Społeczeństwo

Posłanki już nie chcą być posłami. Spór o żeńskie końcówki

Nowe posłanki (i posłowie) w Sejmie Nowe posłanki (i posłowie) w Sejmie Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Grupę 15 parlametarzystek, które chcą tabliczek z żeńskimi końcówkami, skrytykowano za „językową inżynierię”. Wypomniano im też, że są ważniejsze sprawy niż polszczyzna. Na przykład długie kolejki do lekarzy.

Grupa polityczek wybranych z list Lewicy zgłosiła do szefowej kancelarii Sejmu wniosek o „uwzględnienie ich płci” w nowej kadencji. Kobiety chciałyby stosowania żeńskiej formy ich zawodu („posłanka”) w dokumentach, na tabliczkach w sali plenarnej i kartach do głosowania. List podpisały m.in. Joanna Scheuring-Wielgus, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, Magdalena Biejat, Wanda Nowicka i Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska.

Reakcja internetowo-publicystyczna była dość przewidywalna. Zwracano uwagę na niestosowność zajmowania się dziś poprawnością językową („kraj się wali, a one o nazewnictwie zamiast o ważnych sprawach... oj, dziewczyny…”, „czyżby feminatywy nie były tym, na co najbardziej czekają teraz ludzie np. w kolejce do lekarza?”). Inni wspominali – to też standard w takich dyskusjach – o „inżynierii językowej”, którą to niby chcą uprawiać posłanki. A Konrad Piasecki, obecnie dziennikarz TVN24, na Twitterze stwierdził, że „obsesyjna walka z polszczyzną, mającą męskie/żeńskie formy osobowe, jest jałowa. Serio nie rozumiem, dlaczego nazwanie kogoś »panią minister«, a nie »ministrą«, jest opresją”.

Poślice i posełki, czyli jak było kiedyś

Piasecki nawiązywał do pierwszej afery z żeńskimi formami z 2012 r. Otóż Joanna Mucha (nazywana wówczas „Wenus z Wiejskiej”) chciała być tytułowana „ministrą sportu”, a nie „ministrem”. Rada Języka Polskiego ogłosiła oficjalne stanowisko w tej sprawie, opowiadając się za używaniem form „ta minister”, „ta profesor”, ale zastrzegła, że „formy żeńskie nazw zawodów i tytułów są systemowo dopuszczalne. Jeżeli nie są one dotąd powszechnie używane, to dlatego, że budzą negatywne reakcje większości osób mówiących po polsku. To, oczywiście, można zmienić, jeśli przekona się społeczeństwo, że formy żeńskie wspomnianych nazw są potrzebne, a ich używanie będzie świadczyć o równouprawnieniu”.

Nie są używane powszechnie i chętnie, ale były. Językoznawcy, w tym prof. Mirosław Bańko, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, przypominają, że żeńskie końcówki – w rzeczywistości naukowej mówi się o „przyrostkach żeńskości” – mają tradycję sięgającą XIX w. Żeby się o tym przekonać, wystarczy przejrzeć ówczesną prasę. Żeńskie formy – takie jak „adiutantka”, „prawniczka”, „professorka” – zawierał „Słownik dokładny języka polskiego i niemieckiego” z 1806 r. W wydanym kilka lat temu „Słowniku żeńskich końcówek” badaczki z UWr przytaczają przykłady z XIX i XX-wiecznej prasy, a nawet akt sądowych. „Chórzystka” znalazła się w powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza „Wysokie Progi” wydanej w 1935 r. Rachela Auerbach pisała o sobie „psychologiczka” i „pedagogiczka”.

Wreszcie pierwsze osiem posłanek nazywano „posełkami”, „posełkiniami”, „posłami kobiecymi”, czasem „poślicami” – w tym wypadku miało to charakter obraźliwy. Generalnie rzecz biorąc, „formy żeńskie od wieków stanowiły część naturalnego zasobu polszczyzny, odzwierciedlającego rzeczywistość”. A potem przyszedł PRL, żeńskie końcówki popadły w niełaskę, pojawiła się za to tendencja do określania mężczyzn i kobiet jedną męskoosobową formą, brzmiącą bardziej prestiżowo, nobilitującą kobiety na określonych stanowiskach.

Rodzaj żeński jest śmieszny?

Dziś co najmniej połowa Polek nie potrzebuje feminatywów w codziennym życiu i uważa „psycholożki” i „filozofki” za śmieszne i infantylne. Tak wynika z badań przeprowadzonych w 2011 r. Większość badanych zgodziła się, że osoby używające żeńskich form nie są postrzegane zbyt dobrze, więc same siebie na oficjalnym zebraniu nie nazwałyby „dyrektorkami”, lecz „dyrektorami”. Jednocześnie nie mają żadnych oporów wobec „nauczycielek”, „fryzjerek”, „sprzątaczek”. Zawodów gorzej opłacanych. Kobiety, jeśli już zajmują ważne stanowiska, to nie chcą się kojarzyć z brakiem prestiżu i infantylnością. Skojarzenie z infantylnością częściowo wynika z tego, że przyrostka „ka” używamy do zdrobnień: mamy więc „szafkę” czy „rączkę”, przy których „ministerka” czy „naczelniczka” mogą się niektórym wydawać ośmieszające.

Ciekawa jest też językowa niekonsekwencja. Dziennikarka Polsatu Agnieszka Gozdrya, występując przeciwko żeńskim końcówkom, napisała o sobie, że jest „polonistką” i „językoznawcą”. Magdalena Ogórek na Twitterze podpisuje się jako „publicystka” i „historyk”.

Ale czy tylko o język tu chodzi? Czy pod obawą, że gdy nazwę się rzeczownikiem rodzaju żeńskiego, ktoś uzna mnie za nieprofesjonalną, nie kryje się przypadkiem coś więcej? A dokładnie to, co myślimy o płciach, kompetencjach płci i w ogóle sytuacji społecznej kobiet i mężczyzn? Czy bycie „dyrektorką”, „piłkarką” albo „psycholożką” naprawdę obniża nasze, kobiece, kompetencje?

Mówmy, pamiętając o innych

Oczywiście decyzja, czy używamy feminatywów, czy nie, jest w pełni indywidualna. Wybierając jednak, czy jest się „pedogogiem”, czy „pracownikiem korporacji”, warto wiedzieć, na co się decydujemy. Dowiedziono już negatywnego wpływu dominacji uniwersalnych form męskich na rozumienie tekstów. „Nawet w zawodach ogólnie dostępnych dla obu płci [kobiety] znacznie częściej odpowiadają na ogłoszenia formułowane za pomocą form neutralnych aniżeli na zawierające formy męskie, które odbiorczynie niejednokrotnie traktują, jakby były adresowane wyłącznie do mężczyzn. Ponadto wszechobecność nazw męskich, kojarzonych ze znaczeniem płci męskiej, utrudnia identyfikację kobiet z zawodami stereotypowo uznanymi za męskie” – piszą autorzy wydanej przez Biuro Pełnomocnika Rządu do spraw Równego Traktowania publikacji „Równościowy savoir-vivre”.

A prof. Bańko jest autorem innego, jakże czytelnego przykładu: dzieci w pierwszych klasach szkoły podstawowej rozumieją polecenie „rozwiąż zadanie z kolegą” dosłownie i pytają nauczycielki, czy mogą zająć się tym z koleżanką. Bo forma męskoosobowa znaczy mężczyzna. A świat jest bardziej różnorodny.

Czytaj także: Czy język ma płeć

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną