy do Unii Europejskiej dołączyły kraje z Europy Środkowej i Wschodniej, w tym Polska, które z rynkami tzw. starej Unii zostały spięte gęstą siecią połączeń lotniczych. I jeśli w atrakcyjnym turystycznie mieście rusza lotnisko międzynarodowe, to automatycznie pojawia się nowy punkt na europejskiej mapie city break. Tak stało się z Lublinem po 2012 r., gdy otwarto lotnisko w Świdniku.

Formuła city break upowszechnia się od drugiej połowy lat 90. i podlega stałej ewolucji. – Zmieniają się trendy w motywach podróży – objaśnia dr Iwanicki. – Zwiększa się rola serwisów społecznościowych, vlogerów i influencerów w promowaniu turystyki w niektórych miastach. To efekt spontanicznych działań samych twórców, jak i zleceń, np. instytucji promujących turystykę. Jednak wciąż najpopularniejszymi celami są miasta o ustalonej renomie, czyli Barcelona, Londyn, Paryż, Rzym czy Wenecja, zmagające się przez to ze zjawiskiem tzw. overtourismu. Napływ ogromnej liczby turystów – są przypadki, że przyjezdnych w ciągu roku jest dziesiątki razy więcej niż ludności popularnych miast – prowadzi do szeregu niekorzystnych zjawisk, w tym profilowania usług pod przyjezdnych. – Ze stratą dla stałych mieszkańców, którzy muszą ponosić dodatkowe koszty, np. wyższe ceny nieruchomości w miejscach obleganych przez turystów. A często ci, którzy te koszty ponoszą, wcale nie czerpią zysków z turystyki – tłumaczy dr Iwanicki.

Dlatego tej wiosny Amsterdam wprowadził zakaz budowy nowych hoteli – obecnie 9 mln nocujących turystów rocznie wprowadza zbyt duże zamieszanie. Dotąd wprowadzano zakazy zawijania do miasta wielkich wycieczkowców, ograniczenia w dzielnicy czerwonych latarni i legalnego dostępu do miękkich narkotyków. Entuzjazm turystów stara się studzić Wenecja, która wprowadziła opłaty za wejście do miasta. O podobnych krokach w odniesieniu do swego głównego placu myśli hiszpańska Sewilla. Tam trwa już powstanie mieszkańców, którzy narzekają, że masowa turystyka zabija ich miasto. Paryż podniósł podatek dorzucany do ceny noclegów. Baleary bronią się przed tygodniowymi imprezami północnych Europejczyków.

W naszej części Europy mamy własną odmianę takich niedogodności. Podróżników z Europy Zachodniej odwiedzających Polskę, Czechy lub państwa bałtyckie przyciągają nie tyle zabytki, także te z okresu komunizmu, ile przystępne ceny pobytu. W ten sposób Kraków, Praga, Budapeszt czy Tallinn stały się miejscem organizowania wieczorów kawalerskich i panieńskich albo wyjazdów paczek znajomych, podlanych dużą ilością względnie taniego alkoholu, konsumowanego w atrakcyjnych dekoracjach.

Przy czym i to się zmienia. Przybysze chcą też przeżyć estetycznych, zajrzeć do galerii, obejrzeć jakieś wpadające w oko wnętrza, pospacerować w zieleni, zjeść coś nietuzinkowego, gdzieś się wykąpać, w basenach lub jeziorze. Dlatego miasta, zwłaszcza te, które nie są zadeptywane, starają się tworzyć nowe preteksty do przyjazdu albo przedefiniować swoją markę. Jak Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia (GZM) kojarząca się bardziej z dziedzictwem przemysłu ciężkiego niż z wypoczynkiem: – Skupiamy 41 miast i gmin, i tyle wyjątkowych tożsamości – zapewnia Kazimierz Karolczak, przewodniczący zarządu GZM. Metropolia pod koniec czerwca zaprasza na festiwal mikrowycieczek, m.in. szlakiem katowickich neonów, architektury modernistycznej w Tychach, bytomskich podwórek, będzie też oglądanie ciepłolubnych muraw w dawnym wyrobisku wapienia w Radzionkowie i nauka zbioru nasion na łąkę kwietną.

– Największą popularnością cieszą się zazwyczaj wycieczki w niedostępne na co dzień miejsca, takie jak skarbiec Urzędu Wojewódzkiego, albo eksploracja GZM w nietypowy sposób, choćby z kajaka lub z pokładu statku – mówi Kazimierz Karolczak.

I nic dziwnego, bo dawne zagłębia przemysłowe – tą drogą podąża także Charleroi z południa Belgii – starają się zaskoczyć i tym, że mają u siebie fragmenty cennej przyrody i malownicze krajobrazy, często powracające na tereny o dawniej industrialnym charakterze.

W Polsce w czasie pandemii wyraźnie wzrosło zainteresowanie krótkimi podróżami po kraju, także z noclegiem lub dwoma. – Do Poznania – mówi Jan Mazurczak – przyciąga kuchnia, zwłaszcza restauracje z przewodnika Michelina. Popularne są rejony historyczne, na czele z Ostrowem Tumskim i Starym Rynkiem, ale też park Cytadela, czyli duży zielony teren blisko Starego Miasta. Widzimy, że odwiedzającym nie chodzi o zaliczenie maratonu atrakcji, a bardziej o odwiedzenie nielicznych punktów, według upodobań przyjeżdżających na city break.

I o ile trudno sprawić, by przybyło zabytków, o tyle można mieć wpływ na zwabienie bywalców koncertów, festiwali muzycznych, miłośników wystaw i uczestników kongresów, którzy przedłużają pobyty służbowe o kilka dni relaksu. Właśnie na praktyków tzw. bleasure (z angielska to połączenie biznesu z przyjemnością) liczy m.in. GZM. Stara się przekonać, by po konferencjach, organizowanych np. w Spodku czy w Międzynarodowym Centrum Kongresowym (które w 2015 r. uhonorowano Grand Prix w konkursie na nagrodę architektoniczną POLITYKI), zostać troszkę dłużej. I po intensywnych spotkaniach zajrzeć do którejś z topowych atrakcji, np. do znajdujących się na liście światowego dziedzictwa UNESCO tarnogórskich podziemi, Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu czy Muzeum Śląskiego, leżącego w bezpośrednim sąsiedztwie Spodka i MCK.

Prywatne city breaks organizowane są z reguły na własną rękę, z wykorzystaniem porad i rekomendacji odnalezionych w internecie. I bez żadnych poważnych przygotowań, często na podstawie spontanicznego wyboru. Chyba że korzysta się z oferty biur podróży, które też proponują takie krótkie wycieczki. Nie ma większego znaczenia pora roku, bo elastyczne podejście pozwala uniknąć tłumów i wysokich cen tzw. sezonu wysokiego, najczęściej zharmonizowanego z porą wakacji szkolnych. Tak możliwe jest też unikanie niedogodnych warunków pogodowych, np. fali letnich upałów, które z coroczną regularnością dotykają zwłaszcza rejon Morza Śródziemnego. A czy będzie się tyle latać? Pojawiają się projekty ograniczenia ruchu na poziomie unijnym, w limity lotów na obywatela. – Większą rolę może odegrać troska samych turystów o środowisko – podejrzewa dr Grzegorz Iwanicki i dodaje, że turyści nie znikną, bo coraz więcej grup społecznych, także z krajów nowej Unii, może sobie pozwolić na kilka krótkich wyjazdów w ciągu roku.

Polityka 26.2024 (3469) z dnia 18.06.2024; Turystyka; s. 37
Reklama

Czytaj także

null
Kultura

Jak Koreańczycy podbijają świat muzyki klasycznej. Słychać ją nawet w słynnych k-dramach

Muzycy z Korei Południowej coraz częściej podbijają świat muzyki klasycznej. To dalszy ciąg koreańskiej fali, efekt olbrzymich ambicji i kultury, która Beethovena i Brahmsa umieszcza w tytułach romansowych seriali.

Dorota Szwarcman
15.07.2024
Reklama