„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Społeczeństwo

Koronaedukacja. Zdalna szkoła stała się bezlitosna

Szkoła podczas pandemii koronawirusa Szkoła podczas pandemii koronawirusa Jakub Porzycki / Agencja Gazeta
Dominuje przekonanie, że ma być normalnie. Czyli na granicy humanitarnego traktowania – mówi Grzegorz Całek, który bada opinie rodziców na temat nauki podczas pandemii.

JĘDRZEJ DUDKIEWICZ: Odkąd zaczęły się eksperymenty z edukacją zdalną, systematycznie badasz opinie rodziców na jej temat. Jakie są teraz nastroje?
GRZEGORZ CAŁEK: Zmieniają się razem z podejściem do edukacji zdalnej. Ciekawym wyznacznikiem tych emocji może być liczba uczestników moich badań. Gdy badałem rodziców w kwietniu, miałem 8250 odpowiedzi, czyli dużo. W ostatnie dni wakacji – niespełna 2,9 tys. A kilkanaście dni temu – ponad 4 tys.

Skąd te różnice?
Wiosną wszyscy byliśmy zaskoczeni, niewiele wiedzieliśmy o pandemii, baliśmy się o siebie i bliskich, dlatego mimo liczby zakażeń na poziomie kilkudziesięciu czy kilkuset przypadków dziennie daliśmy się zamknąć w domach i rozumieliśmy, że konieczna jest zdalna edukacja. Jednocześnie żyliśmy w błogim przekonaniu, że to na chwilę, a za jakiś czas, liczony bardziej w tygodniach niż miesiącach, wszystko wróci do normalności. Także edukacja. Najpierw placówki zawieszono na prawie dwa tygodnie – nikt, z MEN na czele, nie wiedział, jak szkoły mają funkcjonować. Kiedy 25 marca wdrożono zdalne nauczanie, to też tylko do 10 kwietnia. I potem czterokrotnie przedłużano tę decyzję. Była nadzieja, że za chwilę wszystko się skończy.

Druga koronaedukacja inna niż pierwsza

A potem?
Potem był etap luzowania obostrzeń związany ze spadkiem zakażeń. Mogliśmy wyjechać na wakacje, nieco odreagować. Gdy pytałem rodziców pod koniec sierpnia, jak sobie wyobrażają naukę od nowego roku szkolnego, dwie trzecie było przekonanych, że mimo pandemii powinna się odbywać stacjonarnie.

Przyszedł wrzesień, a ponieważ – jak mówił minister Piątkowski – „ściany nie zakażają”, to otwarto szkoły, zresztą na wyraźne życzenie wielu rodziców, którzy chcieli i musieli wrócić do pracy. System decydowania o przejściu na nauczanie hybrydowe czy zdalne w odniesieniu do pojedynczych placówek przestał funkcjonować w październiku wraz z gwałtownym wzrostem zakażeń. I tak w kilku krokach (najpierw starsze klasy, potem I–III) weszliśmy w drugą koronaedukację. Zupełnie inną niż pierwsza.

Dlaczego inną?
Są szkoły, w których nic albo niewiele się zmieniło, ale generalnie naukę online stosuje się dużo szerzej. Wiosną wybierano formy nie tyle nauki, ile zlecania zadań. Uczniowie musieli pracować samodzielnie, przeczytać coś w podręczniku, zapoznać się z materiałami w internecie, zrobić prezentację itd. Lekcje z nauczycielem na żywo były rzadkością. Dziś w wielu szkołach jest presja, żeby wszystkie lekcje odbywały się zdalnie i obowiązywał normalny plan lekcji, tyle że nie w klasie, a przez internet.

Szkoła znów bezlitosna

Co rodzice sądzą o wymaganiach stawianych dzieciom? Woleliby, żeby trochę im odpuścić, czy raczej przykręcić śrubę?
To dobre pytanie – dotyka problemu oceniania, kolejnej kwestii, która od wiosny zmieniła się o 180 st. Do uczniów odnoszono się z dużą empatią. W przestrzeni publicznej wprost formułowano apele, żeby ich nie dociskać, łagodniej oceniać. Kuratorzy prosili o to nauczycieli w oficjalnych listach, a Rzecznik Praw Dziecka zgłosił nawet pomysł, żeby wszyscy uczniowie dostali ocenę „plus jeden” i zdali do kolejnej klasy. Dość łagodnie podchodzono do nieobecności. Ba, były nawet zalecenia, żeby nie sprawdzać listy obecności.

A jak jest teraz?
Jest zupełnie odwrotnie, bo nie jest to już sytuacja „na chwilę”, a edukacja zdalna czeka nas jeszcze przez kilka miesięcy (może nawet do wakacji). Zaczęło dominować przekonanie, że ma być normalnie, jak w budynku szkolnym. Szkoła znów jest bezlitosna: w dzienniku jest notowana każda nieobecność, kalendarze zapełniły się sprawdzianami. I dochodzą kartkówki, często niepodlegające żadnym limitom. Rodzice mówią, że mniej jest uczenia, a więcej sprawdzania wiedzy.

Z czym dzieci mają największe trudności?
Tutaj niewiele się zmieniło. Ponad trzy czwarte rodziców wskazuje na ogólne zmęczenie, znużenie sytuacją, w efekcie trudności w mobilizowaniu się do nauki. To chyba nikogo nie dziwi – każdy rodzic pewnie wie, jak trudno zachęcić dzieci do nauki. Tym bardziej że mamy do czynienia z pewnym paradoksem. Narzekaliśmy wiosną, że nie ma nauczania zdalnego, a kiedy już jest, widzimy, że jest ono potwornie męczące dla dzieci. Po wielu godzinach przed ekranem dzieciaki padają ze zmęczenia. A jeszcze mają lekcje do odrobienia, prace, sprawdziany.

Gdy słyszę rodziców opowiadających o swoich dzieciach, to zastanawiam się, czy to już nie jest łamanie konwencyjnego zakazu nieludzkiego traktowania. Czy dorośli nie rozumieją, że dzieci też są zmęczone pandemią, zamknięciem w domach, brakiem kontaktów z przyjaciółmi na żywo, że po wielu godzinach lekcji mają prawo do odpoczynku – tak jak dorosły po ośmiu godzinach pracy? Jeśli chodzi o miejsce do nauki – niewiele się zmieniło. Zasadniczo jest gorzej.

Jeszcze te kamery…

Może być gorzej?
Może. Poprawa nastąpiła dlatego, że wiele rodzin biedniejszych, wielodzietnych otrzymało sprzęt. Ale nie zmieniło się nic w tym sensie, że jeśli rodzina z trójką dzieci mieszka na 40 m kw., to nie każdy ma swój kąt do nauki. Nawet jeśli ma już komputer, to nadal nie ma komfortowych warunków. Właśnie rodziny wielodzietne, mieszkające w gorszych warunkach, są najbardziej poszkodowane przez koronaedukację. A jeszcze te kamery...

Co z nimi?
Wyobraźmy sobie trójkę dzieci mających lekcje w tym samym czasie. Żeby miały jakikolwiek komfort, mama je rozsadza: jedno siedzi w pokoju dziecięcym, drugie w dużym pokoju, dla trzeciego znajduje się miejsce w kuchni. A jeśli nauczycielka zażąda, żeby „omieść” kamerą cały pokój? Jak się czuje dziecko, gdy cała klasa widzi w tle jego małe, ubogie mieszkanie? Nie muszę wyjaśniać, mamy świadomość, jakie to traumatyczne przeżycie.

Skąd wymaganie, żeby „omiatać” pokój kamerą?
Przechodzimy do kolejnej trudności najczęściej wskazywanej przez rodziców – niesprawiedliwego oceniania. Wiosną rodzice mówili, że wystawianie ocen w przypadku sprawdzianów online nie ma sensu. Bo jedni są uczciwi i zmuszają dziecko do samodzielnej pracy, podczas gdy inni uczniowie rozwiązują testy z pomocą rodziców albo sztabu korepetytorów. Przykładem konkurs matematyczny „Kangurek” – kilka tysięcy osób dostało maksymalny wynik.

Nauczyciele wyciągnęli wnioski i podeszli do problemu bardzo twórczo. Stworzyli ostre systemy zabezpieczania się przed ściąganiem, wsparciem rodziców i korepetytorów. Podstawowy sposób to pisanie sprawdzianów przy włączonej kamerze i mikrofonie. Niektórzy wymagają, żeby przed klasówką uczeń „omiótł” pokój kamerą – nauczyciel upewnia się, że nikogo w nim nie ma. Czasem wymaga tego w dowolnym momencie testu czy kartkówki. Jest wiele rozwiązań, ale wolę o nich nie mówić i nie podpowiadać.

Czarnek? Tylko jedno oczekiwanie

Jak rodzice oceniają organizację systemu edukacji zdalnej – przygotowanie nauczycieli, podstawy programowe, decyzje MEN i nowego ministra?
Niewiele się tu zmienia – system oceniają źle. Inaczej jest w przypadku nauczycieli, bo choć rodzice dostrzegają problemy, to nauczycieli sytuują raczej po stronie ofiar pandemii, wieloletnich zaniedbań, nieudacznictwa rządzących.

A stosunek do ministra Czarnka czy – ogólniej – do ministerstwa? Cóż, rodzice mają chyba coraz większy dystans. Widzą, że tam na „górze” jest inny świat, minister żyje innymi problemami. Ten brak zainteresowania nie jest efektem lekceważenia MEN, ale raczej rezygnacji, frustracji, braku nadziei, że można ze strony rządu oczekiwać czegoś dobrego. Właściwie widzę jedno oczekiwanie: żeby MEN nie zaskakiwał decyzjami, ale informował z wyprzedzeniem, co dalej z edukacją ich dzieci.

Czy są mimo wszystko jakieś plusy edukacji zdalnej?
Tak, dwa wskazywane przez niemal trzy czwarte rodziców. To tęsknota za „normalną szkołą” i kontaktami rówieśniczymi. Rodzice sobie chyba uświadomili, że ich dzieci nie są wcale cyborgami z pokolenia Z, które żyją wyłącznie w świecie wirtualnym. To normalni młodzi ludzie, którzy potrzebują kontaktów na żywo. I jeszcze jeden plus – rodzice lepiej przyjrzeli się pracy swoich dzieci, zauważyli, jak bardzo są obciążone nauką. Zdaniem dwóch trzecich rodziców podstawy programowe należałoby odchudzić.

Edukacyjne ofiary koronawirusa

Czy biorąc pod uwagę wpływ sytuacji na psychikę dzieci, będzie można mówić o „straconym roczniku”?
Już można mówić o negatywnym wpływie sytuacji nie tyle na rocznik, ile na pokolenie. Choć nie użyłbym mocnego określenia „stracone” – raczej pokrzywdzone. Jest kilka grup uczniów szczególnie dotkniętych sytuacją, ofiar koronaedukacji. To uczniowie ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, wymagający indywidualnego wsparcia pedagogów, psychologów, terapeutów. Uczniowie z rodzin, w których nie ma warunków do nauki. Chodzi o warunki mieszkaniowe, brak sprzętu, dostępu do internetu, ale i o niski kapitał kulturowy rodziców.

To dwie szczególne grupy, ale tak naprawdę negatywne skutki koronaedukacji dotkną całe roczniki. Klasy I–III, w których konieczny jest dobrze przygotowany nauczyciel, ósmoklasistów, których czeka rekrutacja do szkół ponadpodstawowych. Są też maturzyści trzyletnich liceów, młodzi ludzie, którzy mieli dotąd zaledwie półtora roku normalnej nauki. Może się okazać, że połowa ich nauki w liceum przypadnie na czas pandemiczny. To nie może nie wpłynąć na poziom ich wiedzy i umiejętności, ale też na zmianę w relacjach rówieśniczych czy – szerzej – społecznych. Musimy – myślę o rodzicach, nauczycielach, ekspertach, ale też władzach różnych szczebli – mieć świadomość negatywnych skutków tej sytuacji i już się zastanawiać, co zrobić, żeby jak najbardziej ograniczyć grono poszkodowanych.

Warto też wreszcie pomyśleć o uelastycznieniu systemu. Dać więcej instrumentów organom prowadzącym, dyrektorom. Obawiam się, że może być z tym problem, bo taka decentralizacja wymaga zrozumienia, że tam, „na dole”, w pojedynczej gminie, szkole, ludzie najlepiej potrafią określić, jaki sposób organizacji nauki będzie optymalny. Nic nie wskazuje, by w najbliższym czasie sytuacja miała się poprawić.

***

Grzegorz Całek jest dyrektorem Instytutu Inicjatyw Pozarządowych, prezesem Polskiego Towarzystwa Zespołu Aspergera. Bada podmiotowość rodziców w polskiej szkole i problematykę niepełnosprawności (jako doktorant w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego).

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Wymarsz z religii

W szkołach średnich, w dużych miastach, uczestniczący w lekcjach religii to już mniejszość. Topniejąca z roku na rok.

Joanna Podgórska
01.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną