Świat

Kryzys na Białorusi. A jeśli przybierze wymiar zbrojny?

Białoruscy żołnierze składają przysięgę. Czerwiec 2020 r. Białoruscy żołnierze składają przysięgę. Czerwiec 2020 r. Natalia Fedosenko / TASS / Forum
Wysłanie na granice białoruskiego wojska przypadkiem podnosi ryzyko konfliktu. A wejście wojsk rosyjskich na Białoruś byłoby dla NATO alarmem poważniejszym niż zajęcie Krymu.

Jeśli ktoś myślał, że epidemia covid będzie najpoważniejszym kryzysem 2020 r. – oby miał rację. Za chwilę może się okazać, że czas lockdownu i maseczek będziemy wspominać z tęsknotą jako moment wymuszonego spokoju. Tuż za naszą wschodnią granicą, o wiele bliżej niż sześć lat temu Krym i Donbas, całkiem realny jest scenariusz masowego rozlewu krwi, zbrojnej konfrontacji lub interwencji agresywnego mocarstwa.

NATO zadeklarowało poprzez sekretarza generalnego Jensa Stoltenberga, że obserwuje sytuację i pozostaje czujne. Podobnie wypowiadał się w Polsce sekretarz stanu USA Mike Pompeo. Jeśli chodzi o nasze władze, wiceminister spraw zagranicznych Marcin Przydacz – pytany w TV Republika o sytuację na Białorusi, w tym rozlokowanie oddziałów armii białoruskiej na granicy – ocenił, że „z perspektywy Polski nie ma żadnych zagrożeń bezpieczeństwa”.

Czytaj też: To ich Sierpień. Jak obudziła się Białoruś

Łukaszenka szuka winnych na Zachodzie

Choć wielu ekspertów i przedstawicieli rządów nadal powątpiewa w siłowe rozwiązania i odsuwa perspektywę walk wewnętrznych na Białorusi, Aleksandr Łukaszenka sam zaczął pisać uwerturę do tego dramatu. We wtorek na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego ogłosił wysłanie na zachodnie granice oddziałów wojska w podwyższonej gotowości bojowej. Wyjaśniał, że to reakcja na „pewne wypowiedzi przywódców państw zachodnich”, nie precyzując, o jakie wypowiedzi, jakich przywódców ani jakie państwa chodzi. Dodał jednak, że gołym okiem widać wpływ zewnętrznej presji na wydarzenia w kraju – bezprecedensowej skali manifestacje, protesty i strajki, których uczestnicy domagają się w zasadzie jednego: odejścia rządzącego krajem od 26 lat Łukaszenki.

Wcześniej on sam i jego poplecznicy w Moskwie sugerowali, że za protestami powyborczymi stoi NATO, w szczególności Polska i Litwa. Łukaszenka mówił, że jego wrogowie chcą przyłączenia kraju do Zachodu i odwrócenia się od Rosji, mimo że wśród haseł i transparentów na manifestacjach trudno to dostrzec. Słowem o tym nie wspomniała kandydatka opozycji w wyborach prezydenckich Swiatłana Cichanouska.

Czytaj też: Dwie rzeczywistości na Białorusi. Kiedy się przetną?

Idą na granicę?

Do tej pory białoruski autokrata radził sobie z najpoważniejszym kryzysem politycznym za swoich rządów siłami resortów wewnętrznych, może próbując zachować pozory praworządności, a może nie chcąc ryzykować. Jednak wysłanie wojsk na granice poza planem ćwiczeń i niezasygnalizowane w ramach procedur OBWE jest aktem desperacji i zarazem eskalacji – o ile zostanie potwierdzone.

Dystrybuowany rządowymi kanałami filmik z posiedzenia rady nie stanowi jeszcze stuprocentowo wiarygodnego źródła informacji, może być elementem wojny informacyjnej reżimu, kłamstwem na użytek wewnętrzny. We wtorek brakowało niezależnego potwierdzenia o ruchach białoruskich wojsk. Ale w kolejnych dniach możemy obudzić się w nowej, zmienionej i bardziej ryzykownej rzeczywistości.

Czytaj też: Co dalej z Białorusią? Co zrobi Polska, co reszta świata?

Groźba prowokacji

Wysłanie wojsk w podwyższonej gotowości na granice państw NATO podnosi poziom napięcia w regionie. Takie sformułowania do tej pory były zarezerwowane dla bardziej zapalnych obszarów świata. Ale od czasów rosyjskiej agresji na Gruzję i – jeszcze bardziej – na Ukrainę stały się narzędziem opisu sytuacji na rubieżach Europy lub w jej obrębie.

Gdyby w wiarygodny sposób potwierdzono rozmieszczenie przez Białoruś oddziałów wojska na granicach z państwami NATO – a więc Polską i Litwą – oznaczałoby to niespotykaną w historii poszerzonego sojuszu eskalację. Krok polityczny niemal o samobójczych konsekwencjach w kontekście jakichkolwiek normalnych relacji z partnerami na Zachodzie. Białoruskie wojsko samo nie jest potęgą i zapewne nie stanowi zagrożenia dla NATO ani nawet dla krajów bezpośrednio sąsiadujących. Pytanie, czy nie może być narzędziem prowokacji lub celowej destabilizacji.

Scenariusz to niebezpieczny dlatego, że wojsko – choć w teorii poddane procedurom i hierarchii dowodzenia – w praktyce nie działa w próżni społecznej ani w oderwaniu od emocji, w tym politycznych. Białoruś jest dzisiaj w stanie rozedrgania, które musi się udzielać żołnierzom i oficerom. Na ulicach dużych i małych miast demonstrują niewidziane w dziejach tego kraju tłumy, robotnicy w fabrykach nie boją się skandować „odejdź!” do samego prezydenta, nastroje są ewidentnie przeciwne reżimowi. Dziesięć dni po wyborach żołnierze dobrze wiedzą, po co jadą na granice (o ile jadą): by umacniać i legitymizować przekaz prezydenta o zagrożeniu i inspiracji protestów z zewnątrz.

Część może być skłonna wykonać rozkazy (jakie?), część może się zastanawiać, część może się im przeciwstawić. Znawcy Białorusi w Polsce uważają raczej, że ani Łukaszenka, ani jego wojskowi nie zaryzykują walki o przetrwanie poprzez rozpętanie granicznego konfliktu z NATO. Ale nie można całkiem wykluczyć prowokacji, w tym inspirowanej z zewnątrz, w szczególności przez Rosję.

Czytaj też: Takiej mobilizacji na Białorusi jeszcze nie było

Wrócą zielone ludziki?

Białorusini to naród partyzantów, daję głowę, że po chałupach mają pochowaną broń, może nawet jeszcze z wielkiej wojny ojczyźnianej – mówi mi ekspert rządowej instytucji pytany o najgorszą ewentualność: rosyjską interwencję zbrojną, otwartą czy zakamuflowaną. Powtórzenie wariantu krymsko-donbaskiego byłoby o tyle trudniejsze, że po doświadczeniach 2014 r. rosyjska taktyka została zdemaskowana i wszyscy są na nią wyczuleni. Ale domysły o szykowanej inwazji zielonych, czarnych lub innego koloru ludzików wzmagają internetowe doniesienia o kolumnach ciężarówek zmierzających z głębi Rosji na białoruską granicę.

Widmo walk z rosyjskimi oddziałami interwencyjnymi odnosi się jednak nie tylko do ludności cywilnej. Ten sam ekspert dopuszcza możliwość buntu jednostek białoruskiej armii, których żołnierze czują w sobie narodowego ducha. Klimat narodowego przebudzenia musi udzielać się zwłaszcza w sytuacji, gdy siły zbrojne wciąż oparte są na systemie powszechnego poboru, a nawet rządy Łukaszenki charakteryzowały się podkreślaniem niezależności od Rosji.

Jeśli tyran stracił poparcie szeregowego wojska, nie może polegać całkiem na wierności oficerów, o ile w ogóle ją ma. Gdy zwątpi w wierność własnej armii, jedynym ratunkiem może się okazać „bratnia pomoc”. Jej opcje omawiał już z Władimirem Putinem, przewiduje je traktat obronny łączący Rosję i Białoruś. Dla Łukaszenki, tak jak dla całej Białorusi, zaproszenie rosyjskich wojsk do obrony byłoby końcem jakiejkolwiek niezależności, ale dziś nie można tego wykluczyć. Dla NATO oznaczałoby to kryzys równoznaczny lub groźniejszy niż aneksja Krymu i wojna w Donbasie.

Czytaj też: Białoruś na krawędzi. Nie ma optymizmu, jest nadzieja

Białoruś militarnie kluczowa dla Rosji

Żeby to zrozumieć, warto wziąć do ręki linijkę i odwrócić mapę, tak by lepiej oddawała perspektywę Moskwy. Zrozumieniu sytuacji pomaga też pokolorowanie terytorium NATO na jeden kolor, a Rosji i Białorusi na inny. Jednolita barwa ma uzasadnienie – w ramach traktatu nie tylko tworzą państwo związkowe, ale i jednolity obszar pod względem obronnym. To, że na Białorusi nie ma dużych rosyjskich baz, jest w tym sensie nieistotne. Kraj ten jest dla Rosji swobodnie dostępny i całkowicie przejrzysty pod względem militarnym.

Patrząc ze wschodu na zachód, Białoruś jest jednocześnie najbardziej wysuniętym kawałkiem rosyjskiej przestrzeni lądowej poza wyspą Obwodu Kaliningradzkiego. Wrzyna się na niemal 400 km od strony północnej, czyli litewskiej, i na niemal 600 km od strony południowej, ukraińskiej, w stronę Zachodu i NATO. Stanowi jedyny lądowy pomost wiodący w stronę nasyconej techniką wojskową i siłą żywą eksklawy kaliningradzkiej.

To, co z perspektywy NATO jest przesmykiem suwalskim, łączącym zachodnią Europę z półwyspem państw bałtyckich, z perspektywy Rosji oddziela jej wielką masę lądową i wojskową od malutkiej, lecz niezwykle cennej wysepki wciętej między Polskę a Litwę. Tylko z terytorium Białorusi Rosja ma jakiekolwiek realne możliwości obrony Kaliningradu, tylko przez Białoruś jakiekolwiek realne możliwości ewakuacji.

Rosyjscy wojskowi zdają sobie sprawę, że w przypadku rozpętania wojny przy odpowiedniej determinacji Polaków, Bałtów, Amerykanów i NATO ich nadbałtycka piaszczysta wysepka stanie się cmentarzem. Dlatego nigdy jej nie oddadzą, a żeby jej nigdy nie oddać – nie mogą zrezygnować z kontroli nad Białorusią. Pytanie, czy w obliczu obecnego kryzysu nie zdecydują się tej kontroli zacieśnić, jest dziś otwarte. Gdy na Białoruś wejdą i na niej zostaną, znajdą się przynajmniej o te 400 km bliżej, rozciągając graniczną styczność z obszarem NATO i przez to zwiększając bezpośrednie zagrożenie.

Czytaj też: Mike Pompeo w Warszawie. Jak oceniać umowę z USA?

Nadzieja na umiar

Taka kalkulacja podnosi ocenę sytuacji militarnej w regionie na wyższy poziom – strategiczny. Stanowi to z jednej strony większe ryzyko, z drugiej daje nadzieję na umiar i cierpliwość. Bo chyba nadal nikomu nie zależy na wojnie NATO–Rosja, a nawet na zbrojnym incydencie, który musiałby wywołać dalsze reakcje, jak sankcje czy kosztowne dla obu stron zwiększenie obecności wojsk na granicach.

Dlatego należy oczekiwać, że wojskowe ekscesy oblężonego w Mińsku Łukaszenki zostaną powstrzymane przez Rosjan, o ile im samym nie zacznie zależeć na chwilowej eskalacji, np. w celu ostatecznego zdyskredytowania białoruskiego prezydenta i przejęcia władzy pod hasłami normalizacji.

Z tej perspektywy oświadczenie polskiego MSZ, że nie widzi zagrożenia w deklaracji o rozmieszczeniu białoruskich wojsk, jest uspokajające – nie daje paliwa Łukaszence i nie podnosi temperatury ponad niebezpieczny poziom. A doniesienia o lądowaniu w Mińsku specjalnego samolotu z Moskwy można interpretować zarówno jako misję powstrzymującą przed nierozważnymi krokami, jak i zachętę do rozprawy z opozycją. Sowiecki styl zarządzania satelitami niestety nie umarł wraz ze Związkiem Radzieckim, a dziś Białoruś to jedyny taki satelita.

Czytaj też: Trump uderza w Niemcy, NATO i Polskę. Prysły iluzje o forcie

Wojskowa czujność

Poza dyplomacją istnieje wojskowa czujność. Dowódcy liniowi w Polsce nie chcą o niej rozmawiać, co jest zrozumiałe w obecnej sytuacji podwyższonych emocji i nerwów. MON oficjalnie też milczy, o żadnym podnoszeniu gotowości bojowej na razie nie ma mowy. Wojsko dysponuje przynajmniej dwiema brygadami „szybkiego reagowania”, które łatwo byłoby przemieścić na granicę w razie potrzeby. Na razie jednak nie ma sygnałów, by w krakowskim garnizonie 6. brygady powietrznodesantowej czy w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie bazuje 25. brygada kawalerii powietrznej, był alarm.

Na pewno jednak pełne ręce roboty (a ściślej: oczy i uszy) mają jednostki rozpoznania: polskie, litewskie oraz dowodzone przez NATO siły zlokalizowane w przygranicznym rejonie. Po stronie polskiej liderami grupy bojowej są Amerykanie, u boku których służy kompania rozpoznania z Wielkiej Brytanii. To jednostki taktyczne, ale można być przekonanym, że siły zbrojne obu krajów monitorują sytuację z wyższego szczebla i mają do dyspozycji najlepszą technikę, w tym satelitarną i lotniczą.

Po litewskiej stronie dyżur pełnią Niemcy, również świetnie wyposażeni w technikę, choć zapewne bardzo ostrożni w politycznej ocenie sytuacji. Tłok na telefonicznych gorących liniach z Moskwą i Mińskiem świadczy o tym, że Europa, w tym Berlin, patrzy na sytuację z powagą i niepokojem, a wojskowi są jednym ze źródeł informacji dla polityków. O świadomość sytuacyjną NATO nie ma powodu się niepokoić. Najważniejsze jednak, by intencje obu – a nawet trzech – stron były dla reszty zupełnie jasne.

A Rosja nie zamierza niczego wyjaśniać, bo najlepiej czuje się w mętnych wodach. Już weekendowy komunikat Kremla o tym, że w rozmowie przywódców mowa była o uruchomieniu mechanizmu pomocy wojskowej, sygnalizował niewypowiedzianą groźbę – nie wiadomo, czy ostrzejszą wobec Łukaszenki, białoruskiego narodu, czy wobec zewnętrznych graczy. Dziś znowu aktualne jest pytanie: „wejdą czy nie wejdą?” w odniesieniu do Rosjan. A także: „wyjdą czy nie wyjdą” z koszar, gdy chodzi o białoruskie wojska.

Czytaj też: USA liczą koszty ewentualnych wojen z Rosją i Chinami

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Jak kwarantanna odbije się na naszym zdrowiu

Siedzimy na huśtawce społecznej i politycznej. Z jednej strony dyscyplina sanitarna, z drugiej masowe manifestacje oraz bandyckie rozróby na ulicach. Chaos, bezładne poczynania władzy, jak zapowiedź tzw. narodowej kwarantanny, wzmacniają nasz niepokój.

Martyna Bunda, Ewa Wilk
21.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną