Narządy nieobowiązkowe
Edukacja seksualna: „trochę dziewica” polskiej szkoły. Bałagan jest monstrualny. Czego dzieci nie usłyszą?
Jeśli zrobienie z edukacji seksualnej fakultatywnej części przedmiotu edukacja zdrowotna miało być unikiem wobec gniewu Kościoła i ataków prawicy, to wyszedł on rządowi dość koślawo. Decyzję o przyszłości przedmiotu szefowa MEN Barbara Nowacka ogłosiła 9 kwietnia, ponad tydzień później niż wielokrotnie to zapowiadała. W wywiadzie w TVN24 ministra oświadczyła, że edukacji zdrowotnej (EZ) będą obowiązkowo uczyć się dzieci z klas IV–VIII podstawówek oraz – przez dwa lata – uczniowie w szkołach ponadpodstawowych.
Jak precyzowała szefowa MEN, przedmiot ma się składać „tak naprawdę z dwóch przedmiotów, czyli przedmiotu edukacja zdrowotna i nieobowiązkowego przedmiotu – około jednej dziesiątej całości – dotyczącego wiedzy o zdrowiu seksualnym”.
Według nieoficjalnych informacji ministra edukacji już w lutym chciała domknąć ustalenia na temat EZ. Wobec coraz to nowych danych o fatalnym stanie zdrowia dzieci mogło się wydawać, że nowy przedmiot będzie pełnoprawnie funkcjonować od września w polskich szkołach. Ale szefowa MEN nie doceniła siły emocji koalicyjnych partnerów, zwłaszcza PSL. Przez kolejne tygodnie toczyły się burzliwe dyskusje, czy i ewentualnie w jakiej formule można w szkołach uczyć o zdrowiu, a nieoficjalnie na powierzchnię wydobywały się kolejne warianty, a to, że EZ faktycznie będzie, a to, że w ogóle jej nie będzie, a to, że będzie, ale całkowicie wykastrowana z wątków związanych z seksem. Jakkolwiek śmieszno-strasznie by to brzmiało – okazało się jednym z fundamentalnych wątków dla przyszłości koalicji.
Oni idą po nasze dzieci
Informacja o podziale edukacji zdrowotnej na dwie części wprawiła odbiorców w zdumienie. W historii polskiej szkoły nie było dotychczas przypadku, żeby jakiś przedmiot był obowiązkowy częściowo.