Polityka. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

Subskrybuj
Świat

Medialne „safari” na granicy. Nigdzie się z czymś takim nie spotkałam

Dziennikarze w centrum prasowym na granicy z Białorusią Dziennikarze w centrum prasowym na granicy z Białorusią Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta
Ryzyko dziennikarz podejmuje sam, żaden minister spraw wewnętrznych czy komendant straży granicznej nie może rozstrzygać tego za nas. Gdyby tak było, każdej władzy wiele udałoby się ukryć pod przysłowiowym dywanem.

Co za sukces: władze PiS łaskawie zgodziły się urządzać wycieczki grupowe dla dziennikarzy chcących relacjonować wydarzenia przy granicy z Białorusią. Safari – jak ktoś słusznie to nazwał. To doprawdy uwłacza dziennikarskiej profesji. Zawiozą tam, gdzie oni zechcą, pokażą, co zechcą. Trudno wręcz uwierzyć, że ktoś w demokratycznym kraju wpadł na taki pomysł i miał odwagę zaproponować niezależnym mediom taki styl pracy. W dodatku zasłaniając się rzekomą troską o ich bezpieczeństwo.

Dziennikarze za plecami ZOMO

Dziennikarze są dorośli, o czym władza zdaje się zapominać. Każdy zna granicę ryzyka, której nie należy przekraczać. Oczywiście, zawsze chciałoby się więcej zobaczyć, podejść bliżej, ale to są nasze własne decyzje i ponosimy za nie odpowiedzialność. Kolega z jednej ze światowych agencji powiedział mi kiedyś, że żaden news nie jest wart życia – taka zasada obowiązuje w jego firmie. O bezpieczeństwie czy zagrożeniu musimy zdecydować sami, dowolny minister spraw wewnętrznych czy komendant straży granicznej nie może rozstrzygać tego za nas. Gdyby tak było, każdej władzy wiele udałoby się ukryć pod przysłowiowym dywanem.

Rok 1988, strajk w Hucie Stalowa Wola. Zginął milicjant. Nie było bezpiecznie. Ale nawet ówczesna władza nie broniła dziennikarzom obecności w mieście i zakładzie, rozmów z ludźmi. Wystarczyło mieć legitymację i umieć się poruszać.

Strajk w kopalni „Jastrzębie” tego samego lata. Kordon milicji i ZOMO, aż gęsto od uzbrojonych chłopów, dla postrachu walących pałkami w tarcze, oślepiających reflektorami. Napięcie. Tłum górników gotowych bronić swoich praw i Solidarności. Na czele legendarny, nieustraszony Tadeusz Jedynak. I oczywiście wielu dziennikarzy, krajowych i zagranicznych, niemal za plecami ZOMO. Nikt nas nie zawoził pod kopalnię, nie mówił, co filmować, o czym pisać, a o czym nie. Nawet wtedy. Przecież nikt by na to nie przystał.

Posłuchaj: Dziennikarze na granicy. Czy media mogą protestować?

Legitymowali, spisywali, ale dali pracować

Październik 1990 r. Pierwszy studencki Majdan w Kijowie. Namioty na placu rewolucji, pierwszy taki protest w Ukrainie – z żądaniem niepodległości od Moskwy, dymisji premiera Masłowa, powrotu do domów żołnierzy służących w dalekich republikach. Nikt dziennikarzy nie odgradzał, można było swobodnie poruszać się po mieście. Kilka razy wylegitymowała nas milicja. Sprawdzała meldunek hotelowy. Spisywała. Z pewnością nie było miło, ale nikt nie bronił nam pracować.

Podobnie podczas pomarańczowego Majdanu, wprawdzie pokojowego, ale niewolnego od napięć. Spodziewano się wówczas m.in. przyjazdu górników z Doniecka, wezwanych przez Wiktora Janukowycza, który sfałszował wybory prezydenckie, do rozpędzenia tłumu. Nie przypominam sobie, żeby władza i wtedy broniła mediom swobodnej pracy. Jeździliśmy do Doniecka, do jaskini lwa, gdzie faktycznie nie było bezpiecznie. Z kolegami dotarliśmy nawet do siedziby Rinata Achmetowa, już najbogatszego Ukraińca, który finansował partię i kampanię Janukowycza i trząsł Donieckiem. Do głowy nam nie przyszło prosić o ochronę ani z niej korzystać.

Czytaj też: Ukraina stawia na NATO w grze z Rosją

Bębenki pękły od pocisku

Styczeń 1991 r. Z Jackiem Poprzeczką, moim redakcyjnym kolegą, jechaliśmy nocnym pociągiem do Wilna, nie mając pojęcia, co zastaniemy na miejscu. Litwa ogłosiła niepodległość w marcu 1990 r., a kilka miesięcy później Armia Radziecka dokonała inwazji, wjechały czołgi. Mieszkańcy stanęli w obronie telewizji i parlamentu. Ale w Wilnie nie było wydzielonej żadnej strefy, gdzie nie wolno się poruszać, wydarzenia były dramatyczne, lecz nikt dziennikarzy nie pouczał, o czym mają pisać. W ataku na wieżę telewizyjną zginęło 14 osób, ponad 600 odniosło rany. Jeden z naszych kolegów, wspaniały fotoreporter Maciek Macierzyński – pracował dla zachodniej prasy – nie miał szczęścia, po wybuchu pocisku pękły mu bębenki w uszach. Może podszedł za blisko, miał to w zwyczaju. Jego zdjęcie ukazało się na okładkach największych światowych pism. To była jego decyzja – nigdy nie odpuszczał.

Wróciłam do Wilna kilkanaście dni później: parlament był jak twierdza, worki z piaskiem zasłaniały okna, dach był najeżony prętami. Zachowałam tamtą przepustkę. Nie było żadnego stanu wyjątkowego, choć sytuacja była generalnie całkiem wyjątkowa.

Potem była Ryga. Dziennikarzom odmawiano co prawda miejsc w hotelu, ale nikt ich nie ograniczał. W mieście były barykady, sprawdzano legitymacje, a wieczorem, gdy doszło do walk, wszyscy wiedzieliśmy, co robić. Tylko polskie władze sądzą, że trzeba nas prowadzić za rękę.

Mizerski: Czy fala dziennikarzy zaleje uchodźców?

Wojna była prawdziwa, były miny, snajperzy

Bałkany. Wielokrotnie jeździłam tam podczas wojny. Któregoś dnia Centrum Prasowe w Belgradzie zorganizowało zbiorowy wyjazd dla dziennikarzy do obozów dla uchodźców z Chorwacji. Brakowało benzyny, trudno było dojechać na własną rękę – nie tylko zagranicznym reporterom, lecz także tym z serbskich reżimowych pism. I tylko ten transport był zorganizowany, potem już każdy robił, co uważał za swój obowiązek. Rozmawiał, fotografował. Ciężkie to było przeżycie i niezapomniane: ludzie stłoczeni w barakach, w szkołach, uciekający przed wojną, z jednym tobołkiem... Warunki trudne, nawet spartańskie, porcje żywieniowe ledwie-ledwie zaspokajały głód – albo nawet nie.

Ale nikt nie mówił, że nie wolno o tym pisać. Że trzeba patrzeć w lewo czy prawo. Tomek Kowalczewski, wówczas korespondent Polskiego Radia, ze swoją akredytacją poruszał się bez problemu po Chorwacji, Serbii, Bośni – był wszędzie. A przecież na Bałkanach wojna była prawdziwa. Można było zginąć od kuli snajpera, wylecieć w powietrze na jednej z tysięcy min, których do dziś nie zdołano wykryć i rozbroić. Każdy z nas wiedział, że nie wolno schodzić z drogi, nie prosiliśmy o opiekę służb czy miloszewiczowskiego biura propagandy. To była nasza odpowiedzialność za zdrowie i życie. I każdy to wiedział.

Czytaj też: Czy Putin stoi za Łukaszenką? To skomplikowane

Cytowanie władzy nie przystoi

Wiosną 1999 r., kiedy samoloty NATO bombardowały Serbię i Belgrad, z legitymacją służbową i wizą w paszporcie zgłosiłam się w sztabie generalnym, gdzie wydawano coś w rodzaju akredytacji. Na korytarzu czekał spory tłum dziennikarzy, nikt nie dzielił nas na lepszych czy gorszych. Reżimowych czy antyreżimowych. Mogłam robić, co chciałam: schodzić do schronu, gdy wyły syreny alarmowe, albo nie. Mój wybór. Z dachu dziesięciopiętrowego budynku śledziliśmy którejś nocy bombardowanie gdzieś w pobliżu. Bomby spadały w środku Belgradu. W centrum prasowym można było skorzystać z różnych urządzeń, jeśli nie brakowało prądu. A brakowało bardzo często.

Oczywiście nie jest prawdą, że nigdy nigdzie nie próbowano narzucać dziennikarzom narracji. Ale takie zapędy władz były zawsze obnażane i odrzucane. Wyścig z rządzącymi do informacji jest wpisany w zawód. Ale rację ma Jacek Żakowski, który mówił w piątek w TOK FM, że dziennikarze z tak wydzielanej informacji nie powinni korzystać. Że trzeba bojkotować takie pomysły, bronić godności i niezależności naszej profesji. Powtarzanie tego, co sufluje władza, po prostu nie przystoi wolnym mediom.

Czytaj też: Zmierzch lidera prorosyjskiej opozycji na Ukrainie

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Guru strategii i willa na Żoliborzu

Jacek Bartosiak to prawnik i popularny w PiS geopolityk amator. Głosi nieufność wobec Zachodu, twierdzi, że Polska bez pomocy NATO może wygrać z Rosją. Jego kancelaria adwokacka przez siedem lat działała w domu żony Rogera de Bazelaire. To były dyrektor finansowy kremlowskiego oligarchy Michaiła Fridmana.

Tomasz Piątek
17.01.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną