Świat

Kiedy Ameryka zaczęła się tak dzielić?

Amerykanie nie są dziś w stanie uzgodnić między sobą, czym jest i na jakich wartościach miałaby się opierać ich wizja narodowego postępu. Amerykanie nie są dziś w stanie uzgodnić między sobą, czym jest i na jakich wartościach miałaby się opierać ich wizja narodowego postępu. Bryan Smith / Zuma Press / Forum
O kryzysie Ameryki, kulcie innowacji i dziejach #MeToo mówi prof. Jill Lepore z Uniwersytetu Harvarda, autorka książki „My, Naród. Nowa historia Stanów Zjednoczonych”.

TOMASZ TARGAŃSKI: Jak Ameryka zapamięta prezydenturę Trumpa?
JILL LEPORE: Za wcześnie, by o tym mówić. Historia ma to do siebie, że aby wydać wyrok, potrzebuje perspektywy, zazwyczaj bardzo odległej. Musi upłynąć jeszcze wiele czasu.

Ameryka dziś wydaje się podzielona jak nigdy dotąd. Czy mimo to istnieje jakiś narodowy konsensus odnośnie do przeszłości kraju, czy też historia stała się – jak na całym Zachodzie – bronią polityczną?
Przede wszystkim zachowajmy umiar. Nie sądzę, aby Ameryka była dziś podzielona bardziej niż np. podczas wojny secesyjnej. Choć nie da się ukryć: nie potrafimy się porozumieć co do wielu fundamentalnych kwestii – np. czy ruch na rzecz praw obywatelskich z lat 60. XX w. zmienił kraj na lepsze. Albo w jakim stopniu powinniśmy rozliczyć się z niewolnictwem? W zależności od tego, czy zapytany uważa się za demokratę, czy republikanina, zapewne usłyszymy inną odpowiedź.

Czytaj też: Odszkodowania za niewolnictwo

W wydanej właśnie książce „My, Naród” patrzy pani na #MeToo jako na ruch wywodzący się z amerykańskiej tradycji krucjaty moralnej. Czym jest ta tradycja?
Przez większą część historii Stanów Zjednoczonych grupy pozbawione praw wyborczych musiały wynajdywać alternatywne sposoby na osiąganie celów politycznych. Kobiety, zabierając głos w sprawach publicznych, wysuwały więc argumenty moralne – sprzyjało im również to, że obowiązująca w XIX w. kultura uznawała ich poziom moralny za wyższy niż mężczyzn. Krucjata moralna jest więc swoiście amerykańską formą aktywności politycznej kobiet. Pozbawione praw praw politycznych Amerykanki angażowały się najpierw po stronie abolicjonistów, później w ruch sufrażystek. W każdym z tych przypadków napędzał je ewangeliczny zapał. Na tej samej zasadzie krucjatą jest zarówno ruch „pro life”, jak i ruch #MeToo.

Czy ruch Black Lives Matter wywodzi się z tych tradycji?
Tak, kampaniom na rzecz zakończenia dyskryminacji rasowej przewodzili najczęściej ludzie pozbawieni pełni praw politycznych. Uważam, że istnieje coś w rodzaju głębokiej, historycznej więzi łączącej XIX-wiecznych abolicjonistów, członków ruchu na rzecz praw obywatelskich z lat 60. z protestami pod hasłem Black Lives Matter. U źródeł moralnych krucjat leży bowiem sprzeciw – czasem gwałtowny – połączony z poczuciem, że państwo nie spełnia swoich obowiązków. W przypadku #MeToo była to złość, że kobiety mają co prawda zagwarantowaną równość prawną, ale to prawo ich nie chroni.

Czytaj też: #MeToo. Skazani z Hollywood

W jednym z artykułów opublikowanych na łamach tygodnika „New Yorker” pisała pani, że źródła kryzysu politycznego w Ameryce tkwią w porzuceniu idei postępu moralnego na rzecz kultu innowacji. Co miała pani na myśli?
Dla twórców amerykańskiej konstytucji z 1787 r. postęp polityczny był z definicji powiązany z postępem moralnym – powinien zatem służyć większemu dobru, wolności i oświeceniu obywateli. W XIX w. postęp był coraz częściej rozumiany nie jako kategoria moralna, ale ekonomiczna. Stał się więc równoznaczny z rozwojem gospodarczym, a to nie to samo. W drugiej połowie XX w. porzuciliśmy z kolei wysiłki na rzecz uczynienia społeczeństwa sprawiedliwszym, zastępując je dążeniem do maksymalizacji zysku i konsumpcji. Konsekwencje są dość poważne i mają oczywiście swój wymiar polityczny. Amerykanie nie są dziś w stanie uzgodnić między sobą, czym jest i na jakich wartościach miałaby się opierać ich wizja narodowego postępu. Ta niezgoda jest jednym z najpoważniejszych źródeł podziału społeczeństwa.

Czytaj też: Twarze czarnego buntu

A jak opisałaby pani polityczne konsekwencje kultu innowacji, który – jak pani pisze – zapanował w Ameryce?
Koncepcja innowacji urosła w siłę i zaczęła wypierać ideę postępu w latach 90. XX w. Historycznie rzecz biorąc, słowo „innowacyjność” oznaczało postęp sam w sobie, bez kontekstu moralnego. Określenie kogoś mianem innowatora w XIX w. mogło być uznane za obraźliwe – innowatorzy nie zastanawiali się bowiem, czy ich wynalazki są dobre, czy złe z punktu widzenia ogółu. Ameryka w XXI w. jest zaś zdominowana przez kulturę – być może nawet kult – innowacji. Zewsząd słychać, że przyszłość należy do przełomowych technologii, które już wkrótce unieważnią dotychczasowe wartości, wyprą z rynku stare firmy, produkty i sojusze. Problem w tym, że w gruncie rzeczy kult innowacji jest bezcelowy. Jego zwolennicy głoszą, że przeszłość nie ma znaczenia, dobro publiczne nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, jak zarobić na kreatywnej destrukcji i zastąpieniu starego nowym. To szaleństwo.

Czytaj też: Jakiej Ameryki chce Joe Biden?

Pod koniec książki wiele miejsca poświęca pani zagrożeniu, jakim dla amerykańskiej demokracji są media społecznościowe.
Mówiąc o zagrożeniu, nie miałam wyłącznie na myśli łatwości, z jaką rozpowszechniają się tam fake newsy – choć to także ogromny problem – ale fakt, że nowe formy komunikacji rzucają wyzwanie fundamentalnym dla demokracji zasadom. Bo czy obywatel poddany umyślnej kampanii dezinformacyjnej jest w stanie podjąć suwerenną decyzję przy urnie wyborczej? Afera Cambridge Analytica postawiła przecież pod znakiem zapytania podmiotowość polityczną milionów wyborców. Oczywiście związek innowacyjnych technologii i nowych mediów z kryzysem demokracji liberalnej daje się odczuć na całym Zachodzie, nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Trudno też mówić o przeciwdziałaniu tej niestabilności, skoro nie mamy nad tymi siłami kontroli. Wydaje mi się jednak pewne, że nie będziemy mieli dobrze funkcjonującej demokracji bez uregulowania w jakimś stopniu internetowych gigantów. Niestety, łatwiej powiedzieć, niż zrobić.

Czytaj też: Czy amerykańska demokracja jest na zakręcie?

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Ucieczka z religii

Masowe protesty w obronie praw kobiet dały nowy impuls ucieczkom z lekcji religii. Trwającym od lat, bo szkolna katecheza to często antyreklama wiedzy, wiary i wartości.

Marcin Piątek
24.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną