Społeczeństwo

Wszędzie pełno informacji o wirusie. Gdzie czają się pułapki?

Zalewają nas informacje o koronawirusie. Gdzie czają się pułapki? Zalewają nas informacje o koronawirusie. Gdzie czają się pułapki? Pexels / Pixabay
Szansę na wygraną dadzą nam wiarygodne informacje, naukowy rozwój i wspólne decyzje. To jest ten moment, w którym wiele musi się zmienić – mówi Kamil Izydorczak, psycholog z Uniwersytetu SWPS i popularyzator nauki.

KATARZYNA CZARNECKA: – Informacja. Czym jest dziś?
KAMIL IZYDORCZAK: – Właśnie odzyskała swoje pierwotne znaczenie. Przez ostatnie lata służyła do budowania tożsamości, dostarczania poglądów, była rozrywką. Teraz nie skrollujemy już Facebooka tylko dla zabicia czasu, nie biegamy tak wiele po stronach internetowych w poszukiwaniu plotek o gwiazdach, mniej nas interesują polityczne przepychanki. Potrzebujemy informacji, by poznać skalę zagrożenia i wiedzieć, co zrobić, żeby być fizycznie bezpiecznym. Właściwie – by przetrwać. A co za tym idzie, traktujemy ją bardziej serio.

Czytaj też: Myć wszystkie produkty? Kupować kawę na wynos?

Na pewno? W mediach społecznościowych co rusz pojawiają się prześmiewcze memy, żartobliwe komentarze.
Jedno drugiego nie wyklucza, a wręcz jedno o drugim świadczy. Dla mojego pokolenia definiujący, jeśli chodzi o poczucie bezpieczeństwa, był atak na WTC w 2001 r. Wtedy także dowcipy pojawiły się bardzo szybko. Ludzie namiętnie przesyłali sobie np. filmik, w którym pewien amerykański komik występował z pacynką – szkieletem Ahmeda Terrorysty. Pojawiła się gra, w której trzeba było reagować na roztrzaskujące się samoloty. Były to żarty niestosowne, balansujące na pograniczu cyrku i makabry. I teraz także takie są, taki rodzaj humoru służy oswojeniu sytuacji, o której wiadomo, że jest bardzo poważna. Gdy już znajdziemy informacje, które mówią, co się dzieje, potrzebujemy rozluźnienia. Nie musi to oznaczać, że przestaliśmy traktować zagrożenie poważnie – może nawet wręcz przeciwnie.

Uważność jest kluczowa w dobie fake newsów?
Tak. Pierwszym niebezpieczeństwem, że uwierzymy w kłamstwo, jest pobieżne przyswajanie danych. Szybko przerzucając kanały telewizyjne czy przeskakując z jednego portalu do drugiego, uniemożliwiamy sobie koncentrację na tym, co ważne. Drugą pułapką, w którą wtedy wpadamy, jest to, że szybciej uznajemy za prawdziwe te doniesienia, z którymi się zgadzamy. Czyli jeśli np. uważamy, że koronawirus musiał zostać stworzony przez człowieka, to uwierzymy w post mówiący o tajnym chińskim laboratorium, z którego wydostała się biologiczna broń. Tylko jeśli podchodzimy do informacji uważnie, mamy szansę poznać swoje skrzywienia czy tendencje w postrzeganiu. Możemy się zastanowić, dlaczego taka, a nie inna informacja nam się spodobała i czy przypadkiem ktoś nią nie gra na naszych oczekiwaniach. A także zadać sobie pytanie fundamentalne: o jej źródło.

Czytaj też: Jak długo koronawirus potrafi przetrwać poza ustrojem

W mediach społecznościowych to wydaje się trudne.
A nie jest. Nie trzeba do tego żadnych wyjątkowych kompetencji. Często wystarczy wejść na stronę internetową tego, kto opublikował post, i sprawdzić, kto ją prowadzi, czy nie jest anonimowy. Wpisać nazwisko autora w wyszukiwarkę i dowiedzieć się, kim jest. Bo nie zawsze jest tym, za kogo się podaje, jakkolwiek by to wyglądało wiarygodnie.

Ostatnio po sieci krążył post, w którym pewien lekarz przedstawiający się imieniem i nazwiskiem opowiada, czym jest koronawirus, jakie są doniesienia z Włoch i co z nich wynika dla Polski. Nie było tam nic bardzo absurdalnego, informacje pokrywały się z tym, co można znaleźć w innych źródłach. Ale zostały przekazane w formie bardzo udramatyzowanej, wzbudzającej poważny lęk. Wystarczyło wpisać w wyszukiwarkę nazwisko rzekomego autora, żeby od razu natknąć się na sprostowanie prawdziwego medyka o takim imieniu i nazwisku, wyjaśniającego, że niczego takiego nigdy nie napisał. Taką weryfikację może zrobić każdy. Kluczem jest uruchomienie wątpliwości, sformułowanie wobec jakiegoś tekstu podstawowych i krytycznych pytań.

Po co ktoś rozpuszcza takie wiadomości, kradnąc komuś tożsamość?
W tym konkretnym wypadku okazało się, że to lekarz, ale innej specjalności i pracujący gdzie indziej. Przyznał się do podszywania, ale stwierdził, że napisał prawdę, by ostrzec ludzi przed tym, co ich czeka. Dlaczego w taki sposób? Może chciał, by wiadomość stała się popularna, a obawiał się, że pod własnym nazwiskiem nie zdobędzie rozgłosu. Albo – co bardziej prawdopodobne – chciał uniknąć odpowiedzialności za swoje słowa.

Czytaj też: Koronawirus już w Polsce. Jeszcze więcej pytań i odpowiedzi!

Mógłby go ktoś do niej prawnie pociągnąć?
Zakres odpowiedzialności różni się w zależności o tego, czym jest źródło informacji. 27 stycznia znany polski wróżbita ogłosił, że jego zdaniem epidemia zakończy się w Azji, w Europie koronawirus dotknie nielicznych, a jego konsekwencje nie będą poważniejsze niż sezonowej grypy. I nie ma na to paragrafu. Przypuszczam, że nawet nie grozi mu uszczerbek na reputacji wróżbity.

Inaczej gdy jakaś ewidentna bzdura znajdzie się na oficjalnej stronie instytucji. Także dlatego można im bardziej ufać. Ich miejsce w strukturze społecznej i politycznej sprawia, że łatwo spada na nie szeroko nagłaśniana krytyka, odpowiedzialność służbowa czy karna. Szukajmy więc informacji na stronach Światowej Organizacji Zdrowia, Ministerstwa Zdrowia, Głównego Inspektoratu Sanitarnego, prestiżowych wydawnictw czy organizacji naukowych. Celowo mówię o organizacjach naukowych, a nie o pojedynczych naukowcach. Ci mogą informować nas o swoich opiniach, pomysłach, wstępnych przypuszczeniach. Jeśli nie robią tego w ramach oficjalnych komunikatów, nie mają tej odpowiedzialności. W końcu przedstawiają „tylko swoją opinię”, jak często zaznaczają na blogach czy kontach w mediach społecznościowych.

A co z mediami?
Patrząc globalnie, są po obu stronach barykady. Są takie, które za nic mają wiarygodność, grają tylko na emocjach, i są te, które dbają o jakość informacji, bo zdają sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nich ciąży. W mediach warto rozróżnić, czy ktoś mówi o faktach, czy podaje tylko opinie. Informacja o faktach musi się skądś brać i wtedy kółko się zamyka – wracamy do źródeł. Koniec końców wiarygodne media opierają się właśnie na komunikatach instytucji – przede wszystkim naukowych, a także rządowych.

Ale mamy też do czynienia z różnymi opiniami – np. o tym, czy strategia walki z koronawirusem w Szwecji jest dobra, czy zła albo czy władza celowo próbuje zaszkodzić przedsiębiorcom. To może być grząski grunt, przemyślenia autora uwikłane w jego polityczne poglądy czy osobiste interesy. Te opinie są trafne lub nie, ale nie traktujmy ich jak faktów.

Czytaj też: Jak się nie zarazić? Co zrobić, gdy mam objawy infekcji?

Mamy też niestandardowe, elektroniczne media. Tutaj także jest pełna różnorodność – od zupełnych bzdur do dużej wiarygodności. Z fake newsami na temat wirusa dobrze się rozprawiają m.in. crazynauka.pl, totylkoteoria.pl, Marszdlanaukipolska.pl czy demagog.org.pl

Naukowców ostatnimi czasy rzadko słuchano. Wracają do łask?
Jeśli chodzi o to, kto kieruje diagnozą sytuacji i prognozami, naukowcy wiodą prym. Obywatele i rządy ufają im bardziej niż zwykle. Bardzo bym sobie życzył, żeby to się utrzymało po pandemii, bo przed ludzkością są zagrożenia, które nie zostaną zażegnane bez drastycznych środków. Negatywne skutki np. globalnego ocieplenia są równie pewne, choć odroczone. Bez zawierzenia naukowcom nie poradzimy sobie z nimi i spadną na nas z podobną bezwzględnością co wirus. Jeden z moich wykładowców, gdy zaczął być widoczny problem zanieczyszczenia powietrza, powiedział: niezależnie od światopoglądu, przekonań politycznych i wiary załatwmy najpierw smog, żebyśmy mogli dalej żyć i kłócić się o to, o co się teraz kłócimy.

Dziś, jak pan wspomniał na początku, najważniejsze jest nasze bezpieczeństwo. Jak o nie zadbać?
Ciągły alert i kolejne złe wieści zwiększają poczucie niepokoju. Dobrze go poczuć, ale zamienić nie na poszukiwanie kolejnego lęku, tylko na pokierowanie się wytycznymi z wiarygodnych źródeł. Trochę musimy się przestraszyć, żeby je wcielić w życie, ale później najlepiej zająć się swoim dobrostanem, czyli po prostu miło spędzać czas.

Z tego wynika, że nie możemy się zupełnie „odkleić” od rzeczywistości, żeby nie popaść w nierealistyczny optymizm, bo to może sprowokować nas do zachowań ryzykownych. Ale gdy już wiemy, jak poważne jest zagrożenie, i wcieliliśmy w życie te nowe ochronne praktyki, to kolejne informacje o zagrożeniu niewiele zmieniają. Przecież od wieści o kolejnych ofiarach nie zaczniemy myć rąk o pięć sekund dłużej. Może lepiej zastąpić je rozrywką, dobrym jedzeniem czy snem – zresztą to też jest zalecenie Światowej Organizacji Zdrowia. Słowem: potrzebny nam stary dobry rozsądek.

Czytaj też: Pozamykane urzędy, banki, sądy. Jak załatwiać swoje sprawy

I powinniśmy się przygotować na czasy po pandemii. Bo świat będzie inny.
Duński fizyk i noblista Niels Bohr powiedział kiedyś: przewidywanie jest bardzo trudne, szczególnie jeśli idzie o przyszłość. Nie wiem, jak będzie, ale mam nadzieję, że wrócimy do normy, tyle że z większym zaufaniem do nauki i troską o świat. Uwierzyliśmy, że wszystko jest konstruktem społecznym – zależy, jak co zdefiniujemy, jakie wartości przyjmiemy za własne, jaki światopogląd będzie rządził. A przeoczyliśmy sprawy rozgrywające się na najbardziej podstawowym poziomie.

To, że natura odpowiada na nasze okrucieństwo?
Takie interpretacje także są. Ale my natury nie obchodzimy. Ona nie chce dla nas ani dobrze, ani źle, po prostu jest. Tylko kiedy ją poznamy i uznamy, że jesteśmy jej częścią, będziemy mieli szansę poradzić sobie z najpoważniejszymi wyzwaniami. Oczywiście koncentracja tylko na fizycznych czy biologicznych zagrożeniach byłaby regresem, oznaczałaby wycofanie się ze swoich wyższych potrzeb. Ale niewątpliwie do tej pory nasza koncentracja na rozwiązywaniu podstawowych, egzystencjalnych zagrożeń, takich jak zanieczyszczenie środowiska czy globalne ocieplenie, była niedostateczna. Być może właśnie zostało nam przypomniane, że trzeba to zmienić. Podobnie jak w przypadku koronawirusa szanse na wygraną dadzą nam jedynie wiarygodne informacje, naukowy rozwój i wspólne decyzje, które na nich bazują.

Czytaj też: Nie daj się koronawirusowi, dezynfekuj swój smartfon

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Klasyki Polityki

Jak dzieci odczuwają i rozumieją ból?

Jeszcze na początku lat 80. uważano, że noworodki w ogóle nie odczuwają bólu! A ponieważ nie potrafią werbalnie wyrazić tego, co czują, nie dbano o ich komfort w szpitalach.

Paweł Walewski
08.08.1998
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną