Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Czy rok szkolny zacznie się strajkiem nauczycieli? „Musi być dotkliwy. Inaczej będzie dramat”

Strajk nauczycieli, 2019 r. Strajk nauczycieli, 2019 r. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl
Po odrzuceniu przez Sejm poprawek, które przyznawałyby podwyżki wszystkim nauczycielom, z dnia na dzień przybywa pytań, czy nowy rok szkolny zacznie się strajkiem. Najważniejsze związki zawodowe zapowiadają „zdecydowane kroki”.

Przypomnijmy, 5 sierpnia posłowie Zjednoczonej Prawicy zdecydowali, że w Karcie Nauczyciela i innych ustawach nie znajdą się przepisy proponowane przez ZNP i Senat, które przewidywały wzrost nauczycielskich wynagrodzeń o 20 proc. od września. Na podwyżkę mogą liczyć tylko najmłodsi stażem, których aktualne pensje z trudem dobijają do płacy minimalnej. Nie ma szczególnych złudzeń, że prezydent podpisze nowe regulacje, choć formalnie ma na to czas do 26 sierpnia.

Strajk nauczycieli. Ale jaki?

Trzy główne centrale związkowe, ZNP, Wolny Związek Zawodowy „Forum – Oświata”, a nawet Krajowa Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”, właśnie w ostatnim tygodniu sierpnia mają podjąć decyzję, czy protestować, a może raczej: jak to robić? Pomysł strajku od miesięcy powraca w odpowiedzi zarówno na dramatyczny realny spadek wynagrodzeń nauczycieli (w maju dostali 4,4 proc. podwyżki, co nie niweluje nawet poziomu inflacji, a w kwotach bezwzględnych oznacza kilkadziesiąt złotych na osobę), jak i na kolejne pomysły członków rządu ograniczające autonomię szkół, co sprawia, że atmosfera w wielu placówkach staje się nie do wytrzymania.

Jednak w świetle ustawy przedmiotem sporu zbiorowego mogą być tylko wynagrodzenia i warunki pracy. – To jedna z trudności związanych z wchodzeniem na tę ścieżkę – przyznaje Sławomir Wittkowicz, przewodniczący WZZ „Forum – Oświata”. – Druga polega na tym, że w świetle prawa stroną w tym sporze musi być szkoła lub przedszkole, podczas gdy powinien nią być minister edukacji i nauki, ewentualnie premier. Te uwarunkowania zniechęcają część osób do zaangażowania się w ściśle rozumiany strajk, czyli zaprzestanie pracy.

Związkowiec dodaje, że procedury, których trzeba dopełnić, żeby legalnie rozpocząć taką akcję, rozciągają się na tygodnie (w 2019 r. trwały trzy miesiące). Po ustaleniu żądań i zgłoszeniu ich szkole lub przedszkolu są jeszcze obligatoryjne etapy rokowań i mediacji, a następnie referenda strajkowe w poszczególnych placówkach. Przy tym działacze wszystkich największych organizacji przyznają, że ich wynik byłby niepewny. Wpływają na to wspomnienia nieskutecznego strajku sprzed trzech lat, których gorycz nasila się w obecnej sytuacji gospodarczej. Gdyby protestującym znów potrącono wynagrodzenia za dni strajku, tak jak wówczas się zdarzało, wiele osób znalazłoby się w poważnych tarapatach. – Można jednak działać dwutorowo: organizować akcje protestacyjne, które nie wymagają przejścia całej procedury sporu, a tylko decyzji władz krajowych związków i oczywiście udziału nauczycieli – podkreśla Sławomir Wittkowicz.

Czarnek nie chce rozmawiać

Technicznie wykonalna już we wrześniu byłaby np. manifestacja w Warszawie (mogłaby być wspólna z innymi grupami zawodowymi, choć nie brak też sarkastycznych głosów, że aby kogokolwiek ona poruszyła, musiałaby zablokować miasto na trzy tygodnie). Wykonalny byłby też strajk włoski polegający np. na tym, że nauczyciele nie przynoszą do szkoły żadnego własnego sprzętu albo drobiazgowo i długo wykonują najprostsze czynności. Tu jednak nie brak obaw przed hejtem, pytań, czy na pewno byłoby to zgodne z prawem, i przewidywań, że w środowisku zaraz pojawią się odniesienia do misji, „niebrania dzieci jako zakładników” itd.

Nad sposobami protestu zastanawiać się też będzie KSOiW „Solidarność”, która strajku w formie z 2019 r. raczej nie bierze pod uwagę. — W 2019 r. nie organizowaliśmy strajku – wtedy nasz protest polegał na okupacji Małopolskiego Kuratorium Oświaty – przypomina Monika Ćwiklińska, rzeczniczka związku. – Ostatecznie okazaliśmy rządowi zaufanie, podpisaliśmy porozumienie, które jednak w dużej części nie zostało zrealizowane. Obecnie dialogu społecznego nie ma. Od pół roku szef MEiN Przemysław Czarnek w ogóle z nami nie rozmawia. Na nieliczne spotkania przychodzi wiceminister Dariusz Piontkowski, który zaczyna od stwierdzenia, że nie ma uprawnień do podejmowania żadnych decyzji. Pod rządami tej władzy nie nastąpiły żadne zmiany na lepsze dla nauczycieli. Będziemy chcieli, żeby nasz protest był dotkliwy.

Czytaj też: Chaos i ścisk. Po wakacjach w szkołach czeka nas seria katastrof

Masowy exodus ze szkół

Zbyt wielu konkretów na razie więc nie ma. Ale może trudno się dziwić, bo przed podjęciem jakichkolwiek decyzji trzeba policzyć szeregi, a nasilony wiosną exodus ze szkół i przedszkoli nie traci tempa. Tylko 9 sierpnia w Mazowieckim Kuratorium Oświaty pojawiło się ponad 220 nowych ogłoszeń o pracy dla nauczycieli. W całym województwie na obsadę czeka 3,5 tys. stanowisk. W Śląskim Kuratorium ofert pojawia się 120–130 na dzień. W sumie jest ich ponad 2 tys. W samej Warszawie ze stanowisk dyrektorów zrezygnowało w trakcie kadencji ponad 30 osób (zwykle było ich kilka, średnio cztery).

Istnieje pogląd, że masowe odejścia to najbardziej skuteczna forma zwrócenia uwagi na dramatyczną sytuację w oświacie. Kłopot w tym, że rzeczywistą sytuacją w szkołach i przedszkolach na szczytach pisowskich i państwowych władz nikt się już nie przejmuje. Jeśli jakoś się to wszystko dopnie, to się dopnie. A jeśli się nie dopnie, to się elektoratowi naopowiada, że leniwi nauczyciele i przeżarte zdradą opozycyjne samorządy sypią piach w koła – i też się dopnie.

Czy masowa, spektakularna akcja protestacyjna jest szansą na zmianę sytuacji nauczycieli i rzeczywistości szkół? Trudno powiedzieć. Ale bez niej w najbliższym czasie na pewno nie zmieni się nic.

Czytaj też: Nauczyciele kontra Czarnek. „Przyjmujesz warunki rządu albo giniesz”

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Gdzie jest gotówka? W Polsce ubywa banknotów, z ulic znikają bankomaty

Jest kłopot z papierowymi pieniędzmi. Ubywa bankomatów, kurczy się też sieć oddziałów banków. W sklepach coraz trudniej zapłacić pieniędzmi. Większe transakcje w banknotach stają się podejrzane.

Cezary Kowanda
29.09.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną