Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

8 lat złej zmiany PiS dla kobiet. Ta władza upokarzała bez znieczulenia

Marsz dla Izy. Warszawa, 6 listopada 2021 r. Marsz dla Izy. Warszawa, 6 listopada 2021 r. Anna S. Kowalska / Polityka
Obszar, w którym łamanie praw kobiet wydarzało się najszybciej, dotyczy praw reprodukcyjnych. Kierunek od lat był, jaki był – dociskanie śruby, blokowanie dostępu do aborcji, również tej ciągle legalnej, blokowanie dostępu do badań prenatalnych, bo ich wynik mógłby być podstawą do przerwania ciąży.

W cyklu analiz „8 lat PiS” dziennikarze i publicyści „Polityki” opisują dwie kadencje rządów Prawa i Sprawiedliwości w najważniejszych obszarach życia publicznego. Spis wszystkich odcinków znajdziecie Państwo na końcu tego artykułu.

Pierwsza kadencja rządów PiS zaczęła się od deklaracji wypowiedzenia przez Polskę konwencji stambulskiej. Ów międzynarodowy traktat zobowiązuje państwa do wspierania systemowych rozwiązań przeciwdziałających przemocy domowej i wspierających kobiety, które z takiej przemocy próbują się wyzwolić; przeciwdziałających nierówności płac, nierówności w dostępie do medycyny czy szkolnictwa. Oficjalnie mówiono o niedopuszczalnych sformułowaniach, wedle których przemoc może być zakorzeniona w religii, nieoficjalnie słychać było w kręgach rządowych, że Polska zamierza pisać własną wersję konwencji. I wrzucić w ten dokument ochronę życia poczętego…

Głowa rodziny zadba, szyja się zaopiekuje

Głośno debatowano o konwencji, za to po cichu zajęto się demontowaniem tego, co mogło godzić w sankcjonowaną politycznie patriarchalną strukturę społeczną. „Przemoc domowa ma źródło w odejściu od tradycyjnych wartości; w katolickiej rodzinie, scalanej miłością i wiarą, takie rzeczy nie zdarzają się, wystarczy więc zlikwidować rozwody i posadzić ludzi w kościołach” – ów powielany wśród hierarchii kościelnej skrypt zaczął teraz narzucać kierunek państwowej logiki. W poczuciu ratowania instytucji rodziny, a więc pośrednio kobiet, odbierano więc państwowe fundusze organizacjom służącym ofiarom przemocy wsparciem prawnym i mieszkaniem (by je przekazać fundacjom katolickim albo narodowym) i zlikwidowano urząd pełnomocnika rządu do spraw równości płci wraz z jego prowadzonym od dekad konkursem wspierającym odchodzenie z domów pełnych przemocy. Forsowano rozwiązania prawne, które miały zniechęcać Polaków do rozwodów np. z powodów ekonomicznych (o tym dalej).

Sama przemoc domowa nie zaprzątała uwagi państwa (w aktach prawnych przemianowano zresztą na „domową” dawną „przemoc w rodzinie”, argumentując, że to drugie sformułowanie buduje niekorzystny stereotyp i godzi w świętą niemal instytucję). Na warsztaty zastępowania przemocy fizycznej innymi zachowaniami państwu brakowało pieniędzy (np. Warmia i Mazury), a rodziny, wcześniej informowane przez asystentów z pomocy społecznej, że jeśli nie zaczną uczyć się innych form komunikacji niż karanie i upokarzanie, to dzieci zostaną im odebrane – nagle urastały do ról bohaterów narodowych, a za ich prawem do prywatności w życiu rodzinnym, wychowywania dzieci po swojemu i budowania ojcowskiego autorytetu wstawiał się sam prezydent. Głowa rodziny zadba, szyja się zaopiekuje, dzieci, rosnące w świecie bez rozwodów, same w przyszłości wezmą odpowiedzialność za bliskich. Za wszystko, co złe, przeproszą w kościele. Państwo nie będzie potrzebne.

Matkom przybyło kłód pod nogami

Sztandarowy program PiS 500 plus wiele kobiet doceniło. Z analiz wynika, że sytuacja finansowa rodzin z dziećmi w Polsce w następstwie tego programu istotnie się poprawiła (nawet jeśli potem znaczną część owoców pożarła inflacja). Ale w tym samym czasie sytuacja wielu kobiet niemieszczących się w patriarchalnym modelu dwa plus dwa zaczęła się pogarszać.

Matki wychowujące dzieci, które wymagają stałej opieki, zabetonowano na dobre w rolach bezpłatnych niewolnic. Choć choroba czy niepełnosprawność są nieodwracalne, jeśli opiekunka chce korzystać z państwowej pomocy, umożliwiającej jej i dziecku egzystencję, musi zrezygnować z własnego życia. Żadnych dodatkowych pieniędzy prócz głodowego zasiłku, żadnych prac zleconych, pracy twórczej, przetłumaczonego wiersza lub innego zlecenia – bo państwo odbierze zasiłek. Mimo wielu protestów, podpisanych dziesiątek tysięcy listów protestacyjnych nic się nie zmieniło. Matkom samotnym przybyło kłód pod nogami – jakby za karę. Odebrano im np. prawo do rozliczania się wspólnie z dziećmi, w efekcie matka utrzymująca cały dom i zarabiająca przyzwoicie odda państwu PiS większy podatek niż mężczyzna utrzymujący zamiast dzieci niepracującą żonę. Nie udało się nawet wprowadzić do koreksów alimentów natychmiastowych – w podstawowej wysokości, gwarantowanych dla dziecka w przypadku, gdy dopiero rozpoczyna się zwykle idący w lata proces o ich przyznanie. A sam proces, z racji na zapaść w sądach, trwa dziś jeszcze dłużej niż kiedyś.

Obniżono wiek emerytalny dla kobiet. Niby dobrze. Zapewne zgodnie z nową ideologią państwową: żeby starsze Polki mogły sprawnie zostać etatowymi babciami. To rozwiązanie zostało przez wiele kobiet docenione, szczególnie jeśli pracowały na więcej niż dwóch fizycznych etatach i u progu sześćdziesiątki były już bardzo zmęczone. Ale w efekcie różnice pomiędzy wysokością emerytur kobiet i mężczyzn w Polsce jeszcze się pogłębiły. System skonstruowany został przed laty wedle logiki, że skoro statystycznie mężczyźni żyją krócej, na emeryturze dostają więcej niż kobiety, w przypadku gdy przepracowali tyle samo lat za takie same pieniądze. A przecież emerytury kobiet uszczuplane są jeszcze z powodu ich ról biologicznych albo kulturowych. Kiedy opiekują się, rodzą, pielęgnują niemowlęta ich konto emerytalne się nie napełnia. Podobnie jak pozostaje puste, gdy kobiety zamiast nadgodzin pędzą do przedszkola, a potem na drugi etat w domu. Program 500 plus, w efekcie którego część kobiet zdecydowała się w domu zostać, jeszcze pogłębił tę rysującą się na horyzoncie nierówność.

PiS ma jedną odpowiedź: rodzina

PiS na te wszystkie problemy miał jedną odpowiedź: rodzina. Dobry mąż wypracuje konieczną emeryturkę, którą się po katolicku podzieli z żoną. W takiej rodzinie potrzebne są dzieci...

Obszar, w którym łamanie praw kobiet wydarzało się najszybciej, dotyczy praw reprodukcyjnych. Kierunek od lat był, jaki był – dociskanie śruby, blokowanie dostępu do aborcji, również tej ciągle legalnej, blokowanie dostępu do badań prenatalnych, bo ich wynik mógłby być podstawą do przerwania ciąży. PiS, dopuszczając do dalszego czytania w Sejmie całkowicie zakazujący aborcji projekt wniesiony przez Ordo Iuris, zapewne nie spodziewał się milionów protestujących ludzi na ulicach polskich miast. I zarazem przestraszył się tej reakcji, bo ustawa nie została uchwalona.

Zaczął się covid i pod jego przykrywką lansowany przez hierarchię Kościoła pomysł powrócił: tym razem przeforsowany za pośrednictwem pisowskiego Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej, który wyłączył możliwość przerywania ciąży z powodu wad letalnych płodu. Pomniejsze pomysły, jak wprowadzony rejestr ciąż, w którym każdy lekarz w Polsce zobowiązany jest umieszczać notkę o ciężarnej, wobec kolejnego drastycznego zaostrzenia prawa wydał się już błahostką. Podobnie jak wyłaniający się z kolejnych raportów obraz polskich porodówek, na których za rządów PiS kobiety musiały rodzić bez znieczulenia; w 2023 r. w połowie polskich szpitali nie stosowano go do porodu.

Energia Czarnych Protestów, które ogarnęły Polskę w 2016 r., przekształciła się tymczasem w sieć oddolnych ruchów społecznych. Trwające wiele miesięcy protesty uliczne wypaliły się, ale sprzeciw karmił się nadal – przypadkami śmierci kolejnych kobiet na oddziałach ginekologicznych. Aż coś się zmieniło; w 2023 r. w badaniach CBOS po raz pierwszy zwolennicy wolnej decyzji kobiety o dostępie do aborcji okazali się najliczniejszą grupą. To może w końcu nadać państwu nowy kierunek.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Nauka

Kleszcz: pospolity, łąkowy, afrykański. Dlaczego nam grożą i jak się ich pozbyć

Wiktoria Romanek z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego opowiada „Polityce” o tym, jak rozróżnić kleszcze, o Narodowym Kleszczobraniu oraz tym, co robić, gdy znajdziemy kleszcza wbitego w nasze ciało lub ciało naszego czworonożnego przyjaciela.

Maciej Jaźwiecki
16.06.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną